Witam.
Nie rozumiem zachowania ex partnerki. Poznaliśmy się na początku roku, wszystko było idealnie przez dwa miesiące. Mimo, że mieliśmy do siebie sporo kilometrów, widywaliśmy się bardzo często. Jeździłem, w każdej wolnej chwili chociaż na pół godziny, aby się tylko zobaczyć, aby nie czuć tej odległości. Wpadałem z kwiatkiem, na buziaka, starałem się być blisko. Każdy weekend był nasz, spędzaliśmy je razem, było wręcz idealnie. Żyliśmy, cieszyliśmy się sobą, było dobrze. Po około dwóch miesiącach, zaczął nachodzić ją jej były z którym rozstała się zaraz przed naszym pierwszym spotkaniem. Chciał do niej wrócić, ona twierdziła, że nie ma takiej opcji. Informowała mnie, kiedy do niej dzwonił, co chciał itp, żebym się nie denerwował. Ale po jakimś czasie, wyszło na jaw, że jednak o wielu istotnych rzeczach nie wiedziałem, przyznała się dopiero, gdy powiedziałem jej, że wiem. Nie były to jakieś mega ważne sprawy, ale pojawiały się w czasie kiedy byliśmy razem i podobno o wszystkim wiedziałem. Nadwątliło to trochę me zaufanie do niej. Starałem się jakoś odpuścić ten temat. Trudno, żyliśmy sobie dalej, olałem ten temat a On z czasem odpuścił. Było dobrze między nami, czas leciał dalej. Jednak co jakiś czas pojawiały się sprzeczności w wypowiedziach mojej lubej, zacząłem czuć, że coś jest nie tak. Coś mi nie pasowało, coś się zmieniło, coś nie dawało mi spokoju. Intuicja. Postawiłem wszystko na jedną kartę, naruszyłem jej prywatność, przeczytałem prv wiadomość. Wiem, że nie powinienem tego robić, byłem pewny, że coś jest nie tak. I moje podejrzenia się sprawdziły, okazało się, że miała romans/spotykała się z "kolegą". On wiedział o mnie, pisał jej, że nie powinni się spotykać, bo ona ma mnie, że ktoś będzie cierpiał. Ona namawiała go na spotkania, ona zaczepiała, z jej strony wychodziła "inicjatywa". Ona słodziła. Nic o tym nie wiedziałem. Nie wiem, do czego tam doszło, jednak rozmowy były dość jednoznaczne. Ciągnęło się to przez większość naszego związku. Było mi przykro, bo zależało mi na niej bardzo, traktowałem ją, jak szczerą, poważną osobę, bardzo mi bliską. Przyznałem się przed nią do wszystkiego. Zareagowała tak, że stwierdziła, że nic nie było, że to tylko kolega a na dowód tego co mówi, zerwała z nim kontakt, kasując też z portali społecznościowych. Próbowałem sobie to wszystko jakoś poogarniać, zrozumieć, ułożyć, minęło kilka miesięcy. Różnie było z tym zaufaniem, zaczęły się moje pytania, czy aby na pewno jest tak jak mówi, czy nic się nie dzieje. Czasem były spięcia. Ona milczała, po kilka dni za każdym razem jak było coś nie tak miedzy nami. Poprostu przestawała się odzywać, zawsze ja ratowałem sytuację, bo zależało mi na niej. To był mechanizm obronny, na wszystko co złe i nie po jej myśli. Pewnego dnia się pokłóciliśmy, właśnie z powodu braku zaufania. Zrobiła ze mną to co z tamtym, pokasowała z każdych możliwych miejsc. Kolega od "romansu" znów pojawił się u niej w znajomych ja za to wypadłem z tej listy. Kilka dni później, pojechałem bez zapowiedzi, żeby pogadać. Nie było jej w domu. Zastałem ją na parkingu pod blokiem, z jej byłym. Obściskiwali się. Widziała mnie. Pojechałem. Odezwała się po tygodniu kolejnego milcznia. Przyznała, że musiała z kims pogadać a on ją najlepiej zna. Przyznała, że go wykorzystała w tym celu i po tamtym spotkaniu olała. Wyjaśniliśmy sobie to, po czym zerwała i zniknęła. Powiedziała mi, że nie ma potrzeby spędzać ze mną czasu, że jest źle itp. Pocisnęła mi strasznie. Od naszych wspólnych znajomych, dowiedziałem się, że naopowiadała mu, że nigdy mnie nie kochała itp. Przez ponad miesiąc nie mieliśmy kontaktu. Jakoś nie umiałem po raz kolejny sobie tego ogarnąć. Z mojej inicjatywy