aga333 napisał/a:Jak to kidys gdzies uslyszalam, kobieta w mezczyzni widzi konkretny zestaw cech, mezczyzna w kobiecie widzi zestaw otworow, z ktorych moglby skorzystac, dlatego chyba im latwiej zamienic jedna kobiete na druga.
Wypowiedziałam się już powyżej na temat tego powiedzenia, ale nie dawało mi to cały czas spokoju. Rozszerzę więc wypowiedź. Tego typu slogany z czasem zmieniające się w obraźliwe stereotypy, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością są bardzo zgrabnym wytłumaczeniem dla naszych grzechów zaniechania.
Myślimy i mówimy "wszyscy faceci są tacy" - i bach! : mamy świetne wytłumaczenie, dlaczego tkwimy w związku z facetem, który nas krzywdzi/skrzywdził. No bo po co się starać? Przecież i tak następny będzie taki sam, a nawet gorszy. No więc jestem rozgrzeszona w mojego strachliwego zaniechania. Tak - to strach jest Panem takich sytuacji. Strach przed samotnością, przed przyznaniem się, że nie kocha, że uważa, ze jestem za głupia, za gruba, za chuda, mam za małe, za duże piersi, krzywe nogi, grube nogi. Że jestem za stara, że za mało doświadczona, że nie chcę robić rzeczy, które mnie upokarzają, że dałam się upokorzyć. Powodów jest mnóstwo.
Czy chcesz by strach kierował Twoim życiem? Nikt Ci nie zagwarantuje, że jeśli odejdziesz, to kolejny związek będzie udany. Ale jedno jest pewne - nic nie daje takiej wolności, spokoju i szczęścia jak bycie uczciwym wobec samego siebie. Można siebie oszukiwać, można się uśmiechać i głośno mówić, że jest się szczęśliwym w popapranym związku. Tylko po co? Czy nie lepiej otwarcie powiedzieć: "Jestem zraniona, nieszczęśliwa i nie potrafię zaufać. W imię czego, jeśli nie swojego własnego szczęścia mam podjąć odpowiednia decyzję." No właśnie - i tu jest dobry moment na zadanie sobie pytania: " Dlaczego tak kurczowo trzymam się tego związku? Nie w imię udanej przeszłości - bo tej już nie ma. Czyżbym uważała, że jedyną drogą do szczęścia mnie, jako kobiety i jako człowieka jest BYCIE u boku mężczyzny?" Myślę, że zawsze warto sobie szczerze odpowiedzieć na to pytanie.
aga333 napisał/a:Co do szczescia...bycia szczesliwym czlowiek uczy sie cale zycie, zarowno mezczyzna, jak i kobieta. Musicie odnalezc najpirw szczescie w sobie, cudzie zycia, byciu dobrym, udoskanalaniu siebie, musicie poznac swoja wartosc, a raczej zrozumiec, ile znaczycie same dla siebie.
To następne, z czym się pozwolę nie zgodzić. Nie można się nauczyć być szczęśliwym. Szczęśliwym po prostu się jest lub się nie jest. Akurat wczoraj napisał do mnie ktoś słowa bardzo a propos, pozwolę sobie zacytować: " To, że właśnie teraz jest Pani szczęśliwa, wcale mnie nie dziwi. (...) Proszę wziąć pod uwagę swoją własną sygnaturę z
Forum... doskonale koresponduje z Pani sytuacją. Poza tym, zawsze podkreślam, że poczucie szczęścia wcale nie zależy od bieżącej sytuacji. Szczęście się jakoś tak nosi w sobie". Moja sygnatura mówi, że koniec jest jednocześnie początkiem - ja już to wiem. I wiem też, że szczęście jest we mnie - bez względu na to, co dzieje się na zewnątrz.
Ty najwyraźniej w swojej aktualnej sytuacji nie czujesz tego szczęścia wewnątrz siebie. Jestem w stanie to zrozumieć. Tylko zastanawia mnie jedno - jakiego szczęścia Ty chcesz się nauczyć? Bo podskórnie czuje, że takiego, które w tej sytuacji nazwiesz szczęściem. A wcale szczęściem nie jest. Powtarzanie sloganów o "swojej wartości" bez wprowadzania ich w czyn jest bez sensu. W ten sposób zdradzasz, okłamujesz samą siebie. A to najgorszy z możliwych grzechów.
aga333 napisał/a:Zranilo mnie to tak bardzo, ze nieomal wyladowalam u czubkow. Ale jestem cholerna optymistka, kocham zyci, kocham swiat, kocham ludzi. Nawet w tym najgorszym okrsie czulam milosc meza. On sam robil takie rzeczy, o jakie nigdy go nie podejrzewalam. I absurdalnie poczulam sie jeszcze bardziej kochana, doceniana, cenna...dla niego.
Mam wrażenie, że ostatnie słowo, które przychodzi mi do głowy po przeczytaniu tego, co piszesz to "optymistka". Gdybyś była optymistką i postanowiła zostać z mężem, to potrafiłabyś zaufać mu na nowo, naprawdę wybaczyć. A gdybyś była optymistką i postanowiła odejśc od męża, to powiedziałabyś "Trafił mi się kiepski mężczyzna. Niegodny zaufania i mojej miłości. Dlatego odchodzę. Chcę być z kimś, kto spełnia moje oczekiwania i do kogo mam zaufanie." Pomimo, że mnie osobiście odpowiada TYLKO druga opcja, to rozumiem tych, którzy wybiorą pierwszą. Zwróć uwagę, że w żadnej z nich nie ma mowy o "uczeniu się szczęścia".
aga333 napisał/a:Uwazalam, ze poniewaz on jest moj, dlatego jest wyjatkowy, zawsze taki bedzie dla mnie i nigdy mnie nie zawiedzie.
Kochana, proszę nie daj sobie wmówić, ze powyższe to jakaś utopia lub zjawisko na granicy fatamorgany. Jak Ty sobie wyobrażasz funkcjonowanie w związku bez poczucia bezpieczeństwa, bez zaufania, bez poczucia wyjątkowości? Przecież to w ogóle NIE JEST ZWIĄZEK.
Jeśli Twój aktualny związek ma funkcjonować BEZ tego wszystkiego, to odpowiedz mi proszę - PO CO?
aga333 napisał/a:J W glebi serca wiedzialabym, ze to tylko samochod i moze zawiesc w kazdej chwili. Mogloby sie okazac po latach, ze trafilam na niesamowity model, ktory niezawodnie zawsze dowozil mnie na miejsce, nie wymagal jakiegos nadmiernego serwisu i nie rozkraczal sie w najtrudniejszych chwilach. Wtedy naprawde moglabym byc dumna i szczesliwa. Nauka - lepiej z gory zakladac rozczarowanie i byc mile zaskoczonym, niz idealizowac i sie rozczarowac.
Moim zdaniem odarto Cię z możliwości odczuwania wszystkich wspaniałych uczuć, które niesie ze sobą słowo MIŁOŚĆ, ZWIĄZEK. Zastanów się, czy to, w imię czego TRWASZ jest warte tego? Ja odczuwam tak ogromny smutek przebijający z Twoich postów, mam wrażenie, że Ty sama coraz bardziej znikasz, coraz mniej czujesz.
Mam nadzieję, że Cie nie uraziłam tym, co napisałam, ale taka jest moja opinia.
P.S. A tak w ogóle - mnie, pomimo iż jestem kobietą, nie raz zdarzyło się spoglądać na mężczyznę jako na zestaw hm... wypukłości. I nie widzę w tym nic złego, dopóki nie jest to JEDYNE spojrzenie, na jakie mnie stać. 