W lipcu tego roku poznałam o 8 lat starszego mężczyznę. Będę go w tym wątku nazywać literką "D".
Nasza znajomość rozpoczęła się na czacie i przez ten cały czas zdążyła się przewinąć przez maila, gadulca i telefon - jak to zazwyczaj z takimi znajomościami bywa. Rozmawiamy ze sobą średnio 3-4 godziny dziennie przez telefon i nigdy nie braknie nam tematów do dyskusji, mamy bardzo podobne poczucie humoru, także śmiejemy się praktycznie z tych samych rzeczy i co najważniejsze, mamy podobne światopoglądy. Nie ukrywam też,że jeżeli chodzi o wygląd, "leży" jak najbardziej w moim typie.
Parę dni temu nastąpiło nasze pierwsze spotkanie. D. jest kierowcą tira, podróżuje po całej Europie, nie ma go w moich okolicach niekiedy po 2-3 tygodnie, dlatego też spotkanie wcześniej nie było możliwe. Spotkanie było króciutkie (+/- 30 min), gdyż spieszył się w kolejną podróż i przebiegało raczej na stopie koleżeńskiej... No ale nie ma co się dziwić, ponieważ - jak wspomniałam wcześniej - było to nasze pierwsze spotkanie, oboje byliśmy trochę spięci przeniesieniem naszej znajomości ze świata wirtualnego do realnego, a kontakt utrzymujemy dalej, planujemy kolejne spotkanie, więc wydawałoby się, że wszystko jest OK.
Przez te rozmowy telefoniczne bardzo się do niego zbliżyłam emocjonalnie. Był i jest zawsze kiedy tego potrzebuje, mogę mu opowiedzieć o wszystkim... To, co powstaje z mojej strony, jest pewną formą zauroczenia. Napisałam mu nawet parę razy w sms-ach, że zależy mi na nim, podczas rozmów daję też subtelnie do zrozumienia, że jest kimś ponad przeciętnego kolegę i z jego strony czuję odwzajemnienie. I tu również wszystko zdawałoby się wszystko OK, gdyby nie moje "humorki-muchomorki".
Przede wszystkim jestem cholernie zazdrosna o niego. Czasem wspomni pół żartem o pewnej pani siedzącej na ochronie, a ja niby pół żartem mu dogryzam, a tak naprawdę gotuje się w środku jak mleko, które ma zaraz z garnka wykipieć. Gdy temat owej pani ciągnie się zbyt długo, zaczynam się irytować naprawdę na poważnie i wtedy on wyczuwa moją stanowczość w głosie, oziębłość. Czuję się jakbym była jego partnerką chociaż wiem, że do tego momentu jeszcze długa droga - ba ! - nie wiadomo nawet czy kiedykolwiek do tego dojdzie, przez te moje nastroje. Raz jest wszystko ok, witam go uśmiechnięta i zadowolona, powie jedno słowo nie tak, a mnie szlag trafia wraz z tym całym pozytywnym nastrojem.
I nie wiem co z tym fantem zrobić!
Sama sobie radzę rozmowę z nim face2face, ale kompletnie nie wiem od czego zacząć. Przecież nie powiem mu prosto z mostu co się dzieje w mojej głowie, bo spadnie to na niego jak grom z jasnego nieba i uzna mnie jeszcze za wariatkę. W końcu jak można być zazdrosnym w takim znaczeniu w jakim jestem ja, o kolegę...
Wczoraj opowiedział mi nawet - i tak sobie myślę, że opowiedział mi to nie bez powodu - iż mieszkając przez 1,5 roku za granicą, był z pewną dziewczyną, która strasznie była o niego zazdrosna i przez tą chorobliwą wręcz zazdrość ich związek rozpadł się.
Chciałabym też w rozmowie "wybadać" co konkretnie do mnie czuje, kim dla niego jestem, czy jestem dla niego kimś tak samo ważnym, jak on jest dla mnie.
Kurcze, zagmatwałam trochę w tym poście, ale tu w większości bystre kobitki przesiadują i na Was liczę, że zrozumiecie moje szaleństwo! Że podsuniecie mi złotą recepturę, pomysł na taką poważną rozmowę. Bo mnie elokwencja w tym aspekcie opuszcza.