Zacznę od tego, że mam problem raczej ze sobą niż ze swoim związkiem, ale to się niestety na niego przekłada.
Mój facet jest idealny. To znaczy jasne, ma swoje wady, ale te jego cechy dla mnie wadami nie są, bo je w pełni akceptuję i mi nie przeszkadzają.
Na początku było super. Pierwszy raz się chyba tak naprawdę-naprawdę zakochałam. Teraz jesteśmy razem jakieś pół, roku i zaczyna mi odbijać. Dlaczego? Tak właściwie to nie wiem, mogę się tylko domyślać.
Wyeliminowałam błędy, które popełniałam w poprzednich związkach, więc wynalazłam sobie nowe. Wcześniej w ogóle się nie kłóciliśmy. Wczoraj po raz trzeci i to... w łóżku. Nie no jasne, kłótnie nie są niczym złym, są normalne. Ale to nie kłótnie wynikające z różnicy zdań, czy tego, że druga osoba coś źle zrobiła/nie chce zrobić/cokolwiek innego co ma sens.
W sumie nawet nie nazwałabym tego kłótniami. Nie wiem, co to jest, ale wprowadza niezdrową atmosferę, a ja potem czuję się sama ze sobą jeszcze gorzej. Właśnie - zdaję mi się, że źródłem tego jest moja samoocena. Czy niska? Aktualnie tak. Ogólnie nie wiem... Chyba zależy od mojego nastroju. W momencie potrafię szczerze myśleć o sobie jak o kupie gówna. Innym razem uważać się za naprawdę świetną, wartościową osobę. Na początku związku uważałam się za tę drugą, teraz znowu za tę pierwszą...
Jego słowa potrafię odebrać jako atak na swoją osobę, mimo że nie miały tego na celu w żadnym wypadku. Bo dlaczego miałyby mieć? W końcu mnie kocha. Wmawiam mu, że nie może myśleć o mnie tak, jak myśli. Moja opinia o mnie jest inna, więc próbuje mu ją wytłumaczyć.
Często wybucham. Obwiniam go o różne rzeczy, by zaraz całą winę zabrać na siebie. Wściekam się o coś, co nie ma z nim związku, a potem się nie odzywam albo na niego wrzeszczę.
Nie wiem, co się dzieje. Nie chcę psuć każdego swojego związku. To znaczy poprzednie to i nawet dobrze, że się zepsuły, bo też fakt, że nie tylko z mojego powodu. Ale ten? Ten jest dla mnie naprawdę czymś ważnym, innym, pełnym. Nie wiem, dlaczego to robię. Zachowuję się, jakbym z premedytacją zniechęcała go do siebie. A przecież tego nie chcę... Tylko że moje myśli i odczucia chyba za bardzo zależą od "momentu".
Chcę być taka, jak na początku. Radosna, pewna siebie. Lekko zarozumiała.
I to nie jest tak, że on mi daje powody, bym myślała o sobie źle - wręcz przeciwnie, dużo mnie komplementuje, mówi że kocha, dużo dla mnie robi. Więc dlaczego tak jest ![]()