Witam,
Jestem na skraju przepaści, jak mówi mi mój mąż i twierdzi, że swoją decyzją sprawię, że do tej przepaści wpadnę ja, moje dzieci oraz on i cała rodzina.....
Zacznę od początku, poznaliśmy się 15 lat temu, ja byłam w szkole podstawowej on w 1 klasie szkoły średniej. Zakochaliśmy się wtedy jako dzieci! To była taka pierwsza miłość, rozstaliśmy się na prawie ro czasu, ze względu na mój młody wiek, ale jak poszłam do szkoły średniej, wróciliśmy do siebie i tak do tej pory. Mam teraz 29 lat, mój mąż 30 lat. Na początku było fajnie, dbał o mnie, chodziliśmy na spacery, spotykaliśmy się i tak minęły 3 lata, on poszedł na studia, a ja po roku dołączyłam do niego. /zamieszkaliśmy razem w kawalerce i tak toczyło się nasze beztroskie życie studenckie. Po dwóch latach studiów zapadł dla mnie wyrok, jako dziewczynka 14 letnia wycięto mi jajnika, bo miałam ogromny torbiel i stwierdzony zespół policystycznych jajników. W wieku 20 lat zaczęło się to nawracać, lekarz stwierdził, że mam małe szanse na zajście w ciąże i jeżeli chcę próbować, to powinnam od razu to zrobić. Zwierzyłam się mojemu chłopakowi i po tym on powiedział, że on też chce mieć dziecko. Byliśmy młodzi, bez pracy, bez mieszkania, ale myśleliśmy, że damy radę. Zaczęliśmy się starać i po roku brania jakiś tabletek zaszłam w ciążę. Urodził się nasz syn Filip. W zbiegu okoliczności, mój dziadek zmarł 2 miesiące przed porodem i dostałam po nim mieszkanie. On ukończył studia licencjackie i dostał pracę, ja jeszcze musiałam skończyć 1 rok studiów licencjackich. Było ciężko, małe dziecko, jedna pensja, moje studia, rodzice pomagali nam jak mogli. Na początku było nawet ok, przez rok.....Potem zaczął się etap po... Od początku wiedziała, że mój mąż ma hobby - piłka nożna, kupował gazety, oglądał mecze w telewizji, ale co gorsza grał namiętnie na koputerze, godzinami, po pracy wracał do domu i pierwsze co robił to włączał komputer i tak do 24-1 w nocy. Ja byłam odpowiedzialna za dom, dziecko, zaczęłam pracować. Dostałam pracę jako handlowiec w firmie produkcyjnej na eksport. On grał, grał.....a ja byłam sama. Moja praca wymagała ode mnie czasami pracy po godzinach, pewnego pięknego dnia sylwester 2005 on zabrał swoje rzeczy, komputer i wyprowadził się, zostawił mi kopertę z 200 zł i napisał, że odchodzi i zostawia mi dziecko i psa. JA wtedy wpadłam w panikę, nie wiedziałam co mam robić, dzwoniłam do niego, po rodzinie, aby namówili go żeby wrócił, i wrócił następnego dnia po namowie siostry. Przez pewien czasy było znowu dobrze, ale znowu się zaczęło, komputer jego zainteresowania. Ja znowu zostałam sama. Dodatkowo dostałam awans w pracy, zaczęłam wyjeżdżać czasami za granicę w delegację. Rozwijałam się zawodowo w pracy, a on wtedy zaczął pokazywać swoje ja... Każda delegacja była koszmarem, na tydzień przed się nie odzywał, reagował agresją na mnie, podczas delegacji nie dzwonił do mnie, ja dzwoniłam, musiałam zorganizować opiekę dla dziecka, przygotować obiady, ubrania....wszystko na mojej głowie. Jak wracałam to Pan mąż dalej się nie odzywał się dalej, do momentu jak go nie przeprosiłam i tak zaczęło się moje życie w poczuciu winy. Nie pozwalał mi z nikim się spotykać, mam przyjaciółkę