Cześć,
dziś zarejestrowałam się na forum, bo od kilku tygodni czytam je prawie codziennie. Chociaż minęło już sporo czasu, to nadal nie radze sobie z rozstaniem z mężczyzną. Moi znajomi uważają, że jestem "twardzielem" i nie chcą, żebym marudziła, a ja ciągle czuję, że potrzebuję wypłakać i komuś pomarudzić. I wygląda na to, że nie mam komu.
Teoretycznie wszystko jest ok i teoretycznie jesteśmy przyjaciółmi, już po rozstaniu popełniłam (i ja, i on kilka błędów). Jestem zmęczona i mam tego dość. Mam dość udawania, że jest ok, że jestem silna.
Byliśmy razem 4 lata. Mniej więcej, bo raz, w bardzo wstępnej fazie związku się rozstaliśmy, jeśli by tego nie było, to wyszłoby nam ponad 4 lata. Od 3 lat mieszkamy razem. Sporo osób uważało, i nie omieszkało mi o tym teraz powiedzieć, że "przecież byliście taką świetną parą, taką wielką miłością". Takie komentarze bolą jeszcze bardziej.
Rozstaliśmy się 2 miesiące temu, on zerwał. Już mnie nie kocha, zmieniliśmy się oboje. Sądzę, że nikt nie jest winny, a z rozstaniem to też dłuższa historia. To rozstanie 2 miesiące temu było definitywne. Tu popełniliśmy oboje wielki błąd. Nie wyprowadziliśmy się od siebie od razu. Przez ostatnie dwa miesiące było dziwnie. Umówiliśmy się, że musimy wyhamować nasz związek i dwa miesiące temu to wydawało się mieć sens. Kolejny fatalny pomysł był taki, że pojechaliśmy razem na wakacje, wykupione przed zerwaniem, miesiąc temu. Na tydzień. Żadnych powrotów ani seksu nie było, byliśmy tylko znajomymi. W międzyczasie on spotkał się ze swoja przyjaciółką sprzed lat. Nie wiedział się z nią przez ostatnie 5 lat. I 3 tygodnie po naszym zerwaniu zaczął z nią można powiedzieć, że być. Może spotykać się to lepsze słowo.
Teraz ja się wyprowadzam i ta wyprowadzka ze wspólnego mieszkania rozbiła mnie bardziej niż wszystko dotychczas. Ostatni miesiąc, po wakacjach, na których nic się nie wydarzyło, był bardzo dziwny. On mnie kilka razy wystawił, robi co innego niż mówi. Wiem, że też jest zmęczony tym wszystkim, ale mam wrażenie, że udowadnia mi, że nic dla niego nasze wspólne lata nie znaczyły. A wiem, że tak nie było. Mam wrażenie, że nie pamięta niczego dobrego. Ja jestem dla niego złośliwa. Uważam, że robi ze sobą coś dziwnego, że ciągle imprezuje, a nie jest już studenciakiem.
Przy tym wszystkim, wyprowadzając się, mam wrażenie, że on się wygodnie ustawił, a ja nie mam nic. A ciągle mam nadzieję, że będziemy jeszcze przyjaciółmi, że nie zerwie nam się kontakt. Nie ukrywam, że zdjęta z zastępczej półki koleżanka z liceum mnie irytuje.
Najgorsze, że nie mam z kim o tym pogadać. Najnormalniej tak, żeby ktoś wysłuchał i trochę pocieszył. Smutno i jakoś tak... samotnie. Czuję się strasznie sama. A od byłego czuję, że teraz muszę się odciąć, a z drugiej strony jakoś tak... nie chcę. Sama już nie wiem.