Witam. Mam pytanie do Was netkobiety oraz do Was netfaceci. Około rok temu poznałam przez znajomych jednego chłopaka. Wtedy kiedy pierwszy raz sie widzielismy nie zamieniliśmy ze soba słowa, jedynie się zapoznaliśmy. Potem nie widzieliśmy się kilka miesięcy po których znowu sie spotkaliśmy w lokalu gdzie bylo jeszcze sporo innych znajomych, znowu nie rozmawialiśmy, ale miedzy nami zaiskrzyło co dało się zauważyć i wyczuć. "Mijaliśmy" sie tak przez kilka tygodni po których wreszcie doszlo do pierwszej rozmowy (która ja zainicjowałam). I wtedy powinnam juz sobie odpuścić.. Przez 10 minut probowaliśmy wzajemnie zrobić na sobie jak najlepsze wrażenie rozmawiając o studiach, rozmaitych pracach i tego typu doświadczeniach raczej zawodowych tak właściwie ni stąd ni z owąd, mogliśmy znalezc inne tematy np. jakiś związany ze wspolnymi znajomymi lub wiele innych, a niekoniecznie od razu opowiadanie o swoich osiągnięciach życiowych (zaznaczam ze trawało to góra 10 min). Przy całej rozmowie byłam jednak skrepowana chociaż to ja podeszłam do jego stolika , do ludzi których nie znałam byłam bardzo skrępowana nie przez tych nieznajomych ludzi tylko przez rozmowe z nim. Wieczór skonczyl sie tak, że Pan. G. odprowadził mnie do domu proszac o nr telefonu, który oczywiście zadowolona dałam. Zaczał się okres codziennego zasypywania pieknymi sms-ami. Poczatkowo zwykłe niby sms-y o codziennych sprawach (jednakże 1 wiadomość równała się ok 5 sms-om)pozniej jego wiadomości przypominały wrecz miłosne eseje. Ja po prostu zaskoczona odpisywalam ladnie, ale bez przesady. Trwało to okolo miesiąca przez ten czas nie moglismy na siebie "trafić", tzn. trafic sam na sam, bo wsród znajomych bywalismy razem. Wyglądało to tak, że udawaliśmy że mamy tylko koleżeńskie kontakty i te sms-y nie przekladaly sie na jego zachowanie, chociaz byl bardzo kulturalny, mily wpatrzony we mnie jednak zadnych konkretnych ruchów z jego strony nie było, towarzyszyl tylko dziwny dystans z jego strony przez co ja ciągle sie wstydziłam zagadywac, miałam tez wrazenie, że on nie chce przed znajomymi pokazac tego o czym pisze, czyli wielkiej fascynacji. W koncu nie wytrzymałam i zaproponowałam mu spacer. Poszlismy na ten spacer i wrocilam z niego strasznie wkurzona przez godzine ponad nie potrafilismy ze soba rozmawiac tematow bylo duzo, ale szybko sie konczyly, nie patrzylismy sobie w oczy w ogole na siebie nie patrzylismy:/ Po tym spacerze jeszcze troche pisal, ja mialam problemy na uczelni wiec na tym sie skupilam. I znowu na kilka miesiecy kontakt sie urwał. Przypadkowo widzielismy sie jeszcze pare razy. Zawsze kiedy sie widzimy nie moge złapac oddechu rozmawiając z nim, przejęzyczam się, robie się czerwona, strzelam rożne gafy zależnie od sytuacji:D. W ogóle sytuacje tez nam nie sprzyjają np. spotkaliśmy się statnio przypabdkiem w ...lumpeksie to nie jest zaden wstyd ale w "normalniejszych" miejscach przy dawce alkoholu jestesmy sobą zawstydzeni a co dopiero na duzej hali miedzy dziesiatkami ludzmi wyrywajacymi sobie ciuchy z rąk (dosłownie:) ). Pan G. jest troche mniej skrępowany tak przynajmniej wygląda, ale nie jest na pewno rozluzniony. Jest bardzo spokojny, a ja mam dosc goracy temperamant:). Teraz dodam jeszcze, że ja mam 24 lata, on 26 a z zawodu jest psychologiem. Zastanawiam sie czy po prostu dac sobie z nim spokoj, a nie czekac na dogodna sytuacje kiedy oboje spokojnie ze soba porozwamiamy. Przeciez jezeli tak boimy sie (wiem, czuje, widze ze on tez) wspolnego kontaktu, rozmow i wywołuje to takie reakcie i nerwy to jakie było by to skrepowanie przy blizszych relacjach? Moze jezeli nasze spotkania tak wyglagaja to znaczy, że nie jestesmy dla siebie, ze to nienormalne, nienaturalne i powinnam sie wycofać, probowac utrzymywac kolezenskie kontakty? Dodam jeszcze ze oboje mamy za sobą jakies zwiazki, on na pewno byl w 2 powaznych, nie mam problemu z nawiazywaniem nowych znajomości potrafie kokietowac, nie stresuje sie kiedy mam porozmawaiac nawet z jakims pewnym siebie przystojniakiem:) Mam kilka kolezanek ktore znaja G. i rowniez potwierzaja, ze on trzyma jakis dystans wzgledem ich i czuja sie przy nim nieswojo. Co mam robic? Prosze o rady
Podobne tematy
Eh...
Kiedy to było...?
Kiedy ja się tak czułam? Oj, kiedyś się zdarzyło ![]()
Pamiętam, to było wtedy, gdy po raz pierwszy zakochałam się po uszy. Początkowo również zadawałam sobie pytanie, czy to ma sens? Czułam się strasznie skrępowana, ale jednocześnie bardzo mnie do niego ciągnęło.
Myślę, że nie powinnaś się poddawać, bo może właśnie prawdziwa miłość przejdzie Ci koło nosa. Nawet jeśli pójdziesz inną drogą, to wciąż będziesz czuła niedosyt, że nie spróbowałaś.
no oczywiście
nie poddawaj się
;D
Może po prostu onieśmielacie się wzajemnie :*
Pozdrawiam M ![]()