Potrzebuję obiektywnego spojrzenia na mój problem , który ciągnie się od ponad dwóch lat. Poznałam na studiach fantastycznego chłopaka. Miałam jednocześnie chłopaka z którym byłam od pół roku. Ale ten nowy był niesamowity. Miał wszystkie cechy, których brakowało temu pierwszemu. Broniłam się przed tym uczuciem, chciałam być lojalna, brzydziłam się przecież zdradą. Zawsze byłam taka poprawna..aż tu nagle stało się. Zanim się obejrzałam, nie wyobrażałam sobie że mogłabym bez tego "nowego" normalnie funkcjonować. Każdy zjazd na uczelni równał się z wyjściem i bliskością. Nie tak dosłowną, po prostu spędzaliśmy ze sobą czas, ale różnie było ;-) Był dla mnie jak narkotyk..i w końcu stało. Zdradziłam fizycznie...a potem mimo wszystko zostałam z moim facetem. Tamten w złości odgrażał się że wszystko powie...więc sama przyznałam się co zrobiłam. Po 3 dniach mój facet mi wybaczył a po tygodniu oświadczył mi się..byleby tylko nikt mu mnie nie zabrał. Zaręczyny przyjęte...dziś minęło dwa lata od zaręczyn a ja nadal spotykam się z tamtym...niedługo obrona, koniec studiów a ja nie potrafię się z tym pogodzić. Spotykamy się, on ciągle mnie kocha i gdyby mógł to już by mi się oświadczył i uwił gniazdko. Cały problem polega na tym, że nie potrafię odejść..nie potrafię skrzywdzić mojego faceta prawdą...on niestety jest niezaradny życiowo...nie pracuje bo w każdej pracy w jakiej był ktoś tam na niego krzyknął, coś wymagał czego on nie umiał i odchodził...bo ciągle szuka pracy "idealnej"...jest uparty i wiele innych cech które wywołują u mnie strach, że w przyszłości to ja musiałabym o wszystkim myslec i utrzymywać naszą rodzinę...a z drugiej strony facet który jest odpowiedzialny , mysli o przyszlosci i to on o mnie zabiega. A w przypadku mojego faceta to ja zainicjowałam nasz zwiazek i chyba na tym przegrałam..Nie potrafie odejsc od pierwszego i nie potrafie zapomniec o tamtym..boje sie że to bedzie błąd ktorego nie wybacze sobie do konca zycia..tylko co będzie gorsze..?
Podobne tematy
kochana to co robisz to toksyczny związek. i powiem Ci tak : jeżeli spotykasz się z tym drugim to tak naprawdę narzeczonego nie kochasz. tak naprawdę nie da się kochać dwóch facetów na raz. z tego co wynika bardziej zależy Ci na studencie więc moim zdaniem zostaw narzeczonego. źle w ogóle zrobiłaś że przyjęłaś oświadczyny ... teraz żyjesz w kłamstwie. domyślam się że po ślubie też byś go zdradzała a wiesz dobrze że to nie ma najmniejszego sensu. jesteś z narzecznym tylko dlatego że przyzwyczaiłaś się i też bo boisz się go zranić...ale to co robisz jest złe bardzo złe. nie do przyjęcia. poza tym jak studentowi bardzo zależy to możliwe że powie wszystko narzeczonemu po złości i wtedy będzie jeszcze gorzej. lepiej puki to się nie stało wymyśl coś żeby odejśc on narzeczonego że np już go nie kochasz... bo jak powiesz mu prawdę to wiele osób może odwrócić się od Ciebie....
kłamstwo ma zawsze krótkie nogi i prędzej ( lub w Twoim przypadku) później to wyjdzie .... wieczność nie ukryjesz tego
dziewczyno nad czym Ty się zastanawiasz????
Kochacie się, wyjedźcie sobie w trójkę za granicę i zalegalizujcie ten piękny, pełen miłości i lojalności związek!!!!
No już!! Na co czekasz?
dzięki frytka292 za normalną odpowiedź...właśnie takiego obiektywnego spojrzenia potrzebuję. Tyle, że narzeczony nie ma lekkiego życia...jesteśmy ze sobą tyle czasu i chyba w każdym związku przychodzi czas na rutynę. Boję się, że ze "studentem" może być tak samo, że potem będę żałować. Może właśnie to, że spotykamy się "w ukryciu" jest dla mnie czymś co dziewnie to ujmując -mnie kręci ? Sama nie wiem. Wiem że nabałaganiłam sobie w życiu ale to sie tylko łatwo mowi , że każdy ma wpływ na swoje życie. Nieprawda...to sie po prostu stało i nawet gdybym odważyła się zerwać z narzeczonym to nigdy nie powiedzialabym mu prawdy. Jedyne na co byłoby mnie stać to doprowadzić do jakiejs gigantycznej kłótni i poczekać aż on mnie zostawi..śmieszne, ale prawdziwe. Nie chce go krzywdzić..zastanawiam się tylko czy przez to właśnie, że nie chcę go krzywdzić nie ucieknie mi coś, na czym mi zależy. Jestem chyba przypadkiem beznadziejnym. Jestem połączeniem nielojalnej mendy która zdradziła i zakłamanej narzeczonej która nie chce krzywdzić swojego narzeczonego...parodia. Tyle że w tej parodii przyszło mi odgrywać główną rolę...
Nie pisz posta pod postem-użyj opcji edytuj. Pozdrawiam
moderatorka-apoteoza
Według mnie powinnaś uwolnić sie ze związku w którym z tego co przeczytałam nie jesteś szczęśliwa..przeprowadz poważną rozmowe ze swoim facetem..i powiedz mu o swych watpliwościach..byc moze od decyzji jaką podejmiesz bedzie zalezało cale Twoje zycie..a chyba nie chcesz byc nieszczęśliwa..
a może zrób sobie odpoczynek od studenta na np miesiąc ???nie odzywaj sie do niego i powiedz mu że gdzieś wyjeżdzasz zagranicę czy coś ... wtedy to będzie dla Ciebie próba czasu czy będzie Ci się za nim tęsknić. zresztą skąd wiesz może niebawet Twój problem się wyjaśni. przyjdą wakacje , nie będzie się jak spotykać i tamtemu zapał się zmniejszy. poza tym w ciągu tego miesiąca może zacznie lepiej układać się z narzeczonym ??? czasami żeby podjąć jakąś decyzję trzeba proby czasu ... może to co teraz napisze Ci pomoże:
moja siostra cioteczna chodzi z chłopakiem ponad 2 lata prawie. po roku znajomości zaczęła go zdradzać. co najlepsze z jego przyjacielem. trwało to chyba z 1,5 mies puki tamten jej nie zostawił bo znalazł sobie inną. więc jakby nigdy nic siostra dalej udawała big love z chłopakiem . tak to było udawanie. była tak zakłamana że aż żal. jak siedziala z nim to jak to się kochają i szanują itp jacy to zakochani a poza plecami co mnie gadała że on jest niezaradny, ze nie pociąga ją seksualnie itp. powiedziała że jest z przyzwyczajenia i też nie chciała zerwać bo bała się reakcji rodziców i przyszłych teściów. była grzeczna pól roku. po tym czasie zaczęła w tajemnicy chodzić na dyskoteki, poznawała nowych facetów z którymi non stop pisała sms i się spotykała... ale głupich nie było. nikt nie chciał być z panną która związana jest na stałe z innym facetem. za każdym razem było tak samo że ją zostawiali. aż po 2 latach bycia razem postanowiła zerwać ze swoja "miłością"... nie byli ze sobą 3 miesiące. w tym czasie miała innego chłopaka ale zawsze było tak że ten były był lepszy itp. w końcu doszła do wniosku że były jest niepowtarzalny i wrócila do niego. po miesiącu powrotu chłopak sie z nią zaręczył. ona przyjęła i teraz są ze sobą z pół roku a ona jest bardzo grzeczna , złego słowa na niego nie mówi i sama mi się przyznała że dobrze że tak się stało bo poznała jego wartość i wiele zrozumiała przez te 3 miesiące... bardzo jest w nim zakochana teraz .
