Witam,
już nie wiem jak sobie poradzic z tym, co mnie tak bardzo męczy... Kogo się poradzic, bo już straciłam zaufanie do większości ludzi. Postaram się naświetlic sprawę w miarę spójnie i rzeczowo.
Z moim chłopakiem jestem 2 lata. Ja mam 23 lata, on 18. Ze względu na różnicę wiekową między nami, wiadomosc o naszym związku nigdy nie przynosiła pochlebnych opinii ze strony otoczenia. Obydwoje mieszkamy w małych wioskach, a wiadomo, że tutaj gorzej niż w kurniku - każdy o każdego się postara, obgada, obsmaruje tyłek, a wszystko to zrobi "pod przykrywką" życzliwości i chęci dobrej rady... Starałam się nigdy nie wierzyc w plotki, bo wiadomo - plotka to plotka: często nieprawdziwa, złośliwa i przede wszystkim - rodząca kolejne... Między mną, a moim chłopakiem troszkę się ostatnio porobiło...
przyznaję, bez winy też nie jestem, może czasem nie powinnam reagowac tak jak reagowałam, mówic tego, co powiedziałam... W ciągu tych 2 razem spędzonych lat bywały między nami wzloty i upadki, ale kłótnie dotyczyły przeważnie błahostek (choc ja je byc może też wyolbrzymiałam...). Jednak ostatnio dosyc ostro poróżniliśmy się i nie potrafiłam przejsc tak po prostu do porządku dziennego. Kiedyś miałam do niego lekkie pretensje, że rzadko mnie gdzieś zabiera, że czasem też chciałabym poczuc się wyjątkowo, byc trochę rozpieszczona... On przyjął to wtedy ze spokojem i... znalazł sobie drugą pracę... Więcej o tym nie rozmawialiśmy. Zabierał mnie do kina, kawiarni, tak jak wtedy chciałam... Nawet mu powiedziałam, żeby nie przesadzał z wydawaniem tych pieniędzy, bo przecież nie trzeba, że ja nie jestem taka wymagająca. I poprosiłam, żeby tyle nie pracował, bo martwię się o niego. Miałam też wtedy wyrzuty sumienia, bo podejrzewałam, że on przeze mnie podjął się tej drugiej pracy... Żeby spełnic moje "wymagania"... Ale powiedział wtedy, że ON chce pracowac, bo ON potrzebuje po prostu tych pieniędzy. I na tym temat się skończył. Wrócił parę dni przed walentynkami, kiedy ni stąd ni zowąd zapytałam go, czy moglibyśmy je spędzic zamiast u niego w domu, na mieście. Wcześniej pytał mnie, gdzie i jak chciałabym je spędzic i powiedziałam wtedy, że u niego w domu, bo będzie spokojniej i nie będzie tego całego szumu. Ale później się rozmyśliłam, bo nie chciałam znów oszukiwac rodziców, że jestem u koleżanki (rodzice nie wiedzą, że spotykamy się regularnie, są przeciwni temu związkowi) i zapytałam, czy moglibyśmy jednak spędzic ten dzień na mieście. On wtedy się zdenerwował, że ciągle zmieniam zdanie i w ten sposób zinterpretował to moje pytanie, że znowu chcę gdzieś wyjsc (a on będzie musiał za to płacic), chociaż wcześniej umawialiśmy się inaczej i on już pod tym kątem wszystko zaplanował. W zdenerwowaniu powiedział mi wtedy, że on w swoim życiu nie miał wszystkiego co chciał, a mnie tym samym (nie dosłownie) nazwał rozpieszczoną jedynaczką, która ma wszystkiego pod dostatek. Strasznie przykro mi się wtedy zrobiło i doszło między nami wtedy do ostrej wymiany zdań... On jak zwykle potem przyznał, że nie powinien był użyc takich słów, że strasznie żałuje, że on mnie kocha i wszystko powiedział w zdenerwowaniu i wie, że go to nie tłumaczy, ale bardzo mnie przeprasza i prosi o wybaczenie. Nie dałam tak łatwo się przebłagac, bo był to dla mnie duży cios, że człowiek, którego kocham i który deklaruje, że kocha mnie tak bardzo, że jest pewny spędzenia ze mną