Witam Drogie Forumowiczki.
Jestem w bardzo trudnym dla mnie związku, kocham, ale męczę się i nie wiem co będzie dalej. Wcześniej 3 lata byłam z chłopakiem tylko rok od siebie starszym, nawet mieszkaliśmy razem. Ale był beznadziejny. Dużo się kłóciliśmy, on lubił wypić, nawet zażyć coś więcej, był pod silnym wpływem kolegów, a ja pozwalałam mu nawet podnieść rękę, byle nie odszedł. Panicznie bałam się samotności, tym bardziej, że nie chciałam mieszkać w rodzinnym domu pełnym wrzasków, gdzie zawsze czułam się niepotrzebna, a moja przestań życiowa wynosi 3,5metra kw. Ale stało się- wyrzucił mnie z domu, gdzie w tym samym dniu na moje miejsce wprowadził się jego kumpel. Było mi bardzo ciężko się pozbierać. Zalogowałam się chyba na wszystkich portalach randkowych i nieustannie się z kimś spotykałam, byle nie spędzać czasu sama i nie siedzieć w domu. Odnowiłam też stare znajomości, które oczywiście w czasie związku poszły na bok. Aż w końcu po niecałych 3 miesiącach poznałam na jednym z portali JEGO. Od razu wiedziałam, że mieszka 70km ode mnie, ma dziecko i żonę, z którą nie mieszka, bo zdradziła go rok wcześniej. Ale wtedy żadna z tych rzeczy nie miała dla mnie znaczenia, bo tak bardzo potrzebowałam miłości. Urzekło mnie to, że jest ode mnie 10lat starszy, poważny, odpowiedzialny, przez 10 lat był z jedną kobietą, miał już rodzinę, wiedział co to odpowiedzialność. Myślałam, że taki facet się mną zaopiekuje, że szybko będzie chciał ze mną zamieszkać. I rzeczywiście okazał się dobrym facetem. Nie wyrządził mi dotąd żadnego świństwa, nie chodzi nawet na piwko z kumplami, tylko pracuje, na dwa fronty i zajmuje się dzieckiem w weekendy. A ja przez rok, który się znamy zakochiwałam się coraz bardziej. Mam pracę blisko domu, której notabene nienawidzę, mieszkam w domu rodzinnym i czekam z utęsknieniem na każdą chwilę z nim spędzoną. Niestety tych chwil jest coraz mniej, ja studiuję, ciągle walczę, by nie stracić stypendium, pracuję na etat. Jego zupełnie pochłania praca, na której bardzo mu zależy i nie ma zamiaru jej rzucić. Mi zależy na wspólnym mieszkaniu, na tym, żeby widywać go codziennie, ale on zapowiedział, że nigdy nie rzuci swojej pracy i nie przeprowadzi się do innej miejscowości. Stwierdził, że to ja powinnam się przeprowadzić bo nie mam nic do stracenia. Czuję się zlekceważona takim podejściem. On mieszka w małej miejscowości, gdzie ludzie się znają, ja mieszkam w dużym mieście. Tu mam znajomych, którzy dają mi poczucie bezpieczeństwa, tam czuję się obca i nikogo nie znam. Musiałabym też szukać na nowo pracy.
Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że gdy go pokochałam zaczęła mi bardzo przeszkadzać jego przeszłość. Jego dziecko jest poważnie chore i jest dla niego najważniejsze. Długo się z żoną o nie starali. Staram się być dobra dla małego, ale od środka mnie rozrywa. Stałam się też chorobliwie zazdrosna o to, że wciąż ma żonę, rozwód potrwa jeszcze ze dwa lata. Ponad to jego żona ciągle się z nim kontaktuje, niby w sprawie dziecka, ale jednak bardzo mi to przeszkadza. Nie umiem się pogodzić z tym, że mieszkają niedaleko siebie, że ona nosi jego nazwisko. Choćby na śmiesznym portalu nk.pl od razu widać, że to jest jego żona, a ja gdzieś tam na szarym końcu listy znajomych, jakaś młodsza dziewczynka o innym nazwisku, mieszkająca daleko stamtąd.
Nasz związek się wali, ciągle się kłócimy. O to, że nie mieszkamy razem, że on nie zrobi nic w tym kierunku (tak twierdzę ja- on czeka aż złoże wypowiedzenie i wprowadzę się do domu gdzie mieszka z rodzicami, siostrą, jej dzieckiem i szwagrem, z którymi sam non stop się kłoci). A ponad to, obwiniam go o to, że ma żonę. Stało się to moją obsesją. Wyobrażam sobie ich ślub, którego my nie będziemy mogli mieć, starania o pierwszego potomka, ich wakacje, których my przez pracę nie mamy, ich dom, który mieli, a którego my nie będziemy mieć, bo mój partner wszystko co miał oddał żonie i wszystko inne. Nie wiem czy dalej w to brnąć, bo go kocham, czy odejść dla naszego wspólnego dobra. Próbowałam już kilka razy, ale on tego bardzo nie chce, mówi, że z czasem mi przejdzie, że się przyzwyczaję. A ja? Nie umiem wytrzymać nawet 1 dnia żeby nie zadzwonić.