moim zadniem trochę to co ona robiła jest chore a nawet bardzo ale widzisz wystarczyła próba czasu zeby się opamiętać. polecam Ci to samo wtedy naprawdę wszystko się wyjaśni
moim zdaniem nie powinniśmy jej radzić co ma zrobić tylko po prostu pomóc jej się odnaleźć... mianowicie otworzyć tą odpowiednią szufladkę w mózgu co da jakiś pomysł na rozwiązanie tego. ja stawiam na probe czasu z poprzedniego postu. to jest najlepsze lekarstwo
Nie pisz posta pod postem-użyj opcji edytuj
moderatorka-apoteoza
próba czasu..była i trwała pół roku. Polegała na tym, że po "wyznaniu" zdrady zaręczyłam się i obiecałam zerwanie jakiegokolwiek kontaktu ze "studentem". Tyle, że my jesteśmy w tej samej grupie na uczelni. Wszystkie zajęcia w tej samej sali, ciągła obecność. Byłam zdeterminowana i sukcesywnie unikałam jego towarzystwa i rozmów. Zaraz po tym jak dowiedział się o moich zaręczynach odbyliśmy "ostatnią" rozmowę. Powiedział, że mimo tego co się stało nadal mnie kocha, że żałuje swojego zachowania ( w końcu to on próbowała powiedzieć "narzeczonemu" o tym co nas łączy a ja już wolałam sama sie "pochwalić" niż miałby dowiedzieć się od niego ) i że jeśli kiedyś będę czegoś od niego potrzebowała to zawsze mogę na niego liczyć. Jeśli "narzeczony" kiedyś jednak stwierdzi ze nie chce ze mna byc przez ta wlasnie zdrade i powiem na mnie komus złe słowo, to on mu tego nie daruje.. pożegnaliśmy się "na zawsze" ostatni pocałunkiem...ze łzami w oczach odeszłam. Mijał czas, ja próbowałam odnaleźć to uczucie, które kiedyś przecież wypełniało mnie po brzegi. przyszły wakacje, wyjechaliśmy na tydzień, niby było ok ale oczywiście bez dziwnych przekomarzeń się nie obeszło. Przez jakieś 3 miesiące wracał do tego tematu...ciezko mu bylo zapomniec mimo ze wybaczyl . myslalam ze zapadne sie pod ziemie, w koncu jak moglam mu to zrobic ..? potem "narzeczony" wyjechal na wakacje do pracy za granice. bylam wierna jak pies. kłótnie na odległość oczywiście były, ale ani chwili zwątpienia z mojej strony. Potem kolejny rok akademicki...wszystko było ok ale ... no wlasnie, ale znów powoli zaczelismy ze soba rozmawiac. Tak po prostu o niczym...co tam slychac itp. Potem zebraliśmy sie na rozmowe o "przeszlosci". On poznal dziewczyne...teraz jest z nia zareczony. Wszystko byloby ok, gdyby nie fakt, że "narzeczony" po powrocie nie miał pracy i nie kwapił się szczególnie do szukania. zresztą, przez pół roku przed wyjazdem tez nie pracowal. Wiecie czego sie boje ? że moje zycie będzie wyglądało tak jak życie mojej matki...ojciec niedomyślny, niezaradny i pracuje od czasu do czasu. "narzeczony" ciągle niezadowolony z warunków pracy, współpracowników i z zarobków. Poza tym ciągle jest sterowny przez mamusie :0 Zawsze go wyreczala we wszystkim że on tak naprawde ma problem z zalatwieniem jakiejkolwiek sprawy chociażby w urzędzie. Nie chce takiego zycia w ktorym ciągle ja bede musiala o wszystkim myslec. nie chce byc jedyną osoba utrzymujaca rodzie. wiem że to hamskie podejscie ale kobiety chyba mysla o jakiejs stabilizacji i zagwarantowanej przyszlosci ? a "studenta" poznalam dobrze z kazdej strony...mialam na to duzo czasu. dla mnie zrobilby wszystko. Apropo jego narzeczonej...jest gotowy zerwac z nia choćby dzis, wystarczy jedno moje slowo i jeden moj gest. Dobry dowcip od losu..tak na prawde od mojej decyzji zalezy kto w tym chorym ukladzie bedzie szczesliwy , a kto dostanie po dupie. biorac pod uwage fakt że ze "studentem" jakies 2 lata łączy mnie to samo uczucie , ciezko nazwac to przelotną przygodą. naprawde czuje sei zagubiona. jedyną osobą ktora co nieco wie jest moja matka. ona patrzac na swoje zycie radzi mi wybrac zaradniejszego. poznala przeciez tez dobrze "narzeczonego" i zauwazyla kilka jego kiepskich cech. wiem, ze to ja musze podjac decyzje, ale juz naprawde nie wiem jaką kwestię wziąść za priorytetową. I tak naprawdę to codziennie zastanawiam się, czy jeszcze kocham "narzeczonego" czy to tylko przywiązanie, próba bycia lojalną, w końcu zareczyny to jakies zobowiązanie i zapewnienie o byciu razem...dobrze ze przełożyliśmy ślub. Miał być w sierpniu tego roku, będzie za rok...chyba. Naprawdę chcialabym wstać któregoś ranka i wiedzieć co jest najważniejsze...by móc spokojnie wybrać. W takich okolicznościach kolejna próba czasu chyba nie do konca bedzie pomocna...? poza tym jak pomysle ze mialabym sie z nim tyle nie widziec to aż mnie skręca...przyjedzie do mnie po pracy w środe, nie moge sie doczekac. Narzeczonego oczywiście oszukam...ze ide z kolezanka...kolejne cudowne popołudnie za ktore zaplace wyrzutami sumienia...ale nie potrafie inaczej
?W chwili, kiedy zastanawiasz się czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze.?
Może ten cytat da Ci do myślenia i w jakiś sposób pomoże podjąć właściwą decyzję?
Wiesz, jeśli nie jesteś pewna swoich uczuć do narzeczonego, to chyba lepiej byłoby coś z tym zrobić. W tej chwili oszukujesz siebie i Jego, nie mam zamiaru Cię za to krytykować, bo sama jestem kobietą i wiem, jak to czasami w życiu bywa, że rozum przegrywa z sercem..
Nie pochwalam zachowania studenta, zastanów się, czy kiedyś (gdybyście byli razem) innej nie będzie obiecać tego samego, co Tobie, mianowicie- że w każdej chwili może Ciebie opuścić.. Daje chyba do myślenia, prawda?
Ale wiedz, że jesteś bardzo młoda i nawet gdyby nie wyszło Ci ze studentem, to z pewnością poznasz odpowiednią osobę, którą pokochasz, i z którą będziesz szczęśliwa w 100procentach.
ja Ci powiem że moja mama też zawsze mi radzi wybierać chłopaków zaradnych bo jakby nie było to miłością nie będzie się żyć całe życie....
Właśnie, cigarette poruszyła kolejną kwestię. Otóż "student" nie jest chodzącym ideałem :-) Nie ma takich . Mimo wszystko wierzę mu, że mnie kocha...ale czy mogłoby nam się udać jest wielkim znakiem zapytania. z narzeczonym przynajmniej wiem mniej wiecej czego sie spodziewac, jakie ma przyzwyczajenia, co lubi a czego nie..najwyżej umre śmiercią głodową bo z mojej wyplaty zabraknie na chleb :0 Kurde, kobitki naprawde chwile które spedzam ze studentem są jak zaczarowane. Pisze jak gówniara w tym momencie ale takich emocji nie mialam chyba nawet na początku z "narzeczonym". poza tym "student" jest starszy od "narzeczonego" 3 lata, czyli ode mnie 4. Uwierzcie mi , że widać różnicę w sposobie myślenia i patrzenia na świat...dlatego ze "studentem" czułabym się spokojniej. A co do zaufania mojego do "studenta", wiadomo , póki dzieliłaby nas odległość 35 km byłoby odrobine ograniczone. Tyle , że on bardzo szybko chciałby żebyśmy zamieszkali razem....a to dlatego że sam bałby się o mnie i jego zaufanie do mnie też byłoby ograniczone...w końcu zostawiłabym dla niego narzeczonego..a to już nie zabawa. Rozum mówi "narzeczony", a serce "student"...albo jakoś tak..
Może lepiej posłuchać serca? Jak to mówią, raz się żyje..
Choć wiem, ze byłoby Tobie bardzo ciężko. Najlepiej pogadaj z narzeczonym, że masz wrażenie, iż Twoje uczucie do niego się wypaliło, nie wiesz, czy to ma sens jeszcze.. Jak on to odbiera.. Moze też dusi się w Waszym związku? jak myślisz, dobrze mu tak?
Ja bym zostawiła narzeczonego na Twoim miejscu, ale nie dlatego, że jest ktoś inny, ale dlatego, że Ty z nim nie będziesz szczęśliwa. co do studenta się nie wypowiadam, nie wiem czy powinnaś z nim być.
Wiesz cigarette, dobrze kombinujesz. Kilka razy o mało nie zakończyliśmy tego związku i to z jego inicjatywy. Dla mnie to były dość dziwne powody do rozstania, do kłótni owszem, ale nie do zakończenia związku. Zawsze jednak wyciągałam do niego rękę, starałam się załagodzić sytuacje i jest jak jest. Może jemu nie zależy tak jak mi się wydaje..? Allllle sie pogubiłam :0 ja to chyba nie do końca potrafię poznać się na ludziach ![]()
Może jest pewien, że zawsze z nim będziesz i nie boi się, że mogłabyś go zostawić, dlatego tak się zachowuje, jak napisałaś? Bo to rzeczywiście dość dziwne i inaczej chyba tego usprawiedliwić nie umiem..
Proponuję szczerą rozmowę jak on odbiera Wasz związek, czy nie uważa, ze COŚ się popsuła, że jest inaczej niż kiedyś i nie lepiej, a gorzej?
Jeśli potwierdzi, to może zróbcie sobie przerwę, naprawiajcie albo skończcie to, bo po co tkwić w związku, który nie daje przyjemności i- co najważniejsze; szczęścia..?
Powiem Ci tak. Zostaw tego swojego narzeczonego, bo go nie kochasz i ranisz. Jak się rozstaniecie będziecie oboje szczęśliwi. Na pewno będzie cierpiał, ale znajdzie sobie inną, która go kocha. Jak wyobrażasz sobie życie z kimś kogo nie kochasz? Prędzej czy później to się skończy, ale wtedy może być już za późno by być z tym ze studiów...
A moim zdaniem powinnaś zostawić ich obu - i zająć się sobą i poukładaniem sobie w głowie pewnych priorytetów.
Skąd u Ciebie taki ślepy pęd do małżeństwa? Dopiero kończysz studia - zastanów się jaka będzie Twoja przyszłość którą jesteś w stanie SAMA sobie zapewnić. Traktujesz życie i facetow jak supermarket: od tego gościa mam to, od tamtego tamto, ale kto da gwarancję? Bzdura nad bzdurami. Sama sobie daj gwarancję: dobrej pracy z której będziesz się w stanie utrzymać, rozwoju, poszerzenia horyzontów. Tego że będziesz w stanie założyć zdrową, normalną rodzinę i przekazywać dzieciom takie wartości od których nie będzie rosła kabza terapeutom.
Facetów odstaw - bo jesteś niedojrzała i oprócz tego że krzywdzisz chłopców naookolo - to najbardziej krzywdzisz siebie.
Kombinujesz żeby sobie zapewnić gwarancję uczuć na wieki - bo po latach "na pewno" przyjdzie stagnacja. Z takim podejściem dwóch Ci nie wystarczy, ani trzech, ani pięciu....
Malżeństwo traktujesz jak wyrok. Jak dożywocie. Od razu się idzie pochlastać.
Jak spotkasz mężczyznę swoich marzeń - na innego nawet nie spojrzysz i nie przyjdzie Ci do głowy emocjonalny szantarz - "będę z Tobą bo taka z Ciebie łajza, że nikt inny Cię nie zechce." Otoż gwarantuję Ci że zechce, mało tego, może ta następna da mu taką motywację do życia że z łajzy, którą jest przy Tobie stanie się biznesmenem pełną parą z kasą i splendorami. A Ty mu zatruwasz życie - i facet zamiast skupić się na sobie - obserwuje jak mu rogi rosną.
A ten drugi - łajza na maksa - wie że laska go wali w rogi z narzeczonym jak tylko pojedzie do domu i mu to odpowiada?! To ma być miłość? Gucio prawda. On po prostu chce wygrać starcie, a jak spotka ładną, mądrą i poukładaną laskę - z dnia na dzień jej się oświadczy. A teraz - bawi się - przecież od tego są studia.
