Witam.
Jestem zupełnie załamana. Nie potrafię sama poradzić sobie z problemem, a mamy i przyjaciół nie chcę martwić, bo każdy ma swoje problemy przecież. Dlatego zarejestrowałam się na forum i mam nadzieję, że poradzicie mi.
Otóż mam narzeczonego, który jest uzależniony od swojej mamy. Może opowiem historię od początku. Matka mojego mężczyzny mieszkała z 2 synami i mężem. Zawsze gotowała im obiady, zmywała, sprzątała, pracowała, dopóki mogła, bo od ok.7 lat ma rentę, gdyż choruje na serce. Jej synowie są zaradni, umieją sami ugotować, uprać, itd, ale nie zawsze mają na to czas, a ona by chciała, żeby wszystko było zrobione "na już", a jeśli oni nie zrobią czegoś dokładnie w tym momencie, to ona to zrobi z ogromnym wyrzutem i będzie im to długo wypominać. Gdy jeden syn poznał kobietę, ożenił się z nią, matka ingerowała w ich życie i w końcu synowa się zdenerwowała - wyprowadziła się z M. i dzieckiem. Odkąd "teściowa" nie pracuje, strasznie dużo pali, w całym domu czuć dym, na wejściu odpycha chmura, latem jeszcze da się wytrzymać, bo wychodzi na taras, ale zimą... istna palarnia. Okien nie można otworzyć, no bo przecież grzeją grzejniki i więcej węgla by poszło. Jej mąż też się w końcu wyprowadził, bo z nudów ciągle wymyślała coś nowego do zrobienia, w końcu przestali ze sobą rozmawiać, a tylko krzyczeli na siebie. Drugi syn, mój narzeczony, zawsze wspierał matkę, ojciec czasem przychodził pijany, więc ten ją bronił, drugi brat stawał po stronie ojca lub w ogóle nie reagował. Odkąd ja pojawiłam się w życiu P., jego matka ciągle mnie ocenia, krytykuje. Na początku chcieliśmy pomieszkać sami, poznać się, dopasować, udało nam się to, umiemy rozmawiać, rozwiązywać problemy, ogólnie tworzymy zgraną parę. Już na samym początku P. zapowiedział, że chce wrócić po jakimś czasie do matki, bo ona jest chora, dom duży do utrzymania, a i nam byłoby łatwiej. Oczywiście zaproponowałam, żeby na czas, kiedy nikogo z nią nie będzie, wprowadziła się do niej jej matka, która wynajmuje małe mieszkanie i ledwo wiąże koniec z końcem, ale babcia nie chce, bo "teściowa" jest bardzo uciążliwa, no i te papierosy. P. bywał u matki co najmniej raz w tygodniu, robił jej zakupy, jeździł na obiad, herbatę, czasem jeździłam z nim, bo zawsze chciał jej udowodnić, że chce ze mną być i jest mu ze mną dobrze. Kiedy piekłam ciasto, robiłam zupę, czy coś, proponowałam P, żeby zawiózł do mamy. Potem słyszałam, ze a to spód zbyt kruchy, a to krem za kremowy, nic nigdy nie było do końca dobre. Kiedy P. mówił mamie, że ugotowałam coś dobrego albo byliśmy w jakimś ładnym miejscu, też krytykowała. W końcu przestałam chcieć tam jeździć, a przez to P. też bywał coraz rzadziej, nawet kiedy mu mówiłam, że to jego matka i ja wcale nie muszę tam być, ona potrzebuje jego obecności. Usłyszałam od niej i jej rodziny, że ograniczam jego kontakty z matką, że nastawiam P. przeciw niej. W pewnym momencie okazało się, że ojciec nie chce ani opłacać domu (hipoteki), ani płacić matce alimentów, więc P. zdecydował, żebyśmy się przeprowadzili, nie byłam do tego przekonana, ale po długich rozmowach, nieprzespanych nocach, zgodziłam się z nadzieją, że może coś się zmieni. Ale było coraz gorzej, to była zima, ona paliła prawie 2 paczki papierosów, absolutnie w całym domu. Nie wspomniałam, że jest tylko 1 piętro, 1 kuchnia i 1 łazienka. I wszystkie drzwi muszą być ciągle otwarte, no oprócz tych od łazienki, można je czasem zamknąć ;] Próbowałam otworzyć okno w naszej sypialni, ale gdy tylko wyszłam na chwilę, było zamknięte. Kiedy wracałam z pracy, musiałam z nią usiąść i rozmawiać, bo inaczej mówiła P., że jestem źle wychowana. Gotowała nam obiady i musieliśmy z nią jeść, w tej zadymionej palarni. Po każdym obiedzie miałam torsje. Przestałam wychodzić z sypialni, nie jadłam, nie chciało mi się nawet robić kanapek do pracy. W domu ciągle wymiotowałam i płakałam. P. próbował mi wytłumaczyć, żebym się przemęczyła, że to tylko chwilowe, że jak będzie miał trochę