życia, mówi mi takie bolesne słowa już w narzeczeństwie! Takie wyrzuty na temat "finansów" mogą zaistniec jak już to w małżeństwie, ale przecież każdy facet będzie na rzęsach stawał, żeby spełnic życzenia swojej ukochanej... Mój chłopak przyznał wtedy, że jemu wtedy strasznie wstyd było, że uznam go za "gołodupca" bez kasy i w ten sposób "odparł atak"... Jednym słowem - źle wtedy było między nami, płakałam, wątpiłam w szczerosc jego uczuc, robiłam mu wyrzuty i nie dałam się udobruhac. Miałam już serdecznie dosyc tej niezdrowej sytuacji i on też. W pracy kumpel zapytał go, co się z nim dzieje, że jest jakiś nieswój, podenerwowany, chaotyczny itd. I mój chłopak zwierzył się wtedy temu kumplowi z całej zaistniałej sytuacji. Ten "poradził" mu, że ma zacząc miec własne zdanie, że to moja wina, że to ja zaczęłam tę kłótnię, że to ja okazałam się byc tą "niewdzięczną", której nie zależy właśnie na NIM, a na tej całej "otoczce" - na kinie, kawiarni, kwiatach i innych wypadach... Mój chłopak (świeżo "naprostowany" przez swojego przyjaciela) "wygarnął" mi wtedy to wszystko, że to ja ponoszę odpowiedzialnosc za zaistniała sytuację, że on mnie bardzo kocha, ale mam się zmienic, że przecież on mnie zabiera w różne miejsca, ale przecież musi byc ku temu okazja, a nie tak bez... Wtedy to już w ogóle wbiło mnie w ziemię, bo pierwszy raz widziałam go w takim stanie i pierwszy raz słyszałam od niego takie gorzkie słowa...
Z jednej strony byłam w szoku - z drugiej zrozpaczona, bo miałam nadzieję, że to on do końca uzna swój błąd i ostatecznie przeprosi mnie raz jeszcze za swoje raniące słowa. Jednak jakoś spróbowaliśmy się dogadac, bo łączy nas duże uczucie i pomalutku zaczęło wracac wszystko "do normy". Jednak ja, będąc osobą, która długo nosi w sobie urazę i gorycz, nie potrafiłam sobie poradzic z tym ciężarem, że ukochana osoba w ten sposób mnie potraktowała, a ponieważ łączy mnie bliska więź z moimi rodzicami, zwierzyłam się z wszystkiego mamie. Jak już wspomniałam wcześniej - rodzice od początku przeciwni byli temu związkowi, "bo młodszy, bo się tobą znudzi, bo cię zostawi itd.", ale jednak w mamie potrafiłam znaleźc większe oparcie i akceptację mojego uczucia. Zrzuciłam z siebie ten ciężar i poprosiłam ją o dyskrecję, ponieważ wiedziałam, że kiedy tata się o tym dowie, będzie afera na czym świat stoi (tata nie dosc, że przeciwny mojemu chłopakowi, to jeszcze wzburzony tym, że w ten sposób postąpił). Oczywiście stało się tak jak przypuszczałam... W dniu moich urodzin wszyscy troszkę za dużo wypiliśmy i "zebrało nam się na szczerosc"... Mama zagaiła, że mam się taty poradzic "w tej sprawie", bo on jako facet wie dużo więcej, czy to ja ponoszę odpowiedzialnosc za tę kłótnię między mną, a moim chłopakiem, czy rzeczywiście zachowałam się jak rozpieszczona jedynaczka, która musi wszystko miec, czy też to mój chłopak zachował się poniżej przeciętnej... Gdybym wtedy za dużo nie wypiła, byc może nie powiedziałabym wszystkiego od początku do końca... Opowiedziałam tacie wszystko od A do Z. Wszystko. Nawet to, że mój chłopak radził się w tej sprawie swojego kumpla, a ten mu podpowiedział, jak ma się ze mną "rozprawic"... Wkurzyło to tatę niesamowicie i zapytał mnie, czy mam zamiar pozwolic na to, by dwoje smarkaczy (mój chłopak i jego kumpel) decydowało o moim losie. Cała ta sytuacja stanęła mi raz jeszcze przed oczami, a łzy same popłynęły...