A największą frajerką w tym wszystkim jesteś Ty - do historii rozkładania nóg przed dwoma kolesiami dorobilaś ideologię: "Ach Bożesz jedynyż, jak oni mnie kochają, no co ja biedny ideał mam począć? Jeden beze mnie zginie jako to dziecię we mgle, drugi taki gorący - ale cóż, już nie tak bardzo jak na początku... Hmmm pewnie tylko jak pierdnę zalotnie, to padnie na kolana i mi się oświadczy. Z brylantem. Bo on taki zaradny. No ale czy mi da na piśmie gwarancję ze za trzy lata będzie identycznie? No rozdarta jestem po prostu bo kochają mnie na zabój."
Otóż żaden Cię nie kocha a Ty nie kochasz żadnego z nich. Jeśli z litości i wygodnictwa wyjdziesz za pierwszego - na pewno zdradę odbije Ci taką czkawką jakiej się nawet nie spodziewasz, bo jest emocjonalnie od Ciebie uzależniony. Zdrady się po trzech dniach nie wybacza - poczytaj wątki zdradzonych facetów i zdardzonych żon. Latami się to ciągnie i w 99,9% nie wypala. A to są dojrzali ludzie a nie smarkacze co się bawią w dom. Drugi Cię nie kocha - bo jakby Cię kochal to by Cię szanował - a jemu wizja Twojego narzeczonego między nogami nie przeszkadza. Od dwóch lat. Tobie jak widać też nie.
Juliette dobrze pisze - jak nie zamierzasz tego rozwiązać jednym cięciem - wyjedź do jakiegoś sympatycznego kraju i legalizuj.
widzisz Kriss, właśnie chodzi o to , że póki co wizja małżeństwa mnie przeraża. To, że tak szybko wybaczył mi zdradę, okupił wieloma łzami i rozmowami . Twierdził, że jeśli nie ja to żadna inna. Póki co ufa mi i jeśli zostanę z nim to nigdy nie dopuszczę do tego, żeby się dowiedział...Ktoś kiedyś mądrze napisał, że powiedzieć komuś o zdradzie jest bardzo łatwo, bo to ta zdradzana osoba musi sobie z tym poradzić. Trudniej jest żyć potem w zgodzie ze swoim sumieniem. Najwidoczniej nie jestem jeszcze gotowa na to co mnie spotkało. Wiem, że wychodzę tu na zimną sukę, ale ciężko w takiej sytuacji nie myśleć o tym, czy uda nam się razem jakoś utrzymać w przyszłości. Za dużo widziałam w moim domu i wiem, że za uczuciem musi iść też jakieś życiowe ogarnięcie.
A co do rozkładania moich nóg to lekkie przegięcie. Ze studentem zdradziłam go jeden jedyny raz. Owszem pocałunki, spotkania to też zdrada. Ale jak już tak konkretnie piszemy o tym rozkładaniu nóg, to tylko wtedy. A z narzeczonym oziębiły nam się kontakty. No tak się składa, że będąc w tak dziwnej sytuacji nie potrafie rozkładać nóg przed nikim ![]()
Jeszcze co do tego, że może narzeczony przy innej zmieniłby się tak radykalnie...nie wiem, może. W końcu różnie to bywa. Staram się go motywować,ale ciężko zmienić przyzwyczajenia wyniesione z domu. Wiem, że igram z ogniem. Raz się już nim oparzyłam. Teraz mój czas się kończy. Dziękuję Wam za obiektywne spojrzenie, niektórzy z Was poruszyli kwestie które mam do przemyślenia. Pora zmierzyć się z rzeczywistością...
18 2011-06-05 15:18:03 Ostatnio edytowany przez Tisha (2011-06-05 15:18:45)
Kriss jak zwykle 100% racji.
A swoją drogą studencik też jest dobry - nie przeszkadza mu, że sypiasz z innym, zaręcza się po pół roku z jakąś laską i obiecuje, że dla Ciebie kopnie ją w dupę. No wspaniały materiał na męża/życiowego partera. Ciekawe czy jak już rzuci narzeczoną dla Ciebie i zaręczy się z Tobą [może nawet dostaniesz ten sam pierścionek?] to czy będzie szukał kolejnej laseczki dla której zerwie potem z Tobą
No super facet, na pewno jest zaradny i ustabilizowany
Hahahaha ![]()
Szkoda mi Twojego narzeczonego, jest uzależniony emocjonalnie od Ciebie. Też ma nasrane w bani, że boi się, że poza Tobą nikt inny go nie zechce. Zasugeruj mu wizytę u psychologa, może jeszcze z tego wyjdzie.
ona2323, moim zdaniem jeśli nie jesteś pewna uczuć do swojego narzeczonego, to ten związek nie ma sensu. zawsze już będziesz się dusić w nim. wiesz dobrze, że nie potrafisz zapomnieć o studencie, więc moim zdaniem powinnaś zerwać zaręczyny i spróbować ze studentem.
jeśli nie spróbujesz to możesz żałować tego do końca życia.
jesteś w sytuacji, w której każde rozwiązanie jest złe.. każde może doprowadzić cię do cierpienia.. ale przeciąganie takiego podwójnego życia to tylko przedłużanie cierpienia i chaosu. powinnaś wybrać jedną drogę iść nią, bo zwariujesz..
wiem jakie to uczucie zerwać z facetem.. wiem, jest okropne, rola kata, wyrzuty sumienia.. ale to w końcu mija. a z twoich uczuć wynika że i tak prędzej czy później będziecie musieli się rozstać. Myślę, że lepiej jest się rozstać kulturalnie, jak dorośli ludzie, poprzez konstruktywną rozmowę niż się pożreć. Nie unikniesz roli tej zrywającej. przedłużając obecny stan mieszasz sobie w głowie.
życzę Ci więc odwagi, abyś jak najszybciej rozwiązała tę sytuację ![]()
dzięki Avalla88 , ujęłaś to wszystko idealnie , rola kata itp. myślałam właśnie o tym jak poprowadzić normalną rozmowę, żebyśmy dobrze się zrozumieli, żeby nie miał do mnie żalu. Z Twojej wypowiedzi wynika, że byłaś w roli "kata" , możesz chociaż opisać jak poszła Ci ta "kulturalna" rozmowa ? Nie mam pojęcia od czego zacząć. Nie chcę ranić...ratować ten związek ? Też czuję, że prędzej czy później może się to skończyć moją ucieczką , tyle że po co marnować nam kolejny rok. Dobrze wiedzieć, że ktoś naprawdę rozumie, jaki to ciężar. Takie podwójne życie dręczy mnie psychicznie do granic możliwości. Napisz jak Ty sobie z taka rozmowa poradziłaś...może choć trochę mnie to ośmieli, podpowie...a potem pozostanie mi wierzyć , że podjęłam dobrą decyzję
Po pierwsze:
Czy to związek toksyczny czy nie, nie masz prawa tak postępować, a tym bardziej usprawiedliwiać tym swoje zachowanie.
Po drugie:
Mówisz, że kochasz swojego narzeczonego i nie chcesz go krzywdzić. A co teraz niby robisz, jak go nie krzywdzisz? Gdybyś miała w sobie choć odrobinę empatii, przyzwoitości i godności odeszłaś by od swego partnera i dała mu w ten sposób szansę na miłość u boku innej kobiety. A w ten sposób pozbawiasz go tego wszystkiego. I dobrze o tym wiesz, więc daruj sobie takie teksty.
Nie zostawiłaś swojego faceta, bo tak Ci wygodnie. Masz do kogo się przytulić, masz z kim pogadać... a w między czasie braki u swojego partnera uzupełniasz sobie innym facetem.
Facetów odstaw - bo jesteś niedojrzała i oprócz tego że krzywdzisz chłopców naookolo - to najbardziej krzywdzisz siebie.
Z tym tylko się nie zgodzę.
Gdyby było jej źle w tym układzie, to by w nim nie tkwiła tyle czasu. I ona w tym układzie jest najmniej pokrzywdzoną. Najbardziej poszkodowany jest jej partner, bo wierzy, że skoro jego narzeczona mówi, że kocha- to kocha. Skoro przyjmuje oświadczyny- to znaczy, że planują wspólną przyszłość.
I wyobraź sobie jaki ból go dopadnie jak wyjdzie z tej błogiej niewiedzy. Jak mu cały świat legnie w gruzach i raptownie straci sens swojego życia.
Boisz się odegrać rolę kata? Nie powinnaś się bać. Tyle czasu świetnie odgrywałaś rolę cichego zabójcy.
Teraz podobno stoisz przed decyzją o zakończeniu związku.
Tylko, żebyś nie kończyła tego związku aby lecieć do drugiego. Powinnaś pobyć sama-zupełnie sama.
Podziwiam Twoją szlachetność.
Podziwiam Twoją troskę o narzeczonego.
Podziwiam, że nie chcesz go ranić.
Podziwiam, że się zmuszasz do podwójnego życia.
Podziwiam, że musiałaś odłożyć zasady.
I Ty taka w tym wszystkim biedna:
Takie podwójne życie dręczy mnie psychicznie do granic możliwości.
Naprawdę, należy współczuć Tobie takich cierpień przeżywanych w imię dobroci, szlachetności i uczciwości.
A tutaj na forum, zamiast współczucia dla Ciebie, zrozumienia Twych trudności, wsparcia Ciebie w dalszym oszukiwaniu narzeczonego (bo tylko on, naiwny, żyje w błogiej nieświadomości, ale to dla jego dobra, biedaczysko, taki nieudolny, nie poradzi sobie bez Ciebie) niemal wszyscy krytykują Twoje postępowanie i nie rozumieją Twych szlachetnych uczynków.
Oby jak najwięcej było tak dobrych, godnych zaufania i szlachetnych osób na tym świecie. Świeć przykładem.
A mnie autorko zastanawia jedno. Jak to możliwe, że piszesz o swoim chłopaku jak o niedorajdzie, z którą ciężko wchodzić w dorosłe życie, facecie niesamodzielnym i niepotrafiącym sobie znaleźć pracy, a jednocześnie piszesz że to rozum podpowiada Ci zostać z narzeczonym a serce ze studentem? Proszę spróbuj mi to wyjaśnić, bo jestem ciekawy. Moim zdaniem to bez sensu, bo dlaczego rozum ma Tobie podpowiadać kogoś, w kim nie widzisz kompletnie nic wartościowego na przyszłość? Chyba coś tu nie tak.
Studenta podpowiada Tobie pożądanie, taka prawda. Może jest na Twoim roku typowym przystojniakiem, na którego lecą panienki. Fajnie czuć zainteresowanie takiej osoby na sobie. Niby Cie kocha ale nie przeszkadza mu Twój związek, że masz kogoś z kim sypiasz, spędzasz czas. Ba, nawet sam się zaręczył. No tak ale jest gotów w każdej chwili tamtą rzucić dla Ciebie. Znałem kiedyś taką dziewczynę, która miała potrzebę udowodnienia wszystkim, że każdy facet może być jej. Kiepsko skończyła. Też zdradzała swojego faceta.
