Ze swoim narzeczonym jestem od 6 lat, od 3 razem mieszkamy. Układa nam się dobrze-świetnie się rozumiemy, czasem zdarzają się nieporozumienia (o głupoty), ale nie ma jakiś wielkich i poważnych kłótni.
Ostatnio zauważyłam, że On oddalił się ode mnie. Pytałam co jest, ale zapewniał że nic. Ale pewnego dnia, przy szczerej rozmowie powiedział mi, że nie wie czy to jest to
Ja płakałam, on płakał też. Mówił, że nie chciał mnie martwić, że najpierw sam chciał sobie to w głowie poukładać, bo obecnie nie wie co ma mi powiedzieć. Mówił, że mnie kocha... Ale nie wie czy to jest to...
Złamał mi serce. Nie wiem co o tym myśleć. Jeśli niby kocha mnie to z kim innym chce być?
Myślę, że może trochę się przestraszył tej odpowiedzialności i tego, że to ma być już "na zawsze". Na pewno nie ma innej kobiety. Problem jest chyba w tym, że on nie miał nikogo "na poważnie" wcześniej i nie ma mnie z kim porównać...
Nie chcę go naciskać, ale to już trwa ponad miesiąc. Takie zawieszenie w próżni. Do ślubu (chyba nie mogę powiedzieć "ślubu", a raczej do "daty, którą kiedyś wyznaczyliśmy") zostało 6m-cy...
Nie wyobrażam sobie żadnej decyzji którą on podejmie- jak mnie zostawi to nie wiem czy się pozbieram... a jak stwierdzi, że to jest to? To nie wiem czy będzie w stanie mnie o tym zapewnić na tyle, żebym potem w dniu ślubu nie zastanawiała się przed ołtarzem czy on przypadkiem się nie rozmyśli...
Czy jest jeszcze szansa na cokolwiek? Rodzice pytają o jakieś sprawy w kwestii ślubu, a ja nie wiem co mam mówić
Ja jestem (byłam?) pewna, że to moja druga połowa, okropnie mi przykro, że on się waha...