doszło do spotkania. Stwierdziła, że zrozumiała, że chce to wszystko naprawić, że kocha mnie jak nikogo do tej pory. Przez ten czas przerwy spotykała się z kolejnym kolegą. Uwierzyłem, że chce to naprawić, dałem szansę, kolejną... Wyjechaliśmy na urlop, było świetnie, dbała o mnie jak nigdy do tej pory. Robiliśmy kupe fotek, które lądowały na portalu społecznościowym. Doskonale się dogadywaliśmy, prawie ideał. Cieszyłem się, że wreszcie się coś zmienia, że wreszcie jest dobrze, że nie ukrywa swoich uczuć przed znajomymi. Miałem nadzieję, że wreszcie się nam uda. Tylko ten kolega, z ktorym spotykała się przez ten miesiąc, dzwonił do niej po nocach. 1, 2 w nocy, jak spaliśmy. Pytałem, czy on wie, że jesteśmy parą, że wyjechalismy razem, że zdecydowała się to naprawić. Powiedziała, że wie, że wszyscy o nas wiedzą. Że chce to naprawić, a że ten kolega pewnie sobie popił i może dlatego co noc wydzwania. Znów przypomniały mi się poprzednie historie, coś mi tu nie pasowało. Gość musiałby być debilem, żeby wydzwaniać po nocach do panny, która ma faceta, z którym jest na wakacjach. Naruszyłem drugi raz prywatność. Okazało się, że nikt o mnie nic nie wie, o tym że jesteśmy razem, o tym, że próbujemy to poskładać do kupy. Profil na popularnym portalu społecznościowym, ustawiony był tak, że nikt nie widział naszych fotek z wakacji, statusu związku, poprostu jedna wielka fikcja. Nikt o mnie nie wiedział. Dlatego ten gość wydzwaniał. Spotkałem się z nią, zapytałem jak jest. Powiedziała, że wszyscy wiedzą. Zapytałem kolejny raz, potwierdziła tą samą wersję. Powiedziałem, że znów kłamie, że widziałem... Odwróciła się i poszła, bez słowa wyjaśnień. Nie mieliśmy ze sobą kontaktu dwa miesiące. Znów zostałem zablokowany we wszytskich możliwych miejscach. Moje smsy nie dochodziły, telefony były automatycznie rozłączane. Czas leciał. Wiedziałem, że obija się z jakimiś kolegami, imprezuje. Minęły dwa miesiące. Mi trochę przeszło i zacząłem odżywać, zobojętniałem. Napisałem w końcu do niej, że chciałbym się spotkać, pogadać, wyjaśnić. Zgodziła się. Pogadaliśmy, kilka kwestii wyjaśniliśmy. Przyznała, że wyszło źle, że przesadziła, że nie powinno tak być. Przyznała się do błędów, wszystkich w ciagu naszego związku. Stwierdziła, że kocha, że będzie żałowała że tak postąpiła. Powiedziałem, że cały nasz związek był stekiem jej kłamstw, kombinacji, brakiem szacunku do mnie, że przez ten cały czas starałem się łatać to wszystko co ona psuła swoim zachowaniem, przyznała mi rację. Stanęło na tym że jest wolna, tęskni za mną, kocha ale, że było źle i nie chce do tego wracać. No dobrze, było źle, ale z jej powodu i z jej zachowania. Potwierdza, że tak.
Dziś jest tak, że mamy ze sobą kontakt. Nie jesteśmy razem. Spotkaliśmy się kilka razy, poprzytulalismy, pocałowaliśmu. Nadal coś do siebie czujemy i chyba tego się boimy. Ja wiem, że mógłbym jej dać szansę, gdybym wiedział, że się coś zmieni. Choć cholernie się tego boję. Ale nikłe szansę na zmianę zachowania, co i ona potwierdza. Dla mnie to nie jest pitu pitu, kocham ją, w jakiś sposób mi na niej zależy, ale jestem już na takim etapie, że poradzę sobie sam. Ona, chyba coś czuje. Twierdzi,że czuje. Że będzie załować ze tak wyszło. Mówi, że po naszym pierwszym spotkaniu jej wszystko wróciło, że znów bedzie musiała się pozbierać. Nie umie, nie chce odpowiedzieć na pytanie, czemu mnie tak traktowała przez ten cały czas. Wie, że zrobiła źle, ale nie zrobiła też nic by to odkręcić. Syndrom Piotrusia Pana w wersji kobiecej, wszystko pasuje jak ulał... "Kocham, będę żałowała, fajna by z nas była para, ale nie mamy do czego wracać". Nie wiem, co mam o tym wszystkim sądzić. Wiem, że ludzie się nie zmieniają. Ehhhh....