A co podpowiada Tobie faceta, z którym jesteś nadal? Moim zdaniem strach przed tym, by nie zostać samą. Wmawiasz sobie i innym, że robisz to wszystko dla jego dobra, że on sobie nie poradzi, że wybaczył Ci w kilka dni zdradę, że twierdzi iż jesteś jedyną kobietą z którą może być. Jeśli to wszystko prawda, to ten facet to faktycznie jakiś totalny nieudacznik z maksymalnie niską samooceną. Ktoś tutaj słusznie radził mu wizytę u psychologa. Jeśli masz do niego odrobinę szacunku, to go zostaw.
Najlepsze rozwiązanie? Zostaw obu i żyj przez jakiś czas sama. Jeśli studencikowi zależy będzie się kręcił. Wtedy wybadasz czy mu zależy. Twojego narzeczonego szkoda, daj mu szansę na znalezienie kogoś, kto go doceni. Tak mu najbardziej pomożesz, a nie oszukiwaniem go dla jego dobra. Jeśli facet kocha normalnie tak jak się kocha drugą osobę, to wiadomość o zdradzie boli i to bardzo. Wierz mi. Jego reakcja (tak jak to opisujesz) wskazuje, że albo faktycznie on się boi, że żadna inna dziewczyna nie spojrzy nawet na niego (niska samoocena) i myli potrzebę bliskości z kimkolwiek z miłością, albo po prostu Cie nie kocha i z jakiegoś powodu chce być z Tobą. Może widzi w Tobie idealny materiał na żonę - ironia losu nie? Ale może wydajesz mu się taka zaradna, zorganizowana i pewna siebie, że widzi u Twego boku cudowne perspektywy na przyszłość.
Moim zdaniem nie powinnaś być z żadnym z nich, bo żaden Cie nie kocha i vice versa. Tyle przynajmniej wnioskuję z Twojej wypowiedzi.
Pozdrawiam
i jak mi kiedyś koleżanka fajnie powiedziała że najpierw trzeba nauczyć się żyć samej a potem dopiero z kimś.
rozgryzłam Cię już. Ty po prostu tak naprawdę boisz się samotności. wiesz że jak np zostawisz narzeczonego to student może się znudzić Tobą i zostaniesz na lodzie a będąc z narzeczonym to masz gwarancję że ktoś z Tobą chce być....a tu nie chodzi o to żeby być z kimś bo wtedy nie będziesz sama tylko spojrzeć na to głębiej . przeanalizować sobie czy on jest partnerem życia ? czy chcę mieć z nim dzieci? czy on je utrzyma? czy ja w tym się odnajdę? czy nie złamię obietnicy przed Bogiem którą składam ....
nie chcę być wróżką ale kiedyś nastanie taki dzień że któryś z nich zrobi Ci dziecko i będzie za pózno... Ty wyjdziesz za mąż... niby szczęśliwa ale po pewnym czasie dojdzie do zdrady i będzie rozwód?????
chcesz cale życie żyć w zakłamaniu????
masz w ogółe jakieś zasady ???
postaw się w tej sytuacji że ktoś Cie tak robi w rogi. i jak nadal fajnie??????
ona2323, tak byłam w roli kata, zakończyłam toksyczny związek po 4 latach.. nie była to jednak kulturalna rozmowa tak do konca. moj byly byl bardzo wybuchowy, duzo się kłóciliśmy. pewnego dnia zerwałam podczas kłótni, powiedziałam: mam tego dość, to jest koniec, czy coś takiego. Ale następnego dnia się spotkaliśmy. On myślał, że to tylko kryzys bo wcześniej kilkakrotnie już w ten sposób zrywaliśmy a po kilku dniach wszystko było ok. Ja tłumaczyłam mu dlaczego nasz związek nie ma sensu, on niby słuchał ale raczej nie dowierzał, że to naprawdę koniec. Zrozumiał, gdy zauważył jaka jestem zimna i stanowcza. Cóż no, nie poszło jak chciałam, pokłóciliśmy się znowu, jemu było przykro i gdy zrozumiał że to naprawde koniec to wstał i wyszedł. Od następnego dnia gdy zaczęłam dostawać przepraszające smsy, pełne tęsknoty i żalu poczułam jak trudna jest ta rola.
Byłam zdecydowana jednak i nie dałam się zwieśc wyrzutom sumienia. Starałam się po prostu wspomagać go dalej, gdy mnie potrzebował mógł na mnie liczyć, służyłam rozmową, przytuleniem. Podkreślałam jednak że nie jesteśmy już razem.
Z tym że takie podtrzymywanie relacji też nie jest dobre, bo nie oderwałam się jednak od niego do końca, zdarzało nam się często spotykać, uprawiać seks itp.
Myślę jednak, że Tobie to nie grozi bo masz studenta, nie będziesz odczuwała samotności, tylko przejdziesz w nowy związek.
widzę Avalla88 że mamy dość podobnie. My też mieliśmy nie raz bardzo konkretne kłótnie z hamskimi słowami i myślą, że to już koniec. Jednak ja zawsze wyciągałam do niego rękę i się jakoś godziliśmy. Często jednak bez wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków na przyszłość
To tak jakbyśmy godzili się tylko po to żeby siebie mieć, ale bez większego sensu na przyszłość. Boję się właśnie tej rozmowy, jego żalu, gniewu, smutku, łez...boję się, że zwątpię . Dziś mam go codziennie, potem będzie mi tego brakować. Z jednej strony bardzo chciałabym spróbować , odważyć się , przekonać jak to będzie bez niego. Z drugiej strony boję się, że może jednak uda się jakoś to wszystko naprawić, że stanie się odpowiedzialny, świadomy tego że chce założyć rodzine, że wszystko się zmieni. Wiem jak to brzmi, jak oszukiwanie samej siebie. Jest tak beznadziejenie słaba, tylu ludzi zmierza się z takimi sytuacjami, kończą związki i zaczynają nowe , a ja mam wrażenie , że mój świat się nagle skończy...Twoje słowa są mi bardzo pomocne, dobrze wiedzieć, że nie ja jedyna jestem w takiej sytuacji. Zbieram w sobie siłę
wątpliwości są naturalnym uczuciem po zerwaniu, na szczęście ta faza szybko mija (jeśli decyzja była właściwa), trzeba ją po prostu przeczekać. Wyrzuty sumienia też mijają, równie szybko.
Musisz dokładnie rozważyć co czujesz do narzeczonego. czy to jest miłość. bo jeśli to tylko przyzwyczajenie, sentymenty i strach przed konsekwencjami zerwania to serio moim zdaniem nie warto trwać w tym związku. te kwestie są naturalne. widzę że mamy podobne cechy;), jesteśmy chyba obie bardzo emocjonalne, i łatwo się przywiązujemy (śmiałe stwierdzenie z mojej strony, w sumie nie znam cię, ale to wyczytuje z opisu twojej historii). a tego typu osoby tym bardziej odczuwają te negatywne konsekwencje zerwania, nawet jeśli mają 100% pewności że decyzja ta jest słuszna.
zbieraj odwagę, dasz radę!
Ciekawe, że ona2323 nie odpowiada na posty takich osób jak apoteoza, Wielokropek czy Rafix, które moim zdaniem mają najwięcej do powiedzenia. Oczywiście, temat trafnie ujęła też Kriss.
W mojej opinii powinnaś zerwać z narzeczonym. Szkoda chłopaka, bo w sumie czym sobie zasłużył, by dwa razy pod rząd doprawiać mu rogi... chyba żaden człowiek nie powinien być tak poniżany. Niestety, dopóki jesteś z nim, stoisz mu na drodze do być może prawdziwej, szczerej i uczciwej miłości z dziewczyną, która doceni go naprawdę, a zdrada, i to tak perfidna, nie przejdzie jej nawet przez myśl.
Jak zerwać? Spotkać się, porozmawiać spokojnie, przyznać się do zdrady, a potem uciąć kontakt. Będzie mu łatwiej w ten sposób, bo dostanie szansę, by Cię znienawidzieć. Nie ma mowy o spotykaniu się i "przyjaciółkowaniu", bo jeśli rzeczywiście ma tak narąbane w głowie jak piszesz, to on będzie próbował wrócić, a po co to komu?
Moim zdaniem powinnaś odejść od tego pierwszego i zostać z drugim. Po pierwsze jeśli naprawdę kochałabyś tego pierwszego to nie zakochalabyś się w drugim, a po drugie masz przed sobą długie lata życia, czy już do końca chcesz sie męczyć i mieć zawsze wszystko na głowie, czy może wolisz mieć faceta, w którym znajdziesz oparcie. Może to egoistyczne, ale jeśli sama nie pomyślisz o sobie, to nikt inny nie zrobi tego za Ciebie. Powodzenia.
nie odpisuje na takie wypowiedzi, bo o taką krytykę bardzo łatwo. Jeżeli ja mówię, że nie chcę go ranić ( jak dobrze te osoby to zauważyły, że tak się stanie ,kiedy wyjawię prawdę ) to tak właśnie jest. Widocznie te osoby nie potrafią też uwierzyć, że ta sytuacja wcale nie jest mi na rękę. Gdyby była, to nie pisałabym tu na forum, tylko cieszyła się tym fantastycznym układem. Po drugie, nie ma powodu, żebym tu kłamała. Tak naprawdę nikt tu się nie zna, więc po co ? Chciałam poznać opinie innych. A student nie jest żadnym rozchwytywanym playboyem, wręcz przeciwnie. I nie zgodzę się z faktem, że pożądanie jest jedynym powodem, dla którego się z nim spotykam. Jak już pisałam, zrobiliśmy "to" jeden jedyny raz. Tak naprawdę każdy tu dostanie kopa w dupe, a skoro mam skrzywdzić osobę, która mnie kocha i tyle nas łączy to może jednak warto zawalczyć. Ja nie wiem, ludzie ! Jestem za młoda na takie filozofie, dlatego tak ciężko mi się w tym odnaleźć. Może dla kogoś przywiązanie jest dziwną cechą. Ja z nią żyję niestety. Nie potrafie tak na zimno ocenić co i jak zrobić. Więc darujcie sobie teksty w stylu, że mi dobrze z taką sytuacją. Uwierzcie , że dałabym wiele, żeby obudzić się i sprawa była rozwiązana bezboleśnie dla nich. Zresztą...cieszę się Avalla88 że jesteśmy podobne emocjonalnie, dobrze wiedzieć, że ktoś rozumie...:-)
Wiesz, myślę, że narzeczonego nie kochasz, jesteś z nim z litości.
