Dzień dobry!
Mam problem. Może komuś uda się utwierdzić mnie w moim przekonaniu bądź też od niego odpędzić...
Dwa miesiące po zerwaniu z moją "wielką miłością", która wciąż się do końca nie zaleczyła, poznałam chłopaka. Przez portal randkowy. Pod koniec pierwszego spotkania powiedział, że ma nadzieję, że będziemy kiedyś razem, bo on "bardzo by tego chciał". Od samego początku mówił szczerze i wprost o swoich uczuciach i, prawdę mówiąc, wydawał mi się przytłaczający, zupełnie jakby pierwszy raz miał do czynienia z fajną kobietą. Jednak ponieważ on również mi się spodobał zarówno wirtualnie, jak i na gruncie rzeczywistym, spotykaliśmy się. Pewnego dnia zaproponowałam, żeby przyszedł do mnie z wódką, bo byłam w złym nastroju i chciałam się znieczulić - ot tak, z kolegą. Upiliśmy się - on miał trzeźwy umysł, ja totalnie odleciałam. Alkohol wyzwolił we mnie emocje i zaczęłam go całować. Doszło do seksu oralnego (z jego strony). Tak "zostaliśmy parą". Piszę to w cudzysłowie, gdyż wciąż nie byłam przekonana, czy to słuszna decyzja, jako że stało się to pod wpływem środka odurzającego, lecz on zachowywał się tak, jakby był moim facetem. W końcu więc uległam, zwłaszcza, że w zasadzie do niczego nie mogłam się przyczepić. Zachowywał się bez zarzutu: był czuły, kochający aż do przesady, taki wręcz "sweetaśny". Było mi z nim dobrze i nawet czułam się szczęśliwa. On zostawał na noc, uprawialiśmy seks - byłam do tego przyzwyczajona w poprzednim związku, potrzebowałam bliskości. Dodam, że mam 22 lata, a mój obecny chłopak 24. Ale po pewnym czasie przestało się to podobać jego rodzicom. Ja mieszkam na stancji nie w swoim rodzinnym mieście, prowadzę swobodny tryb życia, nie tłumaczę się nikomu z niczego, do domu jeżdżę raz-dwa razy w miesiącu. Z kolei on mieszka z rodzicami, którzy mocno ingerują w jego życie i komentują jego znajomości. Już po trzeciej naszej randce mama mówiła mu, że - w jej przekonaniu - on za mocno się stara, że nie powinien aż tak o mnie zabiegać... Teraz zaś stanowczo wypowiada się przeciwko wspólnym nocom. Zasugerowała mu nawet, że jestem "łatwa", bo "ona (czyt. jego mama) by tak nie zrobiła". Na skutek tego mój facet przestał u mnie często nocować, bo twierdzi, że nie może. Ustalili z rodzicami, że nocleg 1x w tygodniu jest jeszcze w miarę "odpowiedni". Zastanawiam się, czy człowiek ten nie ma nadopiekuńczej matki i czy jego więzy z rodzicami są w granicach normy. Dodam, że on studiuje, pracuje i ma mieszkanie od rodziców, więc teoretycznie mógłby się wyprowadzić i sam finansować, ale mieszka z rodzicami, bo w ten sposób może odłożyć więcej pieniędzy na przyszłość no i, nie ukrywajmy, jest mu też z tym wygodnie. Druga rzecz, która mnie niepokoi, to kwestia finansowa. Nie pochodzę z bogatej rodziny, a on - owszem. Jego rodzice mają kilka domów, trzy mieszkania i trzy samochody, podróżują po całym świecie, a swojemu synowi tłumaczą, że stanowi on niezłą partię, bo będzie w przyszłości dużo zarabiał (jest na studiach inżynieryjnych) i posiada własne mieszkanie, co w dzisiejszych czasach jest niewątpliwym atutem. Nie wiem, czy chciałabym wiązać się z kimś, dla kogo kwestie finansowe mają aż takie znaczenie, kto powiedział mi, że marzy o tym, by wybudować przynajmniej taki dom, jaki mają jego rodzice (a jest on wart 200 tys.)...
Oto wyimek z jednej z naszych rozmów:
- A wiesz, w zeszłe święta wielkanocne byliśmy w hotelu XYZ (bardzo snobistyczny hotel położony niedaleko naszego miejsca zamieszkania), gdzie jedliśmy pyszne potrawy i pluskaliśmy się w basenie...
- Aha. Uważasz, że to fajne?
- A czy Ty byłaś kiedykolwiek w tym hotelu? Widziałaś, jakie on ma baseny?! Są absolutnie niesamowite!
- No ale wiesz, czy to nie jest aby trwonienie pieniędzy?
- Rodzice chcieli wypocząć, tak ciężko przecież pracują... Mają chyba do tego prawo?
Ja naprawdę wiele rozumiem, rozumiem nawet wyjazdy na święta w góry, nad morze czy za granicę, by zobaczyć nowy kawałek świata, odetchnąć innym powietrzem, powrócić z ożywczymi wspomnieniami. Ale wyjazdy do hotelu po to, by siedzieć w nim i zachwycać się basenami i potrawami, nie wyściubiając z niego nosa i nie zwiedzając miejscowości, to zakrawa dla mnie na snobizm...
Moje pytanie brzmi: Czy to wszystko jest normalne, czy nie? Może to jest normalne, ale po prostu nie pasujemy do siebie, bo mamy inne normy, wywodzimy się z dwóch różnych światów?