Witam,
zacznę może od przedstawienia się - mam 27 lat, kończę drugi kierunek studiów. Zostały mi 2 lata. Od czterech lat jestem w stałym związku, jednak nie mieszkamy razem - nie ma warunków, bo za mało zarabiamy, żeby coś wynająć, jeśli była jakaś okazja nie udało się. On ma 34, ma stałą pracę, zarabia w miarę dobrze. Teraz po tych wszystkich latach on nagle mówi, że chce wyjechać, że nic go nie cieszy, że z wypłaty nie może godnie żyć. Ja uważam co innego - mamy pracę, siebie...generalnie powinniśmy być szczęśliwi, bo zawsze może być gorzej, a inni chcieliby mieć to co my. Nie jesteśmy bogaci, ale to co mamy wystarczało. Jak się okazało wczoraj, wystarczało chyba tylko mnie. On przejmuje się, że będzie miał małą emeryturę, bo rząd miesza...ja próbuję mu otworzyć oczy, że nie tylko to się liczy, że pracę zawsze można zmienić. Chcę od wczoraj rozmowy z nim. On - że nie, nie ma ochoty, po co. Myślę, że ma jakieś problemy, o których nie chce mi powiedzieć. Spędziliśmy razem weekend, było cudownie, a we wtorek zmiana nie do pomyślenia. Usłyszałam, że to nie związek, bo opowiadam o rodzicach, pracy, tym owym...a tak nie jest do końca.Staram się o wszystkim rozmawiać, wysłuchiwać go...powiedział, że nie potrzebuje rzucania się na szyję, domowych obiadków...nie wiem co myśleć. Chcę spotkania, rozmowy, powiedział że się odezwie. W smsach pisze, że kocha, że jestem dla niego kimś najważniejszym. Myślałam, że ułożę sobie z nim życie. Teraz jak słyszę, że chce wyjechać a ja powinnam sobie kogoś innego poszukać, to jest dla mnie cios w serce. Z drugiej strony nie chcę się poniżać przed nim, płakać i błagać o spotkanie. Rozmowa telefoniczna nie zastąpi rozmowy w cztery oczy...jak go przekonać, żeby nie być odebraną że się narzucam i tylko mnie zależy? Widzę, że jemu chyba tylko chodzi o kasę. Tak mi jest przykro, bo byłam przekonana że się dla niego liczę. Czy warto walczyć?