pieniędzy, to wyremontuje piętro i będziemy mogli tam sami zamieszkać. Rozmawiał też z nią o tym, że może mogłaby ograniczyć trochę palenie, kupić e-papierosa, poszła do lekarza, dawał jej też inne rady, ale zawsze mówiła mu, że jest jej synem i nie powinien być przeciwko niej. Pewnego popołudnia, kiedy P. próbował mnie namówić, żebym w końcu coś zjadła, "teściowa" podsłyszała naszą rozmowę. Wpadła do pokoju, zaczęła na mnie krzyczeć, że robię z siebie wielką damę, że ona jest u siebie i nie będzie się podporządkowywać i zmieniać swoich nawyków. Powiedziała też, że P. jest ze mną tylko ze względu na seks, bo ani mądra, ani inteligentna to ja nie jestem i tylko poluję na jego pieniądze (zaznaczam, że zawsze sama pracowałam, rachunki dzieliśmy na dwoje, za wakacje też razem płaciliśmy, on miał większą wypłatę, ale wziął kredyt i dołożył się do remontu domu rodziców i do tej pory go spłaca). Powiedziała, że on może u niej mieszkać, ale ja mam zniknąć - była zima, wieczór, ja miałam 50 zł w portfelu, do mamy 150 km. Siedział jak zamurowany. Powiedział tylko, żeby nie była zbyt ostra. A kiedy powiedziałam jej, że obraziła swojego syna, bo właśnie dała do zrozumienia, że jest kretynem, który będzie z kobietą tylko i wyłącznie ze względu na seks, przyznał mi rację i nic więcej nie powiedział. Nie wiedziałam co zrobić, spałam w samochodzie, następnego dnia pojechałam do mamy. Zadzwonił i powiedział, że znalazł mieszkanie. Byłam na niego wściekła, że nie obronił mnie wtedy, ale wiem, że chcę z nim być, więc znów wyprowadziliśmy się. Niestety, mój wspaniały P. powiedział, że jest w tym wszystkim trochę mojej winy, bo powinnam zacisnąć zęby, nic nie mówić i poczekać aż wyremontuje górę. Temat jego matki jest wszechobecny, on ciągle chce tam wrócić, a ja dostaję dreszczy na samo słowo o tym. Moja mama dużo nam pomogła, mimo że ma dwoje dzieci w domu i sama je wychowuje; kupiła nam pralkę, garnki, pościel, itd. Gdy przyjechała zobaczyć jak się urządziliśmy, tez przywiozła prezent, siedziała, rozmawiała, ona lubi P., moja rodzina zawsze akceptowała moje wybory, w ogóle ciocie nie wtrącają się w życie swoich dzieci. Raz na jakiś czas zadzwonią, chętnie zaproszą na kawę, do mojej babci jeździmy średnio 2 razy w miesiącu, mimo że babcia ma 7 dzieci i kilkanaścioro wnucząt, wszyscy jesteśmy zgrani i uwielbiamy się spotykać. A tu... od czasu do czasu przyjedzie szwagierka do "teściowej", jej matka też rzadko. Ta dała nam kilka starych talerzy, kubki i starą suszarkę do ubrań. Kiedy zaprosiliśmy ją na pierwszy obiad w nowym mieszkaniu, była niemiła, oczywiście P. musiał po nią pojechać, a potem opowiedziała swojej mamie, że ja byłam niegościnna i małomówna. Ja nie mówię, że zależało mi, żeby coś ktoś nam dawał, chętnie kupilibyśmy sobie sami, powoli, ale sami, bo zawsze byłam nauczona, że człowiek musi sam sobie na życie zapracować, a rodzice pomagają i dają tylko wtedy, kiedy chcą i mają. Boję się co będzie dalej, on nadal chce tam wrócić, bo ma tam kawałek placu, na którym może wybudować warsztat, otworzyć działalność, no i zawsze dom to dom, a nie wynajmowane całe życie mieszkanie. Ja próbowałam mu pokazać wiele możliwości, np. wyjazd za granicę, zapracowanie na własny dom, mam też wujka, który polubił P., z wzajemnością, proponowałam im połączenie sił... Ale on jest uparty, mówi że tutaj pracuje od kilku lat, ma wypracowaną renomę, ludzie go szanują, nie chce zaczynać od początku i znów na to pracować, bo pamięta jak to było gdy zaczynał po raz pierwszy. Poza tym ma tu przyjaciół, chorą matkę. Kocham go i chcę z nim być, ale nie wiem co powinnam zrobić. Teraz wyjechałam za granicę, żeby to przemyśleć, ale niedługo wrócę i będę musiała z nią zamieszkać... Albo zrezygnować z P. i do końca życia mieć wyrzuty sumienia, że zamiast zamknąć żołądek i zakazać mu wymiotować oraz nie komentować żadnych zachowań "teściowej", jak i wdychać dym papierosowy i bardzo wolno umierać; ja powiedziałam za dużo i naraziłam ją na nerwy. POMOCY