Boisz się, że się załamie, nie poradzi sobie.
Byłoby lepsze wasze rozstanie. Bo będziesz się z tym męczyć jako "żona".
I nie pisze tego "dla krytyki", tylko tak odbieram tę historię.
nie odpisuje na takie wypowiedzi, bo o taką krytykę bardzo łatwo.
Nieprawda - dużo łatwiej jest powiedzić - korzystaj z życia, jesteś młoda, masz prawo do błędów, każdy ma coś za skórą a tylko udaje świętego, etc.etc.
Faktem jest że jeśli oczekiwałaś pogłaskania po główce - to lipa. Zauważ również że konkretnych odpowiedzi dostarczają forumowicze ze stażem, "w latach" (no oprócz Busiu - ale to wybitna jednostka jest), z doświadczeniem życiowym. Wiedzą co może odbić się czkawką a co nie. Ty jakbyś miała córkę to co byś jej radziła? Czego byś uczyła? Jak nabroisz to siedź cicho, nic mi nie mów bo mi będzie przykro? Ehe, już to widzę.
Jeżeli ja mówię, że nie chcę go ranić ( jak dobrze te osoby to zauważyły, że tak się stanie ,kiedy wyjawię prawdę ) to tak właśnie jest. Widocznie te osoby nie potrafią też uwierzyć, że ta sytuacja wcale nie jest mi na rękę. Gdyby była, to nie pisałabym tu na forum, tylko cieszyła się tym fantastycznym układem. Po drugie, nie ma powodu, żebym tu kłamała. Tak naprawdę nikt tu się nie zna, więc po co ? Chciałam poznać opinie innych.
No więc przyjmij do wiadomości że już go zranilaś. Koniec kropka. Teraz trzeba zrobić tak, żeby wyjść z podniesioną głową z syfiastej sytuacji - ale nie chować tej głowy w piasek. Owszem "te osoby" domyślają się ze sytuacja nie jest Ci na rękę, a nawet powinna nie być. Moim zdaniem problem nie tu leży. Ty się boisz jak zareaguje każdy z nich, a nie tego czy zranisz czy nie. Najchętniej jakby to ktoś za Ciebie załatwił - a tak prosto nie ma.
Podtrzymuję swoje stwierdzenie - że Twój narzeczony wcale Ci nie wybaczył. On by bardzo chciał Ci wybaczyć - ale w trzy dni - nie idzie. On chce to wyprzeć z pamięci, wymazać, uznać że nie było. Ale to wróci - i albo - jeśli naprawdę chcesz z nim spędzić resztę życia - uczciwie z nim siądziesz, porozmawiasz co było, jak jest, dlaczego to zrobiłaś i robisz nadal ( i nie tylko o łóżko tu idzie ale o całą emocjonalną zdradę) albo nic z tego nie będzie. Normalnego małżeństwa nie zbudujesz na oszustwie.
Zresztą - moim zdaniem z Twoich opisów wynika że nie szanujesz ani nie kochasz narzeczonego. On jest dla Ciebie, szukam słowa..."wygodny". Przewidywalny, łatwy w obsłudze i w kierowaniu.
Co do studenta - cóż on ma narzeczoną - jak widać w niczym mu to nie przeszkadza. Rozważasz że Ty mogłabyś zająć jej miejsce. Cóż - a co jeśli na Twoje miejsce też już ktoś czyha? Jemu deklaracje słowne nie przeszkadzają jak widać. U Ciebie też z tym cienko.
Zerwania nie są proste - zawsze jest ktoś poszkodowany, ktoś kto pyta "dlaczego? co zrobiłem nie tak? poprawię się.." etc. Ale moim zdaniem Ty się skupiasz zamiast nad powodem tej całej sytuacji - czyli nad Twoimi wyborami - nad tym jak by tu zrobić żeby jak najmniej dostać po głowie a ugrać jak najwięcej. Tak jak piszesz - żeby się obudzić - i ktoś za Ciebie wszystko załatwił, a cała trojka uśmiechnięta od ucha do ucha. Nie da się, bo żadne z Was do poważnych deklaracji jeszcze się nie nadaje. A Ty - niestety - najbardziej boisz się wziąć odpowiedzialność za swoje poczynania i przyjąć na klatę konsekwencje.
To się ubawiłem czytając co piszesz autorko tego wątku ![]()
Piszesz, że nie chcesz go ranić. A co innego robisz? Zdradzasz go i to perfidnie. Masz go za życiowego frajera, ale trzymasz się go. Powiedz po co? Bo nie chcesz go ranić. I kółko się zamyka. A wiesz co jest najlepsze? Najlepsze są statystyki ile takich przypadków podwójnego życia wychodzi na jaw. Twoje podwójne życie też kiedyś wyjdzie i wtedy dopiero zrobi się miło. Twoją winą nie jest to że się pogubiłaś. Każdy ma prawo się pogubić. Ale tkwienie w chorym układzie taki czas, to dość dziwny przypadek nie sądzisz?
Tak jak napisałem wcześniej założe się, że chodzi o to, że boisz się samotności. I oczywiście nie przyznasz mi się, ale to normalne. Osoby chorobliwie pragnące być z kimś nigdy nie przyznają się do tego, bo to jakby forma uzależnienia. Lepszy ten niedorajda w rezerwie niż nikt.
W sumie dziewczyno to mi obojętne co zrobisz ze swoim życiem. Nie mam wpływu żadnego na to. Skoro jednak prosisz na forum publicznym o radę, to moja była taka jak napisałem. Jeśli zostawisz ich obu na jakiś czas to sama zobaczysz, że będzie Tobie lepiej. Ale niektórzy tak mają, że podjęcie jakiejkolwiek decyzji zajmuje im całą wieczność. I zwalają to zawsze na swoją niesamowicie trudną i skomplikowaną sytuację, której nikt nie jest w stanie zrozumieć. I ten tekst o roli kata to już naprawdę szczyt bezsensu. Teraz go właśnie katujesz. Jeśli zakończysz ten związek, to będziesz nie katem a wybawcą. Swoim i narzeczonego. A wtedy zobacz jak się ułoży ze studentem. To naprawdę najlepsze co można zrobić.
Pozdrawiam
co najlepsze to co wy jej radzicie to ona i tak to oleje...bo jej chodzi o radę taką żeby nie krytykować tylko głaskać po głowie.....
wiem z własnego doświadczenia że nie raz tak było że było coś nie tak, koleżanki radziły zostaw itp a ja sobie w głowie myślałam że są świniami że specjalnie tak radzą z zadrości że nic mi po takich radach. oczekiwałam często odpowiedzi takich jakie ja chciałam ....z biegiem czasu wychodziło tak że koleżanki miały rację a ja jak zwykle świrowałam .....
często jest tak że ktoś chcę " rady" a jak ją dostaje to i tak nie skorzysta....
ona po prostu chcę żeby nad nią się użalać....
do Ona2323 po co chcesz rady jak widać ewidentnie że Ty wiesz najlepiej co robić.....?????
a ja i tak wiem że nawet po tych wypowiedziach będziesz tak samo robić....nic nie zmienisz.... bo nie dojrzałaś do zmian
Ciekawe, że ona2323 nie odpowiada na posty takich osób jak apoteoza, Wielokropek czy Rafix, które moim zdaniem mają najwięcej do powiedzenia. Oczywiście, temat trafnie ujęła też Kriss.
Normalnie na to samo zwróciłam uwagę ale uprzedziłaś mnie ![]()
nie odpisuje na takie wypowiedzi, bo o taką krytykę bardzo łatwo
Kolejny przykład na Twoje wygodnictwo. Z narzeczonym nie zerwiesz, bo tak Ci wygodnie i nie odpiszesz na posty, które Ci nie pasują również z wygody.
Proszę Cie przestań zgrywać cierpiętnice. Wystarczy nam Matka Teresa. Gdyby było Ci tak naprawdę żal swojego partnera to byś nie przyprawiała mu rogów! Jakoś Ci to nie przeszkadza, że miziasz się po kątach ze studentem, a narzeczony czeka na Ciebie. Jak Ci w ogóle nie wstyd? Jak można bliskiej osobie taki numer wykręcić? I Ty śmiesz mówić, że nie chcesz go ranić
Ty się boisz, że Twój partner nie będzie przebierał tak jak my w słowach i nazwie rzeczy po imieniu. I najgorzej zaboli fakt, że będzie miał rację. Dlatego to ciągniesz.
36 2011-06-07 15:48:10 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2011-06-07 16:20:24)
Jestem pod wielkim wrażeniem umiejętności naginania rzeczywistości do swoich potrzeb. Tego, gdy tzw. kat robi z siebie ofiarę.
A do autorki wątku:
nie odpisuje na takie wypowiedzi, bo o taką krytykę bardzo łatwo. Jeżeli ja mówię, że nie chcę go ranić ( jak dobrze te osoby to zauważyły, że tak się stanie ,kiedy wyjawię prawdę ) to tak właśnie jest. Widocznie te osoby nie potrafią też uwierzyć, że ta sytuacja wcale nie jest mi na rękę. Gdyby była, to nie pisałabym tu na forum, tylko cieszyła się tym fantastycznym układem. Po drugie, nie ma powodu, żebym tu kłamała. Tak naprawdę nikt tu się nie zna, więc po co ? Chciałam poznać opinie innych. (...)
Szkoda, że nie napisałaś wyraźnie swych oczekiwań wobec innych forumowiczów. Że oczekujesz jedynie współczucia Tobie w tak trudnej sytuacji i podawania chusteczki, byś mogła ocierać łzy. Wówczas na pewno bym się nie odezwała. Sądziłam (nie ja jedna sądząc po treści innych postów), że oczekujesz obiektywnego spojrzenia na swą sytuację i przeczytania niemiłej, ale przydatnej do zmiany sytuacji, prawdy. Cóż, każdy sądzi po sobie.
Wróciłam i przeczytałam Twój pierwszy post, ten od którego rozpoczęłaś wątek.
Pierwsze zdanie, które napisałaś już jest (wobec tych dalszych, dzisiejszych postów) kłamstwem. A brzmi on tak:
Potrzebuję obiektywnego spojrzenia na mój problem , który ciągnie się od ponad dwóch lat.
W związku z powyższym pretensje miej wyłącznie do siebie.