Tata najwyraźniej postanowił interweniowac... Już następnego dnia wrócił do domu z informacją, jakoby mój chłopak miał obgadywac mnie ze swoim kumplem (tym samym, którego się radził), mówic mu o naszych prywatnych sprawach i żalic mu się, jaki to ma ze mną "krzyż Pański"... Tata dowiedział się tego od innej osoby, której to zaś powiedziała inna osoba.. echh... plotki... ale był pewien prawdziwości tych informacji. Z tymże dane osoby nigdy się do tego nie przyznały, że to powiedziały... Czemu się nie dziwię, bo sama nie przyznałabym się do tego, ponieważ nie chciałabym byc stroną w żadnej sprawie, żeby nie miec problemów... Zapytałam mojego chłopaka, czy te plotki to prawda. Początkowo wypierał się, że absolutnie nie, że owszem zwierzał się swojemu kumplowi z naszych problemów, bo nie potrafił sam sobie z nimi poradzic, że czasem go przerastały i potrzebował rady. Ale NIGDY PRZENIGDY mnie nie wyśmiewał... W końcu, przyparty do muru, kiedy tata przyniósł "ze wsi" kolejną informację na temat tego, że mój chłopak kpił ze mnie, przyznał się, że owszem, to prawda, że to wszystko miało miejsce rok temu, kiedy między nami było dużo kłótni, które były zupełnie bezpodstawnie przeze mnie wywołane (byc może) i kiedy zwierzał się z tego kumplowi, ten robił docinki pod moim adresem, a mój chłopak się z nich śmiał... to wszystko usłyszała siostra tego kumpla z drugiego pokoju i "w zaufaniu" powiedziała to osobie, która przekazała to mojemu tacie, że "szkoda jej się mnie zrobiło, że ja nic nie wiem o tym, że mój chłopak się ze mnie śmieje, że ja mu bezgranicznie wierzę, a nie mam ku temu podstaw"... Mój chłopak przyznał się do wszystkiego, powiedział, że chciał mi już o tym wcześniej powiedziec, ale nie miał odwagi. Że to już było dawno temu (rok temu), że teraz się wszystko zmieniło, że teraz jemu NAPRAWDĘ na mnie zależy, że teraz nie jest tak jak wtedy. Że dziś nigdy takiego czegoś by nie zrobił, a rzeczy które o nas, o mnie mówił kumplowi, mówił dlatego, ponieważ go przerastały. Że wie i żałuje tego ogromnie, że nie wyobraża sobie życia beze mnie, że on to wszystko naprawi, że mam mu wybaczyc, że on zrozumiał swój błąd, wie jaki jest głupi, jak strasznie głupio postąpił, jak mnie zranił swoimi słowami i tym, że mnie okłamywał. Że mam raz jeszcze, ostatni raz dac mu szansę, a nie pożałuję jej. Że teraz będzie już całkiem inaczej, już nigdy mnie nie zrani, już zawsze będę szczęśliwa, będzie dla mnie najlepszy, najbardziej kochający, chce się ze mną ożenic, nie chce żadnej innej kobiety, nie wyobraża sobie mnie u boku innego faceta, jego życie beze mnie jest niczym. On beze mnie jest niczym. Tylko ja jestem jego sensem. Tylko ja jestem dla niego wszystkim... On wie, jak bardzo mnie skrzywdził, jak źle postąpił, on już teraz rozumie, że ten kumpel to był fałszywy przyjaciel. Wie, że już nikomu nie będzie zwierzał się z żadnych naszych spraw, że to błąd, że uwierzył w "dobroc i wszechwiedzę" kumpla... A ja... Ja mu przebaczyłam... Ja mu wierzę... Ja go kocham... Ja nie wyobrażam sobie życia bez niego. Nie potrafię tak po prostu rzucic w niepamięc tych 2 cudownych lat, chociaż okazało się, że pierwszy rok nie był taki różowy, jak mi się wydawało... ale ja bez winy też nie jestem... nie do końca byłam z nim szczera... wzbudzałam w nim zazdrosc kontaktami z innymi facetami... swego