Witajcie ![]()
sporo się tutaj udzielam, ale do tej pory jakoś nie zdarzało mi się prosić o pomoc. Dzisiaj jednak mam okropny mętlik w głowie, dlatego wolałabym przeczytać opinie osób bezstronnych.
Otóż, mam 21 lat, mój chłopak 22, jesteśmy ze sobą od półtora roku. Żadnych większych zgrzytów- na początku było trochę o ilość poświęcanego czasu, ale doszliśmy do wielu kompromisów. Mój chłopak jest moim przyjacielem, wsparciem, podziwiam go i kocham, niewątpliwie jest to mój pierwszy "poważny", jeśli można to tak określić, związek. Jednak w ciągu ostatniego miesiąca poczułam się... źle.
Zaczęło się od weekendu majowego. Zaproponowałam, że pierwsze 3 dni (piątek, sobota, niedziela) spędzę z nim, natomiast na kolejne 3 (poniedziałek, wtorek, środa) wrócę do rodzinnego miasta. Odburknął, że "jak sobie chce", ale on nie po to walczył o wolne w pracy. Doceniłam jego poświęcenie, nie pojechałam, ucieszył się. Po czym w poniedziałek rano zwinął się. Prosiłam go (rzadko o coś proszę), żeby został jeszcze na poniedziałek, lecz wykręcił się, że "musi pomieszkać trochę w domu". Niepocieszona byłam, ale nic nie powiedziałam. Okazało się, że zmył się... by spotkać się z kumplami. Spędził tak trzy dni, podczas gdy ja siedziałam jak kołek w mieszkaniu, bo przecież wszyscy wyjechali do rodzinnych miast i nawet nie było z kim wyjść. Był z tego powodu kwas, ale wyjaśniliśmy sobie co trzeba, przeprosił, luz.
Druga sytuacja. Wyjechałam na szkolenie do Poznania, na piątek-sobotę-niedzielę. Sądziłam, że w niedziele odbierze mnie z dworca, po czym spędzimy razem trochę czasu po takiej przerwie. Nie mógł bo... koledzy. Znowu kwas, znowu rozmowa, luz.
Ten weekend. Mieliśmy się spotkać w sobotę- iść na dobry obiad na Stare Miasto, pochodzić, może iść do kina- zrobić coś szalonego, bo ostatnie wieczory spędzaliśmy na filmie na komputerze, jakimś jedzeniu, i nara. Mam teraz gorący okres na uczelni, sporo pracy, sesja nadchodzi, ale myślę sobie, jeden dzień nie zaszkodzi. Piątek spędził z chłopakami, więc myślę sobie, że super, nie wejdę mu w paradę. Umówiliśmy się na 13, po jego uczelni. Odpierdzieliłam się w moją najnowszą, śliczną sukienkę... i poinformował mnie, że musi pomóc mamie w zakupach i spotkamy się o 16. No cóż... zdjęłam sukienkę, posprzątałam w domu, on pojechał na rower. Wrócił i powiedział... że jeszcze nic nie wiadomo, i że pewnie spotkamy się o 18. Przyjechał, spędziliśmy wieczór jak wszystkie w tym tygodniu, a w niedzielę rano się pożegnaliśmy. A poteeeeem... poszedł z kumplami.
I teraz pytanie- czy ja przesadzam? Bo 3 raz w ciągu miesiąca czuję się jak dopust boży, a nie wymarzona dziewczyna. Próbowałam dzisiaj porozmawiać- pojechał do centrum handlowego "połazić". I gotuję się! Bo to są tylko te trzy sytuacje- normalnie jest kochającym, czułym chłopakiem, od września chcemy mieszkać razem, za rok kupować własne mieszkanie, stara się, nie mam mu nic do zarzucenia... Przy czym nigdy mu nie zabraniałam kontaktów z kimkolwiek! Nie jestem obsesyjnie zazdrosna, ani nic!
Ale no nie mogę przeżyć tego, że czuję się, jakbym była gdzieś "w środku" jego listy priorytetów, podczas gdy on jest na mojej bezsprzecznie i zawsze pierwszy. Ja rezygnuję dla niego z wyjazdów, potrafiłam pojechać z nim w nocną trasę Kraków-Wrocław, żeby tylko móc go zmienić za kółkiem i żeby nie jechał sam- mimo, że miałam sesję na uczelni, a na następny dzień przegląd na 8 rano...
Uch... co Wy o tym sądzicie, drodzy forumowicze? Walnijcie mnie w łeb, bo już sama nie wiem....