Z większości opinii, które są tu do mnie kierowane wnioskuję, że nikt nie chociażby nie zakłada, że narzeczony naprawdę nie radzi sobie z wzięciem odpowiedzialności za naszą przyszłość. Żyje , jakby miał 18 lat i niczym nie musi się przejmować. Czy da się taką osobę "zreformowa", czy trzeba czekać, aż przyjdzie na niego czas, a może nie przyjdzie nigdy ? Ile jest takich małżeństw, że to żona musi trzymać wszystko w ryzach, o wszystkim myśleć, organizować. Chodzę do psychologa, byłam wczoraj...może jakoś to będzie. Dziękuję Wam wszystkim za dobre chęci. Pozdrawiam.
38 2011-06-08 14:43:44 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2011-06-08 15:09:17)
Z większości opinii, które są tu do mnie kierowane wnioskuję, że nikt nie chociażby nie zakłada, że narzeczony naprawdę nie radzi sobie z wzięciem odpowiedzialności za naszą przyszłość. Żyje , jakby miał 18 lat i niczym nie musi się przejmować. Czy da się taką osobę "zreformowa", czy trzeba czekać, aż przyjdzie na niego czas, a może nie przyjdzie nigdy ? Ile jest takich małżeństw, że to żona musi trzymać wszystko w ryzach, o wszystkim myśleć, organizować. Chodzę do psychologa, byłam wczoraj...może jakoś to będzie. Dziękuję Wam wszystkim za dobre chęci. Pozdrawiam.
To, kto w danym domu jest głową rodziny, zależy od cech charakteru nie zaś od płci. Ważnym, by się nie minąć z oczekiwaniami i własnymi predyspozycjami.
Nie jestem wróżką (niestety) i trudno mi orzec, jak to będzie w przypadku Twego narzeczonego.
Są osoby, które nie biorą odpowiedzialności, bo jest im tak wygodnie.
Są osoby, które nie biorą, bo ktoś inny chętnie bierze na swe barki takie obowiązki i nie dopuszcza tej drugiej osoby do nich.
Są też i takie, które żyją w obłokach i zajęcie się realiami jest dla nich niemożliwe.
Trzymam kciuki za Twe mądre decyzje. ![]()
Przypomniało mi się jedno zdanie: kocha się kogoś MIMO jego wad.
Z większości opinii, które są tu do mnie kierowane wnioskuję, że nikt nie chociażby nie zakłada, że narzeczony naprawdę nie radzi sobie z wzięciem odpowiedzialności za naszą przyszłość. Żyje , jakby miał 18 lat i niczym nie musi się przejmować. Czy da się taką osobę "zreformowa", czy trzeba czekać, aż przyjdzie na niego czas, a może nie przyjdzie nigdy ? Ile jest takich małżeństw, że to żona musi trzymać wszystko w ryzach, o wszystkim myśleć, organizować. Chodzę do psychologa, byłam wczoraj...może jakoś to będzie. Dziękuję Wam wszystkim za dobre chęci. Pozdrawiam.
A co to zmienia?
Jaki on by nie był nie masz prawa go zdradzać!
Próbujesz usprawiedliwić swoje zachowanie? A może chcesz teraz nam pokazać, że to on dopuścił się gorszych rzeczy bo zachowuje się jak dziecko, a nie jak dorosły mężczyzna i, że Twoja zdrada przy tym to pikuś?
Słuchaj, jaki by nie był Twój narzeczony nie zmieni faktu, że to Ty nawaliłaś. I przestań się wykręcać, usprawiedliwiać, tłumaczyć i użalać jak Ci ciężko.
To nie jest w ogóle miłość..
Proste rozwiązanie..dać sobie spokój z dwoma.
Nie próbuję się wybielać, wiem że to co robię jest chore. Co do kochania mimo wad - dla mnie brzmi dość idealistycznie. Tak to można kochać, jak się ma po 17 lat i żadnych zobowiązań . Dosłownie brzmi to dla mnie jak branie kogoś w ciemno, bez względu na to, że w przyszłości wszystkie domowe obowiązki będą na moim garbie. Tak się składa, że układ w jego domu wygląda tak : matka ( hitler ) steruje wszystkimi. Jego i siostrę wychuchała, byleby nie musieli nic załawiać, nic robić, nawet zakupy
ojciec nawet jak chcial coś robić po swojemu to dostawał po głowie. On ma być tylko na jej rozkazy. Narzeczony więc wyszedł z domu wygłaskany i nieświadomy jak złożyć PIT . Kiedy zaczęłam się z nim spotykać, nie byłam tego świadoma. Dopiero po zaręczynach zaczęliśmy spędzać masę czasu ze sobą i powoli zaczęło się to uwidaczniać. Więc nich mi nikt nie wmawia, że kocha się mimo takich wad, bo ja nie mam mentalności hitlera, chciałabym współpracy w związku, dzielenia się obowiązkami, poczucia, że ON zawsze mnie wesprze, a ja w zamian dam mu to samo. Boję się, że tak nie będzie. Niby dlaczego ja mam przyjąć taką rolę przysłowiowo " z urzędu" ? W żaden sposób nie da się usprawiedliwić mojego zachowania, ale ja zastanawiam się, czy razem udałoby nam się normalnie żyć..? Uwierzcie mi, osoba zdradzana...lepiej żeby o tym nigdy nie wiedziała. Ja już się napatrzyłam na jego cierpienie, on się więcej o tym nie dowie. Mimo tego, że wczoraj zrobił mi awanturę o buty. Tzn. założyłam nie takie , które mu się podobały i kłótnia zeszła na tory rozstania, o buty!!! I słowa padły z jego ust!! Taką huśtawkę emocji funduje mi regularnie co jakiś czas. Bo wie, że ja zawsze próbuje załagodzić sytuacje, ja zawsze wyciągam rękę do zgody i najcześciej zgoda odbywa się na jego warunkach. Marnie to zabrzmi, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. narzeczony jest moim pierwszym facetem w każdym znaczeniu tego słowa. Nie jestem dziewczyną szukającą przygód, zmieniającą facetów co miesiąc. Nie mam doświadczenia , tak jak niejedne mogą się tym "pochwalić". Gdyby ten związek dawał mi radość to nie szukałabym takich "przygód". I znów ktoś napisze że się usprawiedliwiam. Ale tak nie jest. Każdy zdradza z jakiegoś powodu. Mnie przygniótł strach, słabość sprawiła, że rzuciłam się w łapy innemu...tylko raz, a teraz spotykam się z nim i ciągle zastanawiam. Wogóle to bardzo cieszyłam się z tego ślubu, byłam go pewna. Dopóki nie zaczęłam zastanawiać się nad tą naszą przyszłością. Moje studiowanie też mu stoi na przeszkodzie. Dziś spróbuję z nim porozmawiać. Tylko i wyłącznie na temat tego, jak widzi nasza przyszłość, powiem po raz kolejny o moich obawach i będę się modlić o to , żeby nam się udało.
42 2011-06-08 18:34:31 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2011-06-08 18:49:15)
(...)Co do kochania mimo wad - dla mnie brzmi dość idealistycznie. Tak to można kochać, jak się ma po 17 lat i żadnych zobowiązań . (...)Więc nich mi nikt nie wmawia, że kocha się mimo takich wad, bo ja nie mam mentalności hitlera, (...)
Mam 53 lata i kocham mego męża (a jesteśmy razem 28) MIMO jego wad, a też nie mam mentalności Hitlera, ale też wiem, że ideałów nie ma na świecie.
Dziekuję Tobie, za niezamierzony przez Ciebie, komplement.
"Każdy zdradza z jakiegoś powodu" - tak jest!!! A powodem tym jest absolutna niedojrzałość. Dorosła osoba - najpierw rozmawia, próbuje, pracuje nad sobą, nad związkiem, przekonuje - a jak nie wychodzi - ADIEU! I idziemy każde w swoją stronę.
To co próbujesz zrobić - to kolejne - jakby było idealnie tak jak chcę - to bym Cię nie zdradzała - a tak - masz co chciałeś. Było się spodziewać. Twoja wina. Mojej tylko ciut.
Z obrazu Twojego narzeczonego który tu serwujesz wynika że WIDZIALY GAŁY CO BRAŁY. Wiedziałaś że jast niezaradna łajza -to o co Ci teraz biega? Że jak Cię tak bardzo kocha to się zmieni? Tja...Gucio moja panno. Będzie jeszcze gorzej - tak jak pisałam zdrady w 3 dni się nie wybacza. Nabroiłaś - a on ma teraz moc - jest w pozycji osoby pokrzywdzonej i będzie po Tobie jechał jak po łysej kobyle. Bo mu się zadośćuczynienie należy. ty sobie myślisz że jak "powiedział" że jest ok, poplakał sobie pierdoła jedna, to po sprawie. A tu guzik. Przeczołga Cię - a Ty jak go kochasz -zaciśniesz ząbki i czołgać się będziesz, taki lajf.
Rozmowa - to bardzo dobry pomysł - tylko że u Was to wszystko jak widać schodzi na gadaninie, a czyny tej gadaninie przeczą.
Nie wiem skąd masz to przekonanie że nie kocha się mimo wad. Widać niejedno wieloletnie małżeństwo już przeżyłaś, masz kilkoro dzieci i z niejednego pieca chleb jadłaś. Nie to żebym była złośliwa - przecież Ty wogóle nie masz żadnego doświadczenia. Narzeczony jest Twoim pierwszym facetem, a drugi - to kochanek. Litości.
Bladego pojęcia nie masz o miłości, Ty masz pojęcie o interesach. Jak mi dasz wsparcie - ja dam to samo. Jak mi dasz poczucie bezpieczeństwa - ja dam to samo, etc. Miłość jako Spółka z o.o. Statut sobie jeszcze napiszcie.
Wielokropek świetnie pisze - ja mam nieco mniejsze doświadczenie w małżeństwie - "jedyne" pięć lat, dwójka dzieci, trzecie w drodze. Kocham swojego męża mimo wszstko, mimo wad - ja też mam ich mnóstwo. Mało tego ja te jego wady kocham, bo one są częścią jego całego. Czasem mnie wkurza do białości - to prawda - ale niczego to nie zmienia. Nie ma wpływu na całokształt, na fundamenty.