czasu traktowałam go jako przygodę... odskocznię... etap przejściowy... a liczyłam na to, że kiedy poznam kogoś innego, na którym naprawdę zacznie mi zależec, rzucę go... Ale TERAZ, teraz wiem, JESTEM PEWNA, że kocham TYLKO JEGO, że to on jest tym moim jednym jedynym na całe życie. Teraz czuję to jak nigdy! Ta sytuacja między nami, groźba rozstania zbliżyła nas bardzo do siebie. Dlaczego piszę "groźba rozstania"? Ponieważ moi rodzice nie potrafią zaakceptowac faktu, że jestem aż tak głupia, że chcę nadal z nim byc "po tym wszystkim, co mi zrobił", po tym jak przez niego płakałam. Że nadal mu wierzę, że życie sobie zmarnuję, że stac mnie na kogoś lepszego, że bez dwóch zdań mam z nim zerwac, że ONI NIGDY NIE WYRAŻĄ ZGODY NA NASZ ZWIĄZEK, ANI NA MAŁŻEŃSTWO! Ojciec przestał się do mnie odzywac (już kilka razy posłużył się tą "metodą wychowania", szantażem emocjonalnym, bo zasadniczo zawsze wtedy "wracałam do rozumu", bo nie wytrzymywałam tego, że traktuje swoją własną córkę jak powietrze. Wszystko wracało do normy, kiedy przychodziłam zakomunikowac "tatusiu, zerwałam z nim, przepraszam, że Cię nie posłuchałam"...). Tym razem czuję, że jeśli zerwę z moim chłopakiem, popełnię niewybaczalny błąd w swoim życiu i będę tego żałowała do śmierci... Rodzice twierdzą, że oni mi robią tym swoim sprzeciwem "przysługę", że krzywdą dla mnie byłoby nie zareagowac, że wtedy zmarnowałabym sobie przy nim życie... Więc nie pozostało mi nic innego, jak powiedziec im, że zerwałam z nim... A tak naprawdę - jesteśmy ze sobą nadal... W ukryciu... Może nie tak do końca w ukryciu, bo jego rodzice o nas wiedzą, jestem u nich w domu częstym gościem, lubią mnie bardzo i są gotowi "nas kryc". Tylko jakie skutki przyniesie takie "ukrywanie"??? Ja pomału dostaję już rozdwojenia jaźni... mam straszliwe wyrzuty sumienia wobec rodziców, że ich okłamuję... ale nie jestem w stanie ich posłuchac i zerwac z moim chłopakiem!!! Tak strasznie go kocham, że chocby nie wiem co, nie zdecyduję się na ten krok! Tylko dlatego, że rodzice zabraniają mi tej miłości i twierdzą, że to nie jest człowiek dla mnie, że jestem niepoważna, że mu ufam, że jestem nim zaślepiona, uzależniona od niego, nie widzę rzeczywistości, nie patrzę realnie... Może i tak jest, ale wiem, że jeśli kocha się NAPRAWDĘ można wybaczyc wszystko... dokładnie wszystko... Ja właśnie tak kocham i podświadomie czuję, że on już mnie nie skrzywdzi, czuję jak bardzo mnie kocha, naprawdę pragnę spędzic z nim przyszłosc, wierzę w jego wszystkie obietnice, w jego deklaracje, w jego pragnienia spędzenia ze mną życia, założenia rodziny... zaufałam mu raz jeszcze i chcę z nim zostac! Tylko jak mam postąpic wobec rodziców? Ukrywac ten związek? Jeśli powiem, ze jednak nie zerwaliśmy ojciec jest w stanie wyrzucic mnie z domu... jestem na ich utrzymaniu... zresztą zawsze miałam z nimi dobry kontakt i strasznie bolą mnie złe relacje między nami... czuję się wyssana z życia, chora, załamana, chodzę nieprzytomna, jakbym żyła w dwóch światach... Poradźcie, co robic w tak zawiłej sytuacji...??? Postąpiłam pochopnie, że po raz kolejny mu zaufałam? Jestem głupia, że nadal go kocham? Powinnam była posłuchac rodziców, a zarazem zdecydowac się na jeszcze bardziej nieszczęśliwe życie bez mojego Kochania u boku? Co ja mam robic... :'( :'( ;'( jestem BEZRADNA....
