Witaj,
Skoro przeczytałaś tytuł tego wątku i tu jesteś, to znaczy, że ten temat coś Ci mówi i może sama masz w nim coś do powiedzenia, na co bardzo liczę.
Zależało mi, żeby ten wątek znalazł się właśnie w dziale ?ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD?, ponieważ z tego wywodzi się temat, o którym chciałabym tu rozmawiać.
Parę zdań wstępu.
Pięć lat temu poznałam człowieka, któremu powierzyłam swoje życie. Ufałam mu i wierzyłam jak chyba nikomu do tamtego wrześniowego dnia 2006 roku. To był piękny, romantyczny związek dwójki ludzi po przejściach w kategorii 40+. Były piękne chwile, były też problemy a nawet kryzysy, ale wszystko wydawało się być ? w granicach zwyczajowej normalności, choć temperamenty trochę podkręcały skalę. Nie widziałam jednak powodów do obaw. Naprawdę. Stało się jednak coś dziwnego ? na tej prostej drodze moja podświadomość zaczęła wysyłać mi zastraszające sygnały. To były bardzo trudne do wyjaśnienia alarmy, skutek jednak był taki, że zdecydowałam się jej przysłuchać. Z dużą precyzją i konsekwencją dokonałam zabiegu, który zaowocował odkryciem pewnej styczniowej nocy całej (?) prawdy - byłam bezlitośnie zdradzana i okłamywana w najbardziej zwyrodniały sposób już od bardzo dawna i niejednokrotnie. Po wszystkim, co odkryłam już nawet nie wiem, czy kiedykolwiek byłam przez niego kochana czy tylko brałam udział w jakimś psychologicznym eksperymencie mającym na celu wykazanie, jak wiele jestem w stanie znieść dla iluzji swojej miłości i jak długo można mnie było okłamywać. Nie będę się wdawać w szczegóły tego, co się działo później. Powiem tylko tyle, że doszłam do mojej prywatnej granicy w próbie ratowania czegoś, czego nigdy nie było. Dziś już nie zadają sobie tych wszystkich pytań, na które nie ma odpowiedzi. Jak on mógł, dlaczego ja, czy powinnam była na samym początku wysnuć logiczne wnioski z historii wszystkich jego poprzednich związków, czy powinnam była baczniej przysłuchiwać i przyglądać rzeczywistości, czy, czy, czy. Dziś to już jest nieistotne. Istotne jest to, że tamtej styczniowej nocy umarł ktoś, kogo kochałam, ale też ktoś się narodził - ja sama. Wtedy zmieniło się we mnie wszystko i stałam się kimś zupełnie innym. Szok i strach, jaki przeżyłam wtedy pokutuje we mnie do dziś, ale też odbył się we mnie jakiś fenomenalny proces, którego nie mogę nazwać inaczej niż właśnie narodzinami albo przebudzeniem.
Minęło siedem miesięcy długich jak siedem lat. Przeżyłam straszne chwile, ale też po jakimś czasie zaczęłam odkrywać w sobie zupełnie nowe światy. Mimo traumatycznej genezy tego procesu przez te miesiące w mojej świadomości i w moim życiu odbyło się i nadal odbywa mnóstwo przemian. Poznaję nowych ludzi, potwornie dużo czytam, chłonę świat polisensorycznie, otworzyłam się na nowe doznania, próbuję się w nowych pasjach, chciałabym nadrobić ten czas, kiedy spałam. Podoba mi się ten stan ? a w każdym razie mnie intryguje. Nie ma w tym już ucieczki od bólu, nie ma histerii, za to jest jakiś stan z pogranicza radości ale i smutku, bo jednak coś musiało umrzeć aby narodzić się mogło coś.
Nie do końca potrafię nazwać wszystko, co się we mnie wydarzyło i dlatego założyłam ten wątek. Chcę wiedzieć, czy Ty też na skutek jakichś traumatycznych związków stałaś się nieoczekiwanie dla samej siebie kimś nowym. Jeśli tak, to kim? W jakim kierunku poszedł Twój rozwój? Co w sobie / dla siebie odkryłaś?
Chcę tu uniknąć dwóch rzeczy.
Nie chcę żebyśmy pochylały się tu nad tematem mężczyzn, z którymi byłyśmy. Szkoda klawiatury ? oni byli tylko elementem wzbudzającym, a traumy wyniesione ze związków z nimi były tylko falą uderzeniową. Mówiąc moim ulubionym sarkastycznym językiem ? dostałyśmy kopa na rozpęd i z tego rozpędu skorzystałyśmy.
Nie chcę też popadać na tym wątku w narzekactwo. Nie zamierzam po tym wszystkim zgorzknieć i stać się nienawistnicą mężczyzn, bo jakiś poteflon mnie zdradzał. Lubię mężczyzn, jeśli są godni mojego lubienia tak samo jak lubię kobiety, jeśli są tego godne. Uznajmy etap opluwania za zamknięty ![]()
Wierzę w pozytywne współoddziaływanie mądrych ludzi. Tę wiarę dały mi dziewczyny na innym wątku, który wspomagał we mnie proces najpierw utrzymywania się na powierzchni życia a potem wzrastania.
Byłoby miło, gdyby ten wątek był konstruktywny, mądry, pomocny, obiektywny, skłaniający do myślenia i refleksji. ? jak piosenka Joni Mitchell:
http://www.youtube.com/watch?v=aCnf46boC3I
Zawsze ją lubiłam, ale dopiero teraz wiem dlaczego.