Nie często zdarza mi się zakładać jakiekolwiek tematy o sobie... no ale cóż, tym razem się zdecydowałem najprawdopodobniej właśnie z nudów...
Jestem studentem i ukończyłem sobie jakiś czas temu 22 lata. I tu kończą się w zasadzie oczywistości.
Od pewnego czasu, w zasadzie od kilku lat coraz to bardziej zaczynam borykać się z samotnością z idąca za nią ślad w ślad nudą... Najgorsze jest to, że teoretycznie wiem, że mógł bym się czymś zając... poczytać, pouczyć się, zając się swym hobby itp. itd. problem w tym, że ja czuję, iż to nie jest lekiem na mój problem i zwyczajnie brakuje mi towarzystwa. Tu pojawia się fakt braku dziewczyny, braku jakichkolwiek doświadczeń z płcią przeciwną, to raz... dwa, braku znajomych, ale... Niby znajomych jakichś tam mam na uczelni, ale prawda jest taka, że rozmawiać, rozmawiamy dużo poruszając różnorakie kwestie, lecz tylko na uczelni, a kontaktu poza uczelnianego to z nimi nie mam. Mam niby kilku dobrych kumpli, ale kompletne zero koleżanek. Nie wiem z czego to wynika, ale nie przypominam sobie bym z jakąkolwiek dziewczyną gdziekolwiek spędzał czas w czasie wolnym i zastanawiam się co w mojej osobie jest takiego, co w jakiś sposób może odstrasza? Czy może coś innego? Koleżanek to mi niby nie potrzeba, ale fakt, że ich nie ma jest faktem. Kumple jak kumple... czasem się gdzieś spotykamy, tyle tylko, że to jest mało i raczej brakuje mi tu pewnego urozmaicenia, bo ci z którymi trzymam to znają się ze mną po 10-15 lat... także świeżości kompletny brak, a i dodam, że ci z którymi się widuję są tak samo sami jak i ja, także wzajemnie się nakręcamy. Z tymi którzy poznajdywali sobie dziewczyny/żony, kontaktu bliższego już nie utrzymuję, bo i po co? Mają swoje życie.
Nie jest dobrze, nie jest dobrze...
Oczywiście, może ktoś powiedzieć, że przecież mam tak na własne życzenie, bo nigdzie nie wychodzę itp... Prawdy w tym co nie miara, tyle tylko, że nigdy w życiu nie chodziłem na żadne dyskoteki, do żadnych klubów ani na imprezy głównie dlatego, że gardzę muzyką klubową, jakimś hiphopem czy techno... od dziecka byłem uczony, że to zło itp. i zawsze za takie to uważałem, lecz teraz gdy gdzieś bym ewidentnie wyszedł, stresuję się na samą myśl tego, jak ja bym się miał tam zachować... wśród tylu ludzi... i w ogóle, chodzić gdzieś samemu to tak trochę dziwnie wygląda... poza tym, ja nie należę do ludzi których ciągnie do alkoholu... mogę nie pić pół roku i nie mam z tym problemów, a wiadomo jak wyglądają wszelkie imprezy...
W zasadzie ostatnimi czasy to ogarnia mnie jakieś niesamowite uczucie nudy i niemocy... Mam strasznie dużo wolnego czasu przez to, że zacząłem magistra... a nie mam z tym kompletnie co zrobić, zdarza się, że każda minuta to dla mnie męka (tak jak np. teraz), kołatam się jak pies w klatce każdego wolnego dnia, budząc się rano prawie natychmiast zaczynam pragnąć by nastał kolejny dzień z nadzieją, że może on przyniesie coś nowego...
Tutaj dochodzę do kolejnego aspektu tego wszystkiego... mianowicie złość.
Cóż, ludzi samotnych jest wielu, aczkolwiek zauważyłem, że różnie na nich ta samotność wpływa. Na mnie wpływa tak, że ogarnia mnie wręcz niszczycielska złość, czasami jak gdzieś idę to tylko myślę o tym aby mnie ktoś zaczepił to wtedy będę miał pretekst aby dać mu w kły. Ogólnie rzecz biorąc mam w sobie ogromną ilość energii (zapewne dlatego, że nigdy się tak na prawdę nie "wyszalałem", zawsze trzymałem się w ryzach, bo jak by to wyglądało?) i energia ta w połączeniu z niesamowitą złością stanowią mieszankę wybuchową...
Czasem nuda popycha mnie nawet do tego, że idę spacerować... tyle, że znowu, samotne spacerowanie uważam za rzecz niezwykle nudną...
Na spacerze jak na spacerze... spotyka się ludzi. Problem w tym, że większość których spotykam to pary co zazwyczaj prowadzi do falowania we mnie niespotykanej ilości negatywnych emocji... nie da się obrać w słowa jak mnie to wkurza... pewnie jest to reakcja organizmu na mą własną niemożność spełnienia się w tej dziedzinie życia...
Musze stwierdzić, że najlepiej mi się funkcjonowało pracując w wakacje na prawie 2 etaty, gdzie wychodziłem z domu przed 5 rano a wracałem o 19... wtedy przynajmniej nie miałem czasu myśleć o tym wszystkim...
Niestety przyszedł rok akademicki i prace czas było zakończyć... Obecnie jestem na etapie szukania czegoś co pozwala dostosowywać godziny pracy do studiowania dziennego... niestety bez odpowiednich konekcji, znalezienie takiej pracy nie jest łatwe w naszym kraju...
To w zasadzie tyle mojego bredzenia... nie ma tu w zasadzie prośby o rozwiązanie problemów, czułem jednak potrzebę napisania tego wszystkiego...