z którą znam się obecnie 7 lat, z którą bardzo się dobrze rozumiem i która pomagała mi i pomaga nadal w trudnych chwilach mojego życia, ale do tej pory byłam u niej tylko kilka razy, a ona u mnie ze dwa razy. Na nic mi nie pozwalał a ja przepraszałam, z nikim się nie spotykałam, bo on tego nie akceptował. Doszło do tego, ze jak się czasami zbuntowałam on podejmował takie kroki, jak na przykład dzwonił do moich przełożonych z pretensjami, że mnie wysyłają w delegację. Wstydziłam się za niego,ale nadal przepraszałam, czułam się winna i starałam się robić tak, aby mu pasowało. Dom, dziecko, praca, nic więcej i jego plecy gdy grał na komputerze. Nie mieliśmy żadnego wspólnego tematu, nic nie robiliśmy razem. Na pozór nasze małżeństwo było ok, bo on bez nałogów, nie pił, nie palił, nawet nie pije kawy, ale w środku nie było niczego, nawet namiętności. On kładł się do łóżka, kiedy ja już spałam zmęczona o całym dniu, on jak miał ochotę to zaczynał się do mnie dobierać, a ja byłam zła, bo już spałam i później miałam problem aby zasnąć, ale to się również nie liczyło, bo on miał potrzebę. Zrobił co miał zrobić obracał się plecami a ja zostawałam z tym sama. Zero wsparcia, przytulenia, pomocy, zrozumienia moich potrzeb. Trzy lata temu pojawił się na świecie drugi syn, a stało się to bez mojej zgody, tak mi się wydaje, że to był jego sposób na zatrzymanie mnie przy sobie, gdyż zaczęłam mówić o tym, że chcę skończyć studia, realizowałam się w pracy, więc postanowił mnie zatrzymać!
Pracowałam do samego końca, mój mąż mnie ani chwili nie wspierał, sama przeszłam przez ciążę, sama urodziłam, tak jak pierwsze dziecko, no i zaczął się najgorszy okres, dwójka dzieci, pełno obowiązków, powrót do pracy, w której już mnie nie chcieli, bo mąż nie zgadzał się na wyjazdy, pracowałam z całych sił, pokazywałam, że matka dwójki dzieci może pracować efektywnie, ale to nie pomagało, wyjechałam przez pół roku po powrocie dwa razy, za każdym razem z wielkimi problemami, za każdym razem stałam przed wyborem albo on, albo praca, w 2010 roku postanowiłam uciekać z tej pracy, nie szukałam długo, mam dobre kwalifikacje, doświadczenie, ale znalazłam pracę w podobnym charakterze i też czasami wyjeżdżałam, bo musiałam, a mój koszmar narastał. W zeszłym roku prosiłam go, abyśmy poszli na terapię małżeńską, on mnie wyśmiał, nie chciał, było tak źle, on krzyczał, był arogancki, a ja przepraszałam, brałam wszystko na siebie, chociaż niczego nie robiłam złego, zamknęłam się w sobie, poczułam jak osoba która nic nie może oczekiwać od życia, trzymałam się jakoś, ale tylko tak na pozór. Chciałam ratować małżeństwo, pomyślałam, że zmiana mieszkania na dom, będzie dobrym momentem, abyśmy stali się bliżsi, zaczęłam szukać czegoś dla nas i tak po dwóch miesiącach zdecydowaliśmy się na sprzedaż obecnego mieszkania i przeprowadzkę do innej miejscowości. I było jeszcze gorzej, zaczął się remont, który robiliśmy sami, on nie dał mi prawa wyboru w niczym, nie miałam prawa nawet zdecydować o kolorze farby do pokoju, jak raz mi dał wybór to i tak dostałam zjebkę, że źle to zrobiłam i tak suma sumarum wyszło, że sam to zrobił, po swojemu, nic się nie liczyło, on zawsze miał ostatnie zdanie i wszytko to było na pokaz, bo mieliśmy mieć parapetówkę, zaprosić znajomych, dwa miesiące tyrania, wynoszenia gruzu, przenoszenia paneli, gładzenia ścian przeze mnie, a on powiedział wszystkim, że to on zrobił, dumny....Potem koniec, zasiadł na nowo przed komputerem i się zaczęło wpadł w cug, nic się więcej dla niego nie liczyło tylko pretensje do mnie.... 6 tygodni temu powiedziałam, że mam dosyć i chcę odpocząć od niego, chciała aby się wyprowadził,
