nie chodzi o mszczenie się na kimś świadomie...
chyba muszę napisać coś więcej, bo nie czuję się przez Was do końca rozumiana... chyba mój problem jest trochę płytszy od tego co tu piszecie, dla mnie jednak ważny.
Na początku powiem, że jestem wierząca i kwestia wiary jest dla mnie bardzo istotna. Mam 26 lat i jestem po rozwodzie, a moje małżeństwo trwało 9 m-cy, okazało się że to 9 m-cy kłamstwa, mąż okazał się hazardzistą i to był dla mnie cios w serce. Nie zrezygnowałam od razu, walczyłam, chciałam mu pomóc (miałam 22 lata i chyba problem mnie przerósł...), aż straciłam nadzieję. On nie chciał sobie pomóc i odsunął mnie na dalszy plan, potem był rozwód i tyle po małżeństwie. Ale w sercu pozostała jakaś dziwna zadra.
Po jakimś czasie stworzyłam związek, trwał dwa lata i się rozpadł.... Później był kolejny, który niedawno się zakończył... Problemy w obu związkach były podobne i szukając przyczyny doszłam do następujących wniosków. Wydaje mi się, że po rozwodzie skreśliłam siebie, stałam się 'towarem wybrakowanym" nie zasługującym na normalne życie. Do tego doszedł jeszcze konflikt wewnętrzny związany z wiarą (rozwód, związek). I zastanawiam czy nie dzieje się tak, że przez to że bardzo skrzywdził mnie mój ex-mąż teraz mam takie podejście do mężczyzn. W grę wchodzi kwestia zaufania, wiary w to że ktoś może mnie kochać, być ze mną i nie będą mu przeszkadzać te moje niewybaczalne defekty... A co za tym idzie stawianie wszystkiego na ostrzu noża przy drobnych kłótniach, igranie i lekceważenie partnerów w różnych sytuacjach, które wpływały na mnie destrukcyjnie. I stąd to pytanie o "syndrom osoby zranionej, która sama rani...".
W końcu się w tym wszystkim zatrzymałam, mam czas żeby pomyśleć. Chcę dojść do sedna problemu żeby go w końcu rozwiązać, już za dużo straciła. A ostatnie rozstanie jest dla mnie wystarczającą determinacja...