Witam!
Chciałbym zacząć od tego że dopiero co zarejestrowałem się na tym forum, po przeczytaniu kilku tematów na temat niskiej samooceny.
Po lekturze postów, postanowiłem napisać coś o sobie.
Jestem 22-letnim studentem jednej z warszawskich uczelni. Moje życie towarzyskie nie istnieje i jak w tytule-nigdy nie miałem dziewczyny i nie zanosi się by miało się to zmienić.
Nie wiem co jest ze mną nie tak, ale nie potrafię złapać kontaktu z ludźmi. czuję się jak gdyby życie toczyło się obok mnie.
Jeszcze kilka la temu, sytuacja wyglądała nieco inaczej-miałem grupę znajomych, z którymi się dogadywałem i na których mogłem liczyć. Doskwierało mi trochę że w przeciwieństwie do kolegów, nie mam dziewczyny. Po rozpoczęciu studiów wszystko się zmieniło-znajomi zajęli się własnym życiem i straciłem z większością kontakt. Nie pochodzę z Warszawy, więc kontynuacja nauki wiązała się z przeprowadzką, liczyłem że będzie to dla mnie szansa zawrzeć nowe przyjaźnie, ale wszystko wyszło na odwrót...
Nie potrafiłem się zgrać z ludźmi z roku. Na dodatek, ze względu na moje hobby-strzelectwo, zacząłem być postrzegany jako ktoś nienormalny.
Koniec końców, ze względu na swój charakter-jestem łagodnym, unikającym konfliktów człowiekiem ze specyficznym poczuciem humoru- oraz famę, stałem się obiektem drwin.
Nie dzielę zainteresowań z rówieśnikami (piłka, motoryzacja itd.), hołduje innym wartościom (czasem wydaje mi się że urwałem się z innej epoki), a co najgorsze nie potrafię się bawić na imprezach (dyskotekach/klubach). Przez to mam bardzo ograniczony kontakt z ludźmi
Wszyscy dziwią się że nie imprezuję, bo przecież to oczywiste ze powinienem...
Nigdy nie byłem obiektem zainteresowań dziewczyn (a przynajmniej nie wiadomo mi o tym), a sam nie potrafiłem nic zdziałać.
Często spotykając jakąś dziewczynę, łapę się na tym ze patrzę na nią, jako na potencjalną partnerkę. Próbowałem się umawiać przez internet-w realu jakoś nie potrafiłem-ale nic z tego nie wyszło.
Rok temu, kiedy postanowiłem zaprzestać poszukiwań i zostawić sprawy losowi, poznałem dziewczynę. Widziałem ją już wiele razy, ale nie znałem jej osobiście. Wydawała mi się idealna i co najlepsze, lubiła przebywać ze mną (co było dla mnie szokiem-nie zdarzyło mi się wcześniej by jakaś dziewczyna chciała utrzymywać ze mną kontakt). Dobrze się dogadywaliśmy. Pierwszy raz od dawna czułem się dobrze, wydawało mi się że w końcu jestem komuś potrzebny do szczęścia.
I kiedy uwierzyłem że los się odwrócił i w końcu znalazłem kogoś, z kim mogę spędzić resztę życia, a stwierdzenie że każdy na kogoś trafi jest prawdziwe, wszystko się s********.
Na imprezie na którą poszedłem specjalnie po to by ją tam spotkać, zaczęła się dziwnie zachowywać względem mnie. Następnego dnia zaczęła mnie unikać.
Do tej pory nie mogę się z nią porozumieć, choć widzimy się często-teraz już nawet nie próbuję, przestałem wierzyć w tego sens. Widać źle zinterpretowałem jej intencje i kiedy ktoś okazał mi dobroć, uznałem to za coś więcej.
Teraz nie mam już siły na nic. Chciałbym przebywać z ludźmi, ale nie potrafię się zmobilizować do działania.
Jedynym moim oparciem są przyjaciółki z czasów liceum, które mają już mnie chyba dosyć-ileż można zajmować się czyjąś niezaradnością.
Brakuje mi strasznie drugiej osoby, a w realnym życiu facetowi "nie wpada" się żalić, bo to oznaka słabości.
Coraz częściej wydaje mi się ze jestem chodzącą porażką.