Jesteśmy małżeństwem od 5 lat, znamy się od 12. Mamy wspaniałe dziecko. Już przed małżeństwem mieliśmy sporo problemów. kilka lat temu wyjechałam za granicę, ciężko pracowałam aby spłacić swój kredyt. On został w PL i przygruchał sobie 9 lat młodszą nastolatkę, którą sprowadził do naszego wspólnego mieszkania i mnie z nią zdradzał. Przyjechał do mnie (za granicę) w odwiedziny i nawet o tym nie wspomniał słowem. Ja coś podejrzewałam i przeszukałam jego telefon, gdzie odnalazłam dowody zdrady. On nie powiedział nic, nie starał się tłumaczyć ani nic wyjaśnić. Zadzwoniłam do "niej", straciłam na tą rozmowę 1tys zł, ale to właśnie od niej dowiedziałam się wszystkiego, że mój wówczas jeszcze chłopak jeszcze w dniu wyjazdu do mnie uprawiał z nią sex, że ona o mnie wszystko wie... Wszystko mi opowiedziała! Miała wówczas 17 lat, ja 25, on 28. On płakał, ja go lałam po pysku, on błagał o wybaczenie, ja byłam jak martwa w środku....ale starałam się wybaczyć, choć wciąż pamiętam.
Niedługo po tym wydarzeniu przyjechałam z powrotem do Polski, byłam już w ciąży z nim. On się oświadczył i kilka miesięcy potem wzięliśmy ślub cywilny. Na kościelny nie było nas stać. Urodziło się nasze dziecko, byłam szczęśliwa. On zapewniał o swojej miłości i o tym, że rodzina jest dla niego najważniejsza. Jego zdrada wciąż była we mnie żywa i przy awanturach (a czasami były) wypominałam mu to, że zachował się po chamsku, że ja tyrałam i mu ufałam, a on mnie tak zranił. A on mi na to, żebym mu już o tym nie przypominała i nie wypowiadała imienia tej drugiej, bo mu się wszystko przypomina jak było z nią dobrze! ;( Zaciskałam zęby, bo nasze dziecko było już na świecie i chciałam by miało pełną rodzinę. Myślałam, że jak nie będę wspominać, to faktycznie nie będzie mu się przypominać no i nie przypominało mu się. Ale żałowałam miliony razy, że dałam się nabrać na jego łzy i błagania... Do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć...bo dziś wiem, że on mnie nie kocha, nie kochał i nigdy kochać nie będzie. Nie jest zdolny do miłości, choć twierdzi, że kocha. Próbuję mu uświadomić, że miłość to nie tylko słowa, ale przede wszystkim czyny, że musi robić cośkolwiek żeby ta miłość okazać. Nie robi nic. Twierdzi też, że kocha nasze już 5-letnie dziecko, ale nie za bardzo wiem gdzie ta miłość?
Mąż pracuje do późna, czasem wraca o 20 i wówczas wygłupia się z córką, szaleje, gra z nią na komputerze w gry o zabijaniu(!), albo zabiera ją na wieczorne spacery typu: zawieźć auto do garażu i z powrotem. Jak ma wolny weekend to zabiera ja na rower, jadą gdzieś na chwile na plac zabaw (ale nie na długo, bo jemu się nudzi na placu zabaw jak ma tylko patrzeć jak ona się bawi) a resztę czasu jeżdżą po lesie (tzn. on jeździ a ona siedzi w foteliku przypiętym do roweru). On się jej nie pyta co ona chce robić, on się ją tylko pyta czy ona chce robić to na co on akurat ma ochotę. Dziecko się zgadza, bo woli to niż nic.
Jak wraca z pracy nigdy nie pyta co u nas słychać, nie pyta jak się miewa córka, co dziś robiłyśmy itp. Nie wie czy dziecko ma mieć jakieś szczepienia, bo jak twierdzi to są rzeczy którymi tylko ja powinnam się interesować, on jest tylko od rozrywek, ja tylko od opieki i interesowania się nim i dzieckiem. On jest tylko od interesowania się samym sobą i pieniędzmi.
Przez dłuższy czas pracowałam zawodowo i oczywiście w domu również, wszystkie kobiece obowiązki + opieka nad dzieckiem. Wykończyłam się psychicznie i fizycznie. 6 mies. byłam na zwolnieniu lekarskim, aż w końcu zwolniłam się z pracy. Dziś nie pracuję, jestem na jego utrzymaniu, choć nie powinnam tak mówić, bo przecież pieniądze zarobione w małżeństwie są wspólne, niemniej jednak on zachowuje się tak jakby były tylko jego. Jak pracowałam cała moja wypłata szła na nasze wyżywienie, ubrania, środki czystości itp. On opłacał mieszkanie, rachunki, ubezpieczenia i ewentualnie kredyty. Nigdy do końca nie wiem ile on zarobi, bo prowadzi własną działalność. A jak próbuję dociec, bo odsyła mnie do jakiejś karteczki na której robi zestawienia. Rozmawiać nie potrafi.