U Ciebie fundamentów nie ma żadnych, żadne z Was nie umie ich zbudować i strzec. A nawet jak cośtam się budowało - Ty swoją zdradą skutecznie to podkopałaś i teraz masz pierdzielenie o butach. Gdybyś go kochała - przeczekałabyś burzę, odpuściła na moment (nie mylić z pozwoleństwem na włażenie sobie na głowę) a potem kiedy emocje opadną - dopiero spokojna rozmowa na temat jaka to pierdoła była i absolutnie nie znaczący drobiazg. Ale Wy się musicie przepychać, tupać nogą, ktoś musi być hitlerem.
Myślisz że papierek to zmieni? Nigdy. Będzie jeszcze gorzej.
44 2011-06-09 08:57:28 Ostatnio edytowany przez maja 84 (2011-06-09 09:25:55)
Nie bedziesz szczęśliwa ani z jednym ani drugim, narzeczonego od dawna nie kochasz a ten student nie kocha Ciebie tak jak narzeczony.Jeden jest niezaradny zyciowo, drugi nie ma kręgosłupa moralnego.Facet, który kocha nie szuka sobie innej kobiety, z którą planuje przyszłosć, oświadcza się, zaręcza, facet który kocha nie posuwa sie do gróźb ( powiem narzeczonemu) a potem obraca kota ogonem jaki to z niego rycerz.Facet z kręgosłupem moralnym nie traktuje ludzi jak zabawki pobawi sie narzeczoną i ją rzuci.
Mysle, że ten student tak naprawdę nie kocha żadnej z Was, nie wie czego chce, wszystko traktuje jak próbę i możesz w przyszłośći mocno się rozczarować, ja bym osobiście nie ufała człowiekowi, który traktuje innych ludzi instrumentalnie, to nie jest materiał na męża i ojca, to taki facet do zabawy, będzie co będzie a jak nie będzie to nic sie nie stało, ale przynajmiej skorzystasz z zycia.
Mamisynek i teściowa czołg to jednak osoby, które wywołują u mnie atak paniki, więc jednak idź na zywiol ale bez nadmiernych oczekiwań co do przyszłości związku ze studentem.
Nie próbuję się wybielać, wiem że to co robię jest chore. Co do kochania mimo wad - dla mnie brzmi dość idealistycznie. Tak to można kochać, jak się ma po 17 lat i żadnych zobowiązań . Dosłownie brzmi to dla mnie jak branie kogoś w ciemno, bez względu na to, że w przyszłości wszystkie domowe obowiązki będą na moim garbie. Tak się składa, że układ w jego domu wygląda tak : matka ( hitler ) steruje wszystkimi. Jego i siostrę wychuchała, byleby nie musieli nic załawiać, nic robić, nawet zakupy
ojciec nawet jak chcial coś robić po swojemu to dostawał po głowie. On ma być tylko na jej rozkazy. Narzeczony więc wyszedł z domu wygłaskany i nieświadomy jak złożyć PIT . Kiedy zaczęłam się z nim spotykać, nie byłam tego świadoma. Dopiero po zaręczynach zaczęliśmy spędzać masę czasu ze sobą i powoli zaczęło się to uwidaczniać. Więc nich mi nikt nie wmawia, że kocha się mimo takich wad, bo ja nie mam mentalności hitlera, chciałabym współpracy w związku, dzielenia się obowiązkami, poczucia, że ON zawsze mnie wesprze, a ja w zamian dam mu to samo. Boję się, że tak nie będzie. Niby dlaczego ja mam przyjąć taką rolę przysłowiowo " z urzędu" ? W żaden sposób nie da się usprawiedliwić mojego zachowania, ale ja zastanawiam się, czy razem udałoby nam się normalnie żyć..? Uwierzcie mi, osoba zdradzana...lepiej żeby o tym nigdy nie wiedziała. Ja już się napatrzyłam na jego cierpienie, on się więcej o tym nie dowie. Mimo tego, że wczoraj zrobił mi awanturę o buty. Tzn. założyłam nie takie , które mu się podobały i kłótnia zeszła na tory rozstania, o buty!!! I słowa padły z jego ust!! Taką huśtawkę emocji funduje mi regularnie co jakiś czas. Bo wie, że ja zawsze próbuje załagodzić sytuacje, ja zawsze wyciągam rękę do zgody i najcześciej zgoda odbywa się na jego warunkach. Marnie to zabrzmi, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. narzeczony jest moim pierwszym facetem w każdym znaczeniu tego słowa. Nie jestem dziewczyną szukającą przygód, zmieniającą facetów co miesiąc. Nie mam doświadczenia , tak jak niejedne mogą się tym "pochwalić". Gdyby ten związek dawał mi radość to nie szukałabym takich "przygód". I znów ktoś napisze że się usprawiedliwiam. Ale tak nie jest. Każdy zdradza z jakiegoś powodu. Mnie przygniótł strach, słabość sprawiła, że rzuciłam się w łapy innemu...tylko raz, a teraz spotykam się z nim i ciągle zastanawiam. Wogóle to bardzo cieszyłam się z tego ślubu, byłam go pewna. Dopóki nie zaczęłam zastanawiać się nad tą naszą przyszłością. Moje studiowanie też mu stoi na przeszkodzie. Dziś spróbuję z nim porozmawiać. Tylko i wyłącznie na temat tego, jak widzi nasza przyszłość, powiem po raz kolejny o moich obawach i będę się modlić o to , żeby nam się udało.
Od niego to wymagasz, a sama nie potrafisz utrzymać nóg przy sobie. Ponadto a kto Cię zmusza do roli Hitlera w domu? A znasz takie pojęcie jak kompromis? W związku trzeba nauczyć się razem żyć, a nie podwijać kiece i w razie problemów uciekać w inne ramiona.
Wiesz co robi normalny człowiek w Twojej sytuacji? Rozmawia, rozmawia i jeszcze raz rozmawia. Jeśli rozmowa nie przynosi efektów to daje ostatnią szansę na naprawę. Jeśli sytuacja w dalszym ciągu się nie zmienia- zakańcza związek. A dopiero potem pakuje się w inny związek.
W tym momencie, nie masz prawa naprawiać (jeszcze) Waszego związku. Dlaczego? Bo ukrywając zdradę pozbawiasz go prawa wyboru. Skąd pewność, że wybaczyłby Ci zdradę?
Musisz się przyznać, a potem ewentualnie za jego zgodą starać się wszystko od początku zbudować.
Mam nadzieje, że mu powiesz i poniesiesz jak dorosły człowiek konsekwencje swoich czynów.
do Kriss : starałam się rozmawiać, analizować nasze problemy,mówić mu jak widzę dane sprawy i wysłuchać jego punkt widzenia. On jednak wychodzi z założenia, że rozmowy do niczego nie prowadzą, jedynie do kłótni i pogorszenia stanu obecnej sytuacji. I najlepiej żeby problemy rozwiązywały się same. On jest uparty, ja też.
Co do stwierdzenia "widziały gały co brały", to tak naprawdę jeszcze nie wzięły i dlatego myślą czy to ma sens. Bardzo trafny komentarz dotyczący przyszłości. Tak właśnie się to zapowiada, ja jako osoba, która uzyskała wybaczenie, muszę być posłuszna i tyle. Co do "przeczołgania" to już trwa od długiego czasu. Opisałam Wam tu banalną sytuację, która miała niedawno miejsce z butami. Ale takich idiotycznych sytuacji było mnóstwo. Tych głupszych i tych na poważne tematy.
I po raz kolejny co do kochania mimo wad - może i da się, ale to chyba też zależy od rodzaju tych wad. Wiem, że są kobiety, które lubią trzymać wszystko w swojej garści, cieszą się, że mąż wyłącza się z domowych obowiązków itp.itd. Ja jednak tak nie chce. Napatrzyłam się przez lata na moją matkę. Ojciec niedomyślny, niezaradny. Wszystko w tym domu jest dzięki niej. Narzeczony jest taki sam. Dopóki mu się czegoś nie powie "zrób to" to tego nie tknie. A i czasem nawet jak sie powie, to i tak próbuje się wykręcać, jeśli nie jest mu to na rękę. Nikt mi nie wmówi, że żyjecie w związkach w których nie potrzebujecie wsparcia i poczucia bezpieczeństwa. Jesteście szczęśliwe , bo to macie. Ja nie wiem, czy da się to jakoś wypracować, czy z wiekiem przychodzi to samo ? Mojemu ojcu nie przyszło, może jednak nie jest to niemożliwe ?
Wiem, że papierek nic nie zmieni, wiem że będzie jeszcze gorzej. Dwa dni temu próbowałam porozmawiać o jego wizji przyszłości, pracy...co on w końcu chce robić. Skończyło się kłótnią, że wszyscy tylko się go czepiają ( matka, ojciec ). Tłumaczenie, że ja nie mam powodów do tej rozmowy takich jak jego matka, że pytam jako przyszła żona bo chciałabym znać jego pomysły, założenia itp. Nic to nie dało. Stwierdził, że problem z pracą jest tylko jego problemem, który sam rozwiąże. Z jednej strony się ucieszyłam ( sam chce coś rozwiązać ) a z drugiej strony czekam i boje się, że się tego rozwiązania nie doczekam. Standardowo, pogadał pogadał i tyle z tego będzie.
Do apoteoza : Nikt bardziej niż ja nie pragnie kompromisiu w moim związku. Właśnie dlatego piszę o tym, że chciałabym porozumienia w sprawie zwykłych codziennych obowiązków, dogadania się. A mi szykuje się rola, jaką odgrywa jego matka w ich domu. I rozmawiałam z nim i rozmawiałam i jak widać niewiele to dało. Dopiero przy gigantyczniej kłótni z matką ( właśnie o brak pracy ) stwierdził, że w przyszłości nie zamieszkamy w tamtej miejscowości i że nic od niej nie chce. A wcześniej to jak najbardziej, wszystko tylko mamusia dobrze robi, gotuje, sprząta, prasuje, ba! nawet sposób składania ubrań mamusi jest najlepszy, a ja składam źle. Jak się pogodzą, to pewnie mamusia znowu będzie najlepsza. Ale w naszym związku i tak ja będę musiała ogarniać wszystko.
A teraz co do ewentualnego związku ze studentem. Wyszłoby coś to ok, jeśli nie to trudno. Przyszła chyba pora, żebym zawalczyła po prostu egoistycznie o siebie i swoją przyszłość. I student tak naprawdę nie powinien być żadnym motorem napędowym moich decyzji. On równie dobrze może być gigantyczną pomyłką. Dlatego jeśli zamierzam dokonać rewolucji w swoim życiu, to tylko dla siebie, nie dla niego.
