invisible napisał/a:Dokladnie Grzechotka, na mnie podobnie dziala ten wątek:D
Ja z kolei w tydzien po zareczynach nie moglam sie juz widywac ze swoim narzeczonym bo on mial duzo pracy a do kolegi pisal, ze nie chce mu sie na mnie patrzec ani do mnie gadac.. najlepsza sciema to chyba byla jednak, jak ktoregos dnia przylazl do mnie i mowi "co robilas wczoraj bo ja bylem na gieldzie i szukalem -tu wymienial mi nazwy czesci do samochodu- i niestety nie moglem nic kupic bo nie mialem schematow odpowiednich"- a byl w tym czasie na wycieczce, wspnaczce gorskiej na szczescie z kumplem i kolezanka, ktorzy go wysypali(zaznaczam, że ja sie doprosic nie moglabym aby mnie zabral chocby do centrum miasta na pizze) Kolejna rzecz jak sciemnial tuz po zareczynach, że jest w pracy i pisal mi rzekomo z tej pracy, że nogi go bola jest wykonczony i nie wie czy sie spotkamy... a byl na wycieczce z "kolezanka":D zdobywali szczyty w tatrach..:D no to jak go mialy nogi nie bolec
- co wyszlo tylko dzieki temu ze odczytalam jego prywatne meile no niestety potem uslyszalam, ze to nie ja tylko on ze mna zrywa za to ze szperalam po jego prywatnych sprawach.. Ha!:D Moze warto rowniez dodac, że sie umawial z laska na kawusie oraz proponowal jej ze zabierze ją na wspaniale wczasy za granice.. a mi do ostatnich chwil wpieral ze on nawet ani jednej kolezanki nie ma- to wszystko przeze mnie bo bylam taka wredna baba.. W ogole slyszalam, ze przeze mnie nie poszedl na studia.. Wiecie jaka bylam okropna? no jak tak mozna:D zeby ograniczyc czlowieka tak ze nawet na studia nie polazl przeze mnie? ojj co za tyran ze mnie:D heheheh
A ja glupek czekalam w domu az ksiaze przyjedzie na bialym koniu i zabierze mnie chocby do kina jak ładnie po prosze:D
Mnie jednak dołuje to, że mój taki nie był. Dla mnie osobiście był ogromnym wsparciem w KAZDEJ sytuacji, spędzaliśmy razem naprawdę praktycznie każdą możliwą chwilę, którą było można razem spędzić, weekendy, czy wszelkie wypady odbywaly sie zawsze razem, mielismy wspolnych znajomych(małżeństwo), z którymi się często spotykalismy lub wychodzilismy, nigdy się nie zdarzyło, żeby byle inna impreza/kumple byli wazniejsi i zebym poszła w odstawkę. Mogę powiedzieć, że naprawdę mogłam na niego liczyc o kazdej porze dnia i nocy i wiedzialam, ze jak będę potrzebowała-przyjedzie. Jednak niestety mój miał problem z tym, że był/jest totalnym nimfomanem. Obrzydliwym wręcz. Nie mógł się obyć bez podrywów, flirtów na prawo i lewo, obcinania, pisania i zdradzania- niestety. Kiedy tylko to wyszło na jaw, przyznał mi się ze ma z tym ewidentnie problem. Chciał się leczyc zeby mnie odzyskać, poszedl na terapię a ja dałam mu szansę, bo dla mnie jako dla swojej dziewczyny naprawdę był dobry. Ale dał ciała. Nie dał rady, na terapie chodzil co raz rzadziej, choc oczywiscie twierdzil ze juz sie uporał z tym problemem, w ogole nie ma w glowie juz zadnych swinstw itd itd, ze ejst oczyszczony. Glupia uwierzylam - nie muszę mówić, ze ewidentnie chyba nawet sam siebie oklamywał. I tak ciagle i ciagle i przepraszal, ja wybaczalam - bo go kurrrr kochalam i moglam na niego liczyc! Aż w koncu pewnego dnia ja mialam juz dosc jego humorów, on tez stracil jakby do mnie dystans i szacunek chyba dlatego bo widzial ze zdecydowanie za wiele jestem w stanie wybaczyc, dochodzily nieprzyjemne wymiany zdan z przeklenstwami itd itd. Mialam dosc i powiedzialam ze zabieram rzeczy. Byl w szoku. No i obkrecil tak ze rzeczywiscie to nie ma nic sensu, nigdy lepiej nie bedzie itd itd. Zabralam rzeczy, ale o godzinie sie ogarnelam ze nie chce tak. Że tak nie moze byc po 3 latach z dnia na dzien. Poprzedniego dnia ejszcze bylismy w kinie, spalam u niego, byl troskliwy i kochany. No i wrocilam do niego po godzinie z tymi rzeczami, ale on juz twierdzil ze nie ma o czym gadac w ogole. ze sie rozchodzimy i tyle. Plakalam oczywiscie i najbardziej mnie bolało totalne 0 emocji w nim. NIC. Jakby czekal na to. Potem jakikolwiek nasz kontakt to bym zainicjowany przeze mnie, ze ja dzwonilam, pisalam, on w ogole olewal calkowicie, a jak odpisywal to tak, żeby mi uzmyslowic ze nie ma tematu w ogole z jego strony. Kompletnie z dnia na dzien jak zupełnie obcy czlowiek dla mnie. Bolało jak cholera. Każdy sms, kazdy telefon. Potem 2 razy spotkalismy sie przypadkiem na imprezie. Podbijal do mnie ewidentnie, robil podchody a potem juz zachowywal sie jakbysmy byli znow razem i to przy wszystkich calowal mnie, opowiadal nasze wspolne historie i w ogóle. Nastepnego dnia napisal mi ze to sie nie powinno zdarzyc i zapomnijmy o tym:/ rece mi opadły:/ zagajalam jakas rozmowe zeby jakiekolwiek emocje z niego wykrzesac. COKOLWIEK zeby sie nie czuc jak puste bezwartosciowe pudło dla niego! NIC. jeszcze był chamski i zachowywal sie tak jakby chcial zbeym najlepiej mu dala spokój:/ Poplakalam sie i tyle. I to było dzien po tym jak do mnie zarywal na tej imprezie. Gdzie wszyscy to widzieli i mysleli ze wrocilismy do siebie:| Teraz tydzien temu dowiedzialam sie ze sie z kims spotyka (po 3 tyg. od naszego rozstania:/), zabrał ją na koncert naszej ukochanej płyty której sluchalismy non stop razem i na takim samym koncercie bylismy 2 mies.temu i na ten tez mielismy isc razem. Ja nawet nie wzielam pod uwage ze mogłabym tam isc nie z nim. Bo po co, jak kazda piosenka z tej plyty mi sie tylko z nim kojarzy. Wszystkie teksty znalismy na pamiec. Oklamal mnie z enie ejdzie ze nie ma juz biletow, a potem od naszej wspolnej znajomej sie dowiedziaalm ze pojechal. Nie musze mówić jak sie poczułam:/
Także jak był ze mną - był moim kochankiem, przyjacielem, kumplem, koleżanką od zakupów, osoba na ktora zawsze moglam liczyc. Z dnia na dzien stal sie zimny, obcy, niemal wróg nr.1. Jak się czuję? Wykorzystana, jak puste pudło, jak NIC. I nie ma dnia zebym o nim nie myslala i zebym go nie potrzebowala. nie ma dnia. a on w ogole najchetniej by zapomnial ze istaniałam:|