Podobne tematy
Helen22 a czy Twój chłopak zdobył się kiedyś na odwagę, żeby samemu pogadać z Twoimi rodzicami?
Może to byłoby jakimś rozwiązaniem. Gdyby przyszedł do Ciebie do domu, poprosił o rozmowę z nimi, zapewnił ich o uczuciu jakim Cie darzy, przeprosił że może czasami zachowuje się jeszcze niedojrzale (w końcu jest bardzo młody) ale uczy się odpowiedzialności za wasz związek, żeby dali mu szansę a on udowodni im, że Cię nie skrzywdzi.
Widać, że bardzo zależy Ci na akceptacji rodziców, którzy są dla Ciebie bardzo ważni, dlatego może być tak, że nigdy nie zaznasz spokoju w waszych relacjach jeśli między Twoimi rodzicami a chłopakiem stosunki się nie poprawią.
Jeśli ten chłopak naprawdę bardzo Cie kocha to nie wierzę, że nie zrobi wszystkiego, żeby zmienić tą sytuacje z Twoimi rodzicami. Namów go na rozmowę z nimi, powiedz jak bardzo Ci zależy żeby zaakceptowali wasz związek. Jeśli on dojrzał do założenia z Tobą rodziny to teraz ma wspaniałą okazję żeby tą dojrzałością się wykazać.
Wydaje mi się jeszcze, że i Ty powinnaś być bardziej stanowcza. Udowodnij swoim rodzicom, że nie jesteś naiwną i ślepo zakochaną dziewczyną, dającą się krzywdzić. Powiedz im, że potrafisz kontrolować swoje życie i że nie dasz się nikomu skrzywdzić. Żeby Ci bardziej ufali i pozwolili być szczęśliwą.
I tego szczęścia Ci życzę!
Pozdrawiam Anetka
Witaj.ciezka dosc jest Twoja sytuacja ale czy zastanawialas sie nad tym ze rodzoce moga jednak miec racje?oni na ogol potrafia dobrze wyczuc partnera swojego dziecka.wiem cos o tym bo ja to przerabialam.jestem po rozwodzie.swojego meza poznalam przez znajomych a jego rodzice byli znajomymi kolezanki mojej mamy i ona zawsze od poczatku byla jemu przeciwna.twierdzila ze on jest z patologicznej rodziny,ze bedzie mnie bil i ze niemoge z nim byc bo on mi niczego nie zapewni.oczywiscie tez mamie nie wierzylam i zbuntowalam sie.w wieku 17lat wyprowadzilam sie z domu i zamieszkalam z nim.i niestety okazalo sie ze mama we wszystkim miala racje a ja bylam pewna ze go nie lubila tylko dlatego ze byl biedny.ale przyczyna byla inna.rzeczywiscie mialam z nim pieklo.znecal sie nade mna.z tego co u Ciebie wyczytalam to wydaje mi sie ze jednak Twoi rodzice moga miec racje bo bardzo mi sie nie spodobalo to ze Twoj chlopak tak na Ciebie gadal.i szczerze watpie w szczerosc jego uczuc.wybacz mi ale mezczyzni potrafia byc bardzo przekonujacy w tym co mowia.szczerze zastanow sie nad tym.nie zycze Ci zle.wrecz przeciwnie ale uwazam ze lepiej by dla Ciebie bylo zebys zachowala pewien dystans do tego co mowi i zebys go troche baczniej obserwowala.dla swojego dobra i pewnosci czy rzeczywiscie sie zmienil.oczywiscie moge sie mylic ale troche zdrowego umysli Ci nie zaszkodzi:)zycze szczerze powodzenia i tego abym sie mylila.proponuje Tobie byc z nim ale przygladac sie jego zachowaniu i temu czy nie klamie.jesli nic nie zaobserwujesz to ok:)wtedy mozesz rodzicom powiedziec ze pomylili sie co do niego