Chcę wrócić do pracy, ale teraz kończę jeszcze studia podyplomowe, muszę zrobić praktyki we wrześniu i wówczas będę się rozglądać za etatem. (Na razie nie ma sensu, bo nikt nie da urlopu nowemu pracownikowi na 3 tyg.na moje praktyki), więc poniekąd jestem w kropce. Rodziny nie mam. Mieszkamy w mieszkaniu teściów, oni zamienili się z nami - poszli na kawalerkę, a my na ich trzypokojowe. Kawalerka była kupiona w większości za pieniądze męża, ja dołożyłam się 20%. Teściowie powiedzieli, że dają nam to mieszkanie, ale nie jest to prawnie uregulowane. W zasadzie oba mieszkania są na teściów, bo mąż kupując tamto obawiał się urzędu skarbowego, więc kupił je na ojca.
Kolejna sprawa to taka, że od 4 lat nie uprawiamy sexu, nie mam ochoty, libido spało mi do zera. Najprawdopodobniej przez to, że jestem zaniedbywana psychicznie (bo wszelkie badania hormonalne mam w porządku), nie mam w mężu oparcia, pocieszenia, rozmowy, przytulenia. On się zachowuje jak starszy brat swojej córki. Potrafi mi tylko powiedzieć, że zapisze nas do seksuologa, ale ja nie chce bo uważam, że najpierw trzeba rozwiązać wszystkie inne problemy,bo jak mam z nim uprawiać sex jak wszystkie inne sfery są zaniedbane? O wszystkim mu powiedziałam wprost, jak się czuję, co się ze mną dzieje. Udawał przez pewien czas wielką zmianę. Trochę pomagał w domu, trochę się dzieckiem zajął. Trwało to 2 tygodnie i znów wszystko wróciło do poprzedniego stanu. Sytuacja powtarzała się wielokrotnie, ja mówiłam, że jest źle, on poprawiała się na 2 tyg.
Wczoraj oświadczyłam, że chcę rozwodu. Nie tego oczekiwałam od małżeństwa. Ja chcę mieć męża, a nie drugie dziecko. A on mi na to, że nie bo on mnie kocha. Tylko jak? czy ktoś to potrafi wytłumaczyć? nie czuję żadnej miłości ani do mnie ani do córki. On mówi, że ja mam tylko jeden obraz mężczyzny w głowie i żaden inny mi nie pasuje. Dodam, że w domu oczywiście nie robi nic, ale skoro ja nie pracuję zawodowo to ja się tym zajmuję. No ale czy wrzucenie swoich brudnych ciuchów do kosza to tak wiele? Czy włożenie brudnego talerza do zmywarki to za dużo? Czy zainteresowanie się tym jak nam minął dzień to też wykracza poza normy bycia mężem?
Czuję się samotna. Pusta w środku, zniszczona, jakby ktoś wyorał mną pole!
Niby nic się nie dzieje złego w naszym związku, może powinnam wrzucić na luz i być na siłę szczęśliwa z kimś kogo ja zupełnie nie obchodzę. Tak na dobrą sprawę, pomimo tego, że znamy się już 12 lat to on nie wie czym ja się interesuje, nie wie o mnie nic, bo o nic nie pyta. Jak próbowałam z nim rozmawiać, to dziwnym trafem rozmowa schodziła na niego i jego sprawy. Wtedy wypowiadał się żarliwie i długo. Jak coś dotyczyło mnie to zazwyczaj kwitował 1 zdaniem.
Jestem osoba po przejściach. Dzieciństwa nie miałam łatwego. Wychowywałam się bez matki, a od 8 roku życia również bez ojca. Przez 10 lat wychowywana byłam w rodzinie zastępczej, gdzie był alkoholizm, rzucanie nożami. jestem po pięciu próbach samobójczych, z czego pierwsza miała miejsce jak miałam 10 lat, a ostatnia jak miałam 18. mimo to skończyłam studia z wyróżnieniem, utrzymywałam się ze stypendium naukowych i socjalnych, teraz kończę podyplomowe. Myślałam o doktoracie, ale na razie mnie nie stać.
Co mam o tym myśleć? Tkwić w tej próżni aż dziecko dorośnie? kończyć małżeństwo póki jestem w miarę młoda? dodam, że prób naprawiania wszystkiego było chyba z dziesięć. Wszystkie kończyły się po kilku tygodniach. Ja nie mam sił, jestem wypluta, zmiażdżona...chcę być szczęśliwa
P.S. Zapomniałam napisać, że wielokrotnie przyłapywałam męża na onanizowaniu się, robił to kiedy ja spałam obok, albo w łazience, a nawet u siebie w pracy... czułam się tym zniesmaczona. Wolał poświęcić się onanizowaniu niż poświęcić chwilę własnej żonie, żeby się nią zainteresować...:(