Witam cieplutko wszystkich, którzy poświęcą czas na przeczytanie tego posta.
Jestem wysoka - 173 cm. Mam bardzo długie włosy, zachodzące w 3/4 na plecy, w kolorze ciemny blond, zielono-niebieskie oczy. I jak twierdzą moi znajomi-podobno jestem ładna na buzi.
A więc mój problem polega na tym, że jestem osobą bardzo wrażliwą, może nawet przewrażliwioną na swoim punkcie. I każdą krytykę odbieram bardzo osobiście. W przeszłości byłam bardzo wyobcowana. Bałam się do kogokolwiek odezwać, bo często byłam wyśmiewana, chociaż wtedy nie widziałam większego problemu w swoim wyglądzie. Byłam jak inne dzieci. Chuda, jak na swój wiek, niczym szczególnym się nie wyróżniałam, ale miałam jedną wielką wadę. Wszystko brałam bardzo do siebie i z każdym złośliwym, choćby bezpodstawnym komentarzem, na swój temat, coraz bardziej zamykałam się w sobie.
Całe moje życie było i jest podporządkowane sztuce.. Jak na wrażliwego człowieka przystało.. Sztuka pozwala mi przenosić wszystkie złe i dobre emocje na zewnątrz. Oprócz tego zawsze bardzo chciałam tańczyć.. I tańczyłam, ale odkąd przytyłam.. Po prostu się boję.. Boję się reakcji innych ludzi.. Boje się braku akceptacji.. Od kilku lat co jakiś czas idę na zajęcia, jakoś tak wyszło, że nie mam z kim na nie iść, żeby było mi raźniej. I Idę sama i po pierwszych zajęciach kończę... Bo to dla mnie wielki stres, być tam zupełnie sama nie znając nikogo. I mimo, że jestem otwartą osobą to bez nikogo znajomego przy sobie, po prostu nie mogę wydusić z siebie słowa.
To wszystko z czasem odbiło się na mnie w ten sposób, że próbowałam zagłuszyć pustkę, która była we mnie i stałam się osobą na przekór samej sobie, bardzo wygadaną, towarzyską, na pozór pewną siebie, zawsze wesołą, sypiącą żartami. Tak bardzo chciałam poczuć się akceptowana. To dziwne, bo z cichej osoby, stałam się zupełnym przeciwieństwem. I teraz kiedy jestem akceptowana przez innych paradoksalnie nie lubię siebie.. Jest to spowodowane tym, że zawsze kiedy mam jakiś stres, uciekam do swojego małego świata i zajadam stres. Czuję się wtedy taka bezpieczna i niszczę swoje ciało.. Doszło do takiego momentu, gdzie ważyłam przy swoim wzroście 98 kg!! Zaczęłam się odchudzać i dzisiaj udało mi się schudnąć do około 85. Tak bardzo chciałabym się poczuć ze sobą w końcu dobrze. W swoim wyglądzie zawsze lubiłam to, że miałam długie włosy i mogłam się pod nimi schować. Nie lubię kiedy ktoś na mnie patrzy, jak jem, bo jestem przekonana, że myśli sobie. ''O patrz jaka gruba i jeszcze tyle je...'' W ogóle paradoksalnie wszystko odnoszę do nadwagi.. Kiedy mi coś nie wychodzi zrzucam winę na nadwagę. I tłumaczę to w ten sposób:'' Hm. Jakbyś była chuda.. Byłoby lepiej.. inaczej..'' Kiedy tyle schudłam czułam w sobie siłę, miałam wolną wolę, którą teraz utraciłam i nie radze sobie z tym psychicznie. Każde złe słowo przeżywam dwa lub trzy razy mocniej niż inni ludzie.
Czasami zaprzątam sobie głowę takimi pierdołami, że jak komuś o tym powiem, to mało brakuje, żeby mnie nie wyśmiał i nie dał mi do zrozumienia, że jestem niepoważna. Wystarczy, że ktoś się na mnie krzywo spojrzy, ja już się tym przejmuje.... Ludzie odbierają mnie jako osobę wesołą, ale kiedy poznam kogoś nowego, boję się do niego podejść, tym bardziej kiedy to jest facet, który mi się podoba.. Mam czasem tak, że zapisuje sobie na kartce, co chcę do kogo powiedzieć, zanim podejdę..
Dodatkowo ostatnio moi rodzice się rozwiedli i chociaż wiem, że od dawna nie byli ze sobą szczęśliwi, a ja nie dogadywałam się z ojcem dobrze, i mam te 17 lat, to nie jestem z kamienia i chyba nie muszę być aż tak silna, żeby nie odczuwać złych emocji? Bo czasem mam wrażenie, że właśnie tego ode mnie oczekuje mama..
Wszystko odkładam na potem.. To dobre potem, które w moim odczuciu będzie wyglądało, tak, że będę ważyć 50 kg. Chciałabym się poczuć... mała, drobna, krucha.. Wiem doskonale, że problemy nie omijają ludzi chudszych. Ale czuję, że mając pewność, że jestem atrakcyjna dla samej siebie, lepiej bym je zniosła..
Mam wielu przyjaciół, którzy jak tylko mają problem, zawsze im doradzam, a nie potrafię pomóc samej sobie.. Mam dość tego, że jestem oparciem dla innych, a nie potrafię być dla samej siebie..
że wszystko sprowadzam do nadwagi. Ale wiem, że jak nie schudnę, nic się w moim, życiu nie zmieni..
Ludzi, którzy mieli może podobny problem, lub po prostu mogą mi jakoś pomóc.. Słowem.. Proszę o wypowiedzi ![]()