4 2011-03-03 13:31:06 Ostatnio edytowany przez anetqueen (2011-03-03 13:35:06)
A ja stane po stronie Twojego Chlopaka. Moim zdaniem w sumie nie mial za co przepraszac, bo powiedzial co mysli? Ma ''stawac na rzesach' aby spelniac Twoje zachcianki? No nie przesadzaj. Jak chcesz czesciej wychodzic ''na miasto'' to plac sama za siebie. On charuje na 2 etatach, Ty (chyba ze nie doczytalam) nie robisz nic szczegolnego tylko szukasz problemow. O co sa te wasze klotnie? O pieniadze? Jak macie wspolne konto to wspolna kasa, jak nie to kazdy za siebie, albo ''wymiana'' - raz Ty stawiasz wyjascie raz on. Masz 23 lata a chowasz sie przed rodzicami? Dziewczyno dorosnij. Na moje oko to jestes przylepka mamusi, tatusia i sama boisz sie zaczac zyc wlasnym zyciem. Jakby Ci naprawde zalezalo na tym chlopaku to nie chowalabys sie po katach bo nie masz 16 lat tylko jasno postawila sprawe - moje zycie, moj zwiazek, jestem dorosla i wiem co robie. I koniec tematu. Chlopak potrzebowal porady bo nie wiedzial co robic, a kolega madrze mu podpowiedzial, ze czas i pora aby Ty wydoroslala i przestala stawiac same rzadania. Szkoda Ci chlopaka bo tak duzo pracuje... Ale zapomnialas ze w sumie sama to na nim wymusilas bo chcialas to czy tamto, a on MUSIAL Ci to zapewnic. A sama to juz nie mozesz za siebie placic? A te walentynki? Kobieto nie wiem jak u Ciebie, ale zazwyczaj kilka dni przed tym swietem ciezko jest cokolwiek zarezerwowac ''na miescie''. Poza tym chcialas w domu, on juz cos zaplanowal itd, a Ty hop i zmieniasz zdanie w ostatniej chwili. Nie dziwie sie ze sie wkurzyl. Jak Ci zalezalo na ''miescie'' to bylo cos samej zorganizowac a nie zwalac wszystko ponownie na niego. Wez sie ogarnij i zacznij zyc jak dorosla kobieta a nie robic z siebie biedna sierotke z dylematami niczym z opery mydlanej. Nie chce Cie urazic, poprostu takie wznioski wyciagnelam po przeczytaniu Twojego postu. Przeczytaj to co napisalas, ale postaraj sie spojrzec na to z boku, jak na sytuacje obcych osob a nie dotyczaca Ciebie i wyciagnij wnioski
Ja z anetqueen rowniez sie zgadzam.napisalam tu inna opinie na ten temat ale z drugiej strony anetqueen tez ma troche racji;)przemysl to sobie bo nikt nie chce dla Ciebie zle
Po przeczytaniu twojego posta stwierdzam ze twoi rodzice zanadto wtrącają się do twojego związku (zupełnie jak moi) Całkowicie zgadzam się z postem anetqueen. Twój chłopak nie powinien ciągle płacić za Ciebie. Przecież rodzice dają Ci jakieś pieniądze.
Poza tym masz już 23 lata i czy do końca życia zamierzasz się słuchać rodziców??? Jeśli teraz ustąpisz to pokażesz m że to oni Tobą kierują i tak będzie za każdym razem. Ja miałam bardzo podobnie. Rozstałam się z chłopakiem na pół rok po czym on chciał wrócić ale mój kochany tatuś absolutnie się temu sprzeciwiał i co ??? Postawiłam na swoim i jestem z nim do dziś i niedługo nawet bierzemy ślub. Pamiętaj każdy zasługuje na drugą szansę i zastanów się co byś zrobiła gdybyś była na miejscu swojego chłopaka.