I jeszcze jedno tak na zakończenie...nie kobietki, nie jestem z siebie dumna. Nie jest mi z tym dobrze i nie chciałabym się usprawiedliwiać. Wiem, że jestem tym gorszym typem kobiet, w końcu dopuściłam się zdrady. Chciałabym cofnąć czas, ale to niestety niemożliwe. Muszę więc żyć dalej sama ze sobą i starać się nie "dokładać" narzeczonemu. Jego poprzednia dziewczyna też go zdradziła. Tyle że dowiedział się kawał czasu po tym jak go zostawiła. Ja też go zdradziłam, powiedziałam mu i jest jak jest. Drugi raz mu tego nie powiem. Jeśli się rozstaniemy to niech idzie dalej z myślą że to ze mną było coś nie tak(w końcu taka prawda ) Wtedy łatwiej mu będzie poznać kogoś innego.
Czyli w skrócie - mało brakuje a powielisz obraz małżeństwa Twoich rodziców. Nad czym tu się zastanawiać?
Co do kochania z wadami - oczywiście że zalety przewyższają wady, które w całokształcie pełnią rolę drugorzędną. To główne fundamenty mają być takie jak sobie ustalicie - a wtedy wady schodzą na drugi plan. Ani Ty nie jesteś od nich wolna ani jakikolwiek Twój przyszły partner życiowy.
Twój narzeczony to typowy maminsynek - zajrzyj do uroczego wątku pt. "Moja przyszła teściowa to kombinatorka i zakłamana kobieta" w dziale Relacje z przyjaciółmi , relacje w rodzinie. Poczytasz sobie o kopiach Twojego faceta i do czego prowadzą związki w trójkącie z rodzicami.
Tak jest. To Ty masz być motorem swoich decyzji, bo jeśli popełniesz błąd - będziesz mogła mieć pretensje tylko do siebie a sukcesy będą wyłącznie Twoją zasługą. Jak dojdziesz do porządku sama ze sobą to kolejny partner będzie z wyboru a nie z konieczności.
Próbowałaś porozmawiać ok. Nic się nie zmienia, to dlaczego chcesz się męczyć w tym związku? To ma być rodzaj zadośćuczynienia za zdradę? To ma być Twoja pokuta?
Skoro uważasz, że nic nie da się zmienić w Waszych relacjach, męczysz się i rozstanie w sumie byłoby Ci na rękę to po co dłużej to ciągnąć? Myślałam, że pomimo wszystkiego zależy Ci na związku ale skoro nie, to ja nie widzę sensu bycia razem.
Apoteoza dobrze trafiła. "zadośćuczynienie" za zdradę, chyba gdzieś tam we mnie to właśnie siedzi, że już raz go zawiodłam i teraz nie mam prawa tego więcej robić. Tyle że oszukiwać też nie mam prawa. Gdybym widziała w nim nadzieję na zmianę, odcięcia się od osaczającej matki i wzięcia się w garść, to myślę że mogłabym jeszcze raz spróbować...w końcu kiedyś z jakiegoś powodu zaczęliśmy ze sobą być. Tyle że to były czasy szkoły średniej...gówniarskie uczucie, które szuka odpowiednika w dorosłym życiu. Może się Wam wydawać, że nie słucham Waszych rad, ale tak nie jest. Kiedy tylko mam czas, wchodzę tu i czytam, zastanawiam się i analizuję. Wiele tu napisanych rzeczy jest stanem faktycznym. Niektóre z nich uzmysłowiłam sobie dopiero przed komputerem właśnie, mimo że są tak oczywiste.
50 2011-06-16 02:01:22 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2011-06-16 02:06:19)
Potrzebuję obiektywnego spojrzenia na mój problem , który ciągnie się od ponad dwóch lat. Poznałam na studiach fantastycznego chłopaka. Miałam jednocześnie chłopaka z którym byłam od pół roku. Ale ten nowy był niesamowity. Miał wszystkie cechy, których brakowało temu pierwszemu. Broniłam się przed tym uczuciem, chciałam być lojalna, brzydziłam się przecież zdradą. Zawsze byłam taka poprawna..aż tu nagle stało się. Zanim się obejrzałam, nie wyobrażałam sobie że mogłabym bez tego "nowego" normalnie funkcjonować. Każdy zjazd na uczelni równał się z wyjściem i bliskością. Nie tak dosłowną, po prostu spędzaliśmy ze sobą czas, ale różnie było ;-) Był dla mnie jak narkotyk..i w końcu stało. Zdradziłam fizycznie...a potem mimo wszystko zostałam z moim facetem. Tamten w złości odgrażał się że wszystko powie...więc sama przyznałam się co zrobiłam. Po 3 dniach mój facet mi wybaczył a po tygodniu oświadczył mi się..byleby tylko nikt mu mnie nie zabrał. Zaręczyny przyjęte...dziś minęło dwa lata od zaręczyn a ja nadal spotykam się z tamtym...niedługo obrona, koniec studiów a ja nie potrafię się z tym pogodzić. Spotykamy się, on ciągle mnie kocha i gdyby mógł to już by mi się oświadczył i uwił gniazdko. Cały problem polega na tym, że nie potrafię odejść..nie potrafię skrzywdzić mojego faceta prawdą...on niestety jest niezaradny życiowo...nie pracuje bo w każdej pracy w jakiej był ktoś tam na niego krzyknął, coś wymagał czego on nie umiał i odchodził...bo ciągle szuka pracy "idealnej"...jest uparty i wiele innych cech które wywołują u mnie strach, że w przyszłości to ja musiałabym o wszystkim myslec i utrzymywać naszą rodzinę...a z drugiej strony facet który jest odpowiedzialny , mysli o przyszlosci i to on o mnie zabiega. A w przypadku mojego faceta to ja zainicjowałam nasz zwiazek i chyba na tym przegrałam..Nie potrafie odejsc od pierwszego i nie potrafie zapomniec o tamtym..boje sie że to bedzie błąd ktorego nie wybacze sobie do konca zycia..tylko co będzie gorsze..?
Po pół roku zafascynowałaś się nowym chłopakiem. Mówi się, że bardziej normalne to jest gdzieś po 5 , 10 latach, ale pół roku ? Skoro po pół roku między Tobą , a chłopakiem zaczęło się dziać tak źle, to nie ma co dalej w to brnąć, bo co będzie za 10 lat ... Nie mów o rutynie, bo na początku związku nie ma jej, po prostu albo ludzie do siebie pasują, to jest to i jest ok albo nie. Rutyna przychodzi po wielu latach związku, nie jest normalna na samym początku. Twój związek jest najwidoczniej iluzją, oszukujesz się, że warto, ale nie warto. Dusisz się w nim, tkwisz na siłę...
Nic nie przemawia za tym, żebyś w tym trwała.
Druga sprawa - zaręczyny, by zatrzymać Cię przy sobie.. Naiwny ten Twój chłopak, heh naiwny.
No i jeszcze ciągniesz to 2 lata... Czy te 2 lata to naprawdę za mało czasu, by podjąć decyzję? Jak można tak długo oszukiwać bliską osobę ??
Moim zdaniem powinnaś rozstać się ze swoim, dać sobie spokój z facetami, bynajmniej na razie. Nie widzę z Twojej strony jakiegoś większego uczucia do jakiegokolwiek z nich, gdybyś któregoś kochała, to dawno byś już była pewna, że to TEN. Ja myślę, że po prostu boisz się samotności i przyzwyczaiłaś się, że obok ktoś jest i stąd to. Jednak zdradzanie faceta to nie jest wyjście . To jest ohydne.
Mój były też nie imał się pracy, był nieodpowiedzialny, choć starszy.. tzn pracę i miał, ale ciągle coś mu nie pasowało, ale to mogłabym zrozumieć, bo ja nie lepsza, dotąd za bardzo nie pracowałam. Jednak nie zdradzałam go, mimo że ideałem nie był, nie mogłabym. Dlatego nie usprawiedliwiaj zdrady swojej tym jaki jest Twój partner. Może myślisz, że jak zdradzisz go, to coś się zmieni, może że nagle Wasz związek będzie szczęśliwy ? Gdy tak Ci źle, to po prostu powinnaś odejść ze związku.
Nie dość, że pewnie bęziesz mieć obrzydzenie do siebie kiedyś za to jak perfidnie zdradzałaś , to jeszcze będziesz żałować, że tyle lat straciłaś na beznadziejny związek ...
Nie próbuję się usprawiedliwiać, staram się opisać tylko jak widzę tą sytuację i jak czuję.
Minęło kilka dni odkąd tu pisałam. W tym czasie odbyła się rozmowa między mną a narzeczonym, dotycząca przyszłości...jak on to widzi, czego chce , jaki mi pomysł na pracę...w końcu znów nie pracuje . Przy pierwszym podejściu do rozmowy oczywiście usłyszałam że czepiam się go jak wszyscy. Po kilku dniach sam zaczął temat. On się boi, że sytuacja finansowa moich rodziców będzie miała wpływ na naszą przyszłość...ja pochodzę z trochę biedniejszej rodziny niż on. Kiedyś prawie rozstaliśmy się o to...powiedział że nie chce się pakować w takie bagno, że on nie będzie się martwił o pieniądze dla mojej rodziny. Tyle że nikt go o to nie prosił. Jakoś jednak doszliśmy wtedy do porozumienia. Teraz widzę, że jednak nadal ma te same myśli...powiedziałam żeby to przemyślał...że jeśli mu to przeszkadza to ja go do niczego nie zmuszam...
Co do studenta...nie muszę z nim być. Po prostu chcę wreszcie spokoju w moim życiu i braku lęku o jutro.
I świętą prawdą jest to, że boję się być sama. Narzeczonego znam, jego przyzwyczajenia, wady i zalety. Łączy nas już trochę czasu ( teraz to już 3 lata ). Nikt nie chce być sam. Nigdy jednak nie będę miała pewności, że kiedy pojawi się gigantyczny problem, to on nie zabierze tyłka i nie ucieknie. Ucieka przed każdą poważną rozmową ( twierdzi że rozmowa do niczego nie prowadzi, że samo się rozwiąże ) . Nie wiem sama...byłam niedawno u psychologa ( ona zna naszą sytuacją od momentu zdrady ) i jej zdaniem nasz związek nie ma sensu, ale o dziwo ! nie ze względu na zdradę, a na to, że przestaliśmy iść tą samą drogą. Niby chcemy tego samego, a jednak się mijamy. Tyle , że ja nie potrafię odejść. Kiedy tak nad tym myślę, to jakoś nie wyobrażam sobie, że jego mogłoby nie być obok. Jestem po prostu idiotką