on nagle zaczął mnie kochać, chodził za mną mówił, że zrozumiał, że się zmieni, że wie, że to jego wina, nie dawał mi chwili spokoju. Pewnego dnia umówiłam się z kolegą z pracy na kawę, i to był mój największy błąd, bo on wysłał mi po spotkaniu sms, że bardzo mu mi szkoda i że chciałby mnie przytulić, nadmienię, że w tym dniu złapała mnie grypa i miałam wysoką gorączkę i tak naprawdę chwilę byłam na tej kawie, a ten sms miał tylko znaczenie, że ktoś mnie żałuje i, że mu szkoda mnie, nic więcej. Niestety mój mąż przeczytał tego sms-a i zaczęło się śledztwo i nękanie, wydzwaniał po firmie, zrobił ze mnie ostatnią szmatę, pośmiewisko przed kolegami i koleżankami z pracy, groził, że go zabije....Doszło między nami do szarpaniny, chociaż zapewniałam, go, że nic nie było on zaczął zbierać dowody mojej niewierności, horror, wpadłam w depresję, koleżanka namówiła mnie na terapię, poszłam i okazało się, że ja w cale nie jestem taka nienormalna, że to jak żyłam to było nienormalne i moja Pani psychoterapeutka zaczęło mnie uświadamiać, że ja mogę mieć swoje zdanie i że robienie czegoś dla siebie, nie jest złe. Wyprowadził się, chociaż codziennie dalej mnie nękał, sprawdzał, miałam prywatnego detektywa na ogonie, masakra, koszmar. Z mojej obsesji nagle przeniósł się na dzieci, przychodził, płakał im, że mam go nie kocha, że to mamy decyzja, dwa razy podejmował próby samobójcze na moich oczach, moja Pani psychoterepeutka powiedziała, że on musi się leczyć, że to osobowość borderline, kazałam mu się leczyć. Poszedł na terapię i okazało się, że jest chory, może nie na to co ja mu powiedziałam, ale jest chory i ma problem. I nagle w zeszły czwartek przyjechał do dzieci i powiedział, że zostaje, bo to jest jego dom i jego dzieci i ma prawo aby tu przebywać. Powiedziałam, że ja go nie kocham i to już koniec, a on wtedy zaczął mnie straszyć, że zabierze mi dzieci, że jak wyjdę to nie będę miała niczego, wczoraj przez trzy godziny cytował mi tekst przysięgi małżeńskiej, mówił, że wie że to jego wina i pracuje nad tym na terapii, ale że mnie kocha i rozwodu mi nie da, nie będę miała za co żyć, że jeżeli wyprowadzę się z dziećmi to przyjdzie z policją, będzie mnie sprawdzał, kontrolował. Że mnie kocha.....ale ja już nie. Boję się niego, ale jest mi trudno tak wyjść i zostawić wszystko, dodatkowo jest teraz idealnym tatusiem, dzieci lgną do niego, będą miały do mnie pretensje, że musiały się wyprowadzić przeze mnie. Dalej poczucie winy, ale już nie mam siły, zniszczył mnie doszczętnie i tak jak napisałam na początku stoję nad przepaścią i nie wiem co mam robić.......Może jest ktoś na forum, kto przeżył coś podobnego i może mi pomóc opowiadając co by zrobił, albo jak postąpił.....
Dziękuję z góry za odpowiedź.