Pozdrawiam i życzę powodzen
7 2011-03-03 17:32:35 Ostatnio edytowany przez Kriss (2011-03-03 17:34:58)
Zaczeliście być razem jak pacholę miało lat 16, Ty 21. Teraz on ma 18, pracuje na dwóch etatach - wybacz ale większość jego rówieśnikow jeszcze dłubie w nosie i gra w need 4 speed zagryzając chipsami. Wyłącznie.
Młody człowiek zabiera Cię do kina, kawiarni, wyjazdy, duperele. Gdyby miał lat 30 - spoko, norma, młody juppies. Ale osiemnastolatek? I Ty masz pretensje?
Pomijając że generalnie faceci w tym wieku dopiero zaczynają dojrzewać emocjonalnie na poziomie "związkowym".
Masz 23 lata i jesteś na utrzymaniu rodziców a wymagasz od chłopaka 5 lat młodszego "rozpieszczania"?
Moja rada: znajdź pracę, najlepiej dwie, wyprowadź się od rodziców. Będziecie partnerami z prawdziwego zdarzenia do rozporządzania kasą.
Od mojej strony: gdyby 16 letni syn przyprowadził mi do domu wymagającą rozpieszczania 21 latkę, hmmmm
Nie o typowe "rozpieszczenie" mi chodziło. Bynajmniej nie jestem osobą, która ma wszystkiego pod dostatek, potrafi tylko brac i nie dawac niczego w zamian. Potrafię sobie odmawiac. Przyznaję, że widocznie byłam nazbyt wymagająca odnośnie mojego chłopaka, który ze względu na swój wiek nie jest "przy kasie". Ale nie o to mi chodziło! Zawsze spotykaliśmy się w domu albo w plenerze. No i "zamarzyło mi się", żeby CZASEM tak bez okazji gdzieś mnie zabrał. Wcale niczego nie wymuszałam. Owszem, przyznaję, mógł się wkurzyc moją zmiennością zdania, ale wydaje mi się, że facet, któremu naprawdę zależy, nigdy nie dałby swojej dziewczynie do zrozumienia, że jest rozpuszczona...
anetqueen - owszem, w pewnym sensie jestem uzależniona od moich rodziców, bo mają tylko mnie. Wychowali mnie w poczuciu posłuszeństwa wobec nich i dlatego panuje teraz taki "rozdźwięk" pomiędzy tym, co JA CHCĘ, a tym, CO ONI UWAŻAJĄ DLA MNIE ZA SŁUSZNE. Wierzę, że chcą dla mnie jak najlepiej i chcą mnie uchronic przed błędami. Twierdzą, że jeśli zwiążę się z tym chłopakiem na stałe, zmarnuję sobie żyję, bo nie jest mnie wart, skoro już teraz mnie nie szanuje...
asienka88 - a również uważam, że każdy zasługuje na drugą, trzecią, a nawet czwartą szansę, jeśli się kogoś naprawdę kocha. Ja jego strasznie mocno kocham i chcę wierzyc w jego szczerosc. W sumie, tak jak powiedział Kriss - większosc chłopaków w jego wieku ma co innego w głowie i jest to normą... a on - wtedy "pacholę 16-letnie" - już wiedział, czego chciał i chce tego do dziś... Więc uważam, że to właśnie jest TO. Jednak chciałabym też liczyc się ze zdaniem moich rodziców, a nie jasno postawic sprawę "mam 23 lata, jestem dorosła, robię co chcę, a wam nic do tego"... to też jest nie fair wobec rodziców, którzy całe swoje siły poświęcili mojemu wychowaniu... nie tędy droga
tylko właśnie - którędy droga??? ![]()
Mam wrażenie że twoi rodzice postawili na twoim chłopaku krzyżyk. Czy oni coś o nim wiedzą? (nie wliczając plotek?) Czy zaproponowali Ci abyś go przyprowadziła do domu aby mogli go lepiej poznac? Nie. A więc oni nie liczą się z twoim zdaniem.
To, że jest ode mnie młodszy już jest dla nich wystarczającym powodem, by go skreślic. "Młody, głupi, chce się pochwalic przed kumplami, ze wyrwał starszą laskę, znudzi się, rzuci" - tak wygląda ogólny scenariusz. A na domiar złego doszły jeszcze te "plotki", które poniekąd się potwierdziły...
i tak właśnie jest - postawili na nim krzyżyk. A skoro "ja nie mam rozumu", oni muszą go miec za mnie...
"bo przecież nie będę marnowała sobie życia, przynosiła sobie i im wstydu"... ech... ![]()
11 2011-03-03 21:16:56 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2011-03-03 21:20:12)
To, że jest ode mnie młodszy już jest dla nich wystarczającym powodem, by go skreślic. "Młody, głupi, chce się pochwalic przed kumplami, ze wyrwał starszą laskę, znudzi się, rzuci" - tak wygląda ogólny scenariusz. A na domiar złego doszły jeszcze te "plotki", które poniekąd się potwierdziły...
i tak właśnie jest - postawili na nim krzyżyk. A skoro "ja nie mam rozumu", oni muszą go miec za mnie...
"bo przecież nie będę marnowała sobie życia, przynosiła sobie i im wstydu"... ech...
no dobra, ale kochasz go, jestes dorosla, to powinna byc Twoja decyzja. Ja bym sie spotykala mimo wszystko z nim i planowala z nim przyszlosc, skoro bym widziala , ze warto, jakby rodzice nie zrozumieli tego, to ich strata. Mowisz, ze Twoim zdaniem to co mowie jest nie fair, a moim zdaniem jest fair. Wychowali Cie - ok, ale nie mozna we wszystkim przytakiwac rodzicom, oni tez moga nie miec racji. Jak masz wybrac chlopaka, ktory Cie kocha, ktory jest dobry czy rodzicow ktorzy wprawdzie tez cie kochaja, ale oceniaja czlowieka po pozorach to naprawde wolisz wybrac rodzicow ? Nie rozumiem takich ludzi. Jak moi rodzice mowili cos na temat moi chlopakow, to zawsze mowilam, ze to moje zycie, nie przejmowalam sie. Moje zycie, to moje decyzje.
A jakby np kazali wybierac ja czy moj przyszly narzeczony czy maz, to jasne, ze to drugie, samo to, ze postawiliby takie ultimatum, to juz postawiloby ich na skreslonej pozycji, ze nie maja dla mnie zrozumienia. no ale mysl co chcesz. Mowie tylko, ze mozesz zalowac. Przeciez wiecznie z rodzicami mieszkac nie bedziesz, dlatego nie powinnas dawac im ustawiac sobie zycie. Wiem, ze moje poglady sa dosc radykalne, ale wiesz.
Czyli robic im wbrew i ukrywac przed nimi ten fakt? Poczekac aż sprawa "przycichnie", nabiorą do niej dystansu i dopiero po dłuższym czasie podjąc ciąg dalszy tematu? Po jakimś czasie postawic na swoim? Bo jakoś nie wyobrażam sobie stawiania na swoim w chwili teraźniejszej... Ojciec nawet po tym, jak mu powiedziałam, że zerwaliśmy z moim chłopcem, to w dalszym ciągu traktuje mnie jak powietrze... Pewnie czeka na "zdanie bilansu" i przeprosiny, że już przez 2 lata robiłam jemu wbrew, że mimo jego dezaprobaty spotykaliśmy się... Zdaję sobie sprawę, jak to wszystko brzmi dla osoby, która stoi z boku - że jestem "bolidupą" niezdolną do własnych decyzji. Nie. Tak nie jest. Po prostu chciałabym, bym i ja i moi rodzice zadowoleni byli z moich wyborów i decyzji...
No wieszz, gdyby Twoj chlopak bardzo powaznei zawinil, to bym zrozumiala to wszystko i pewnie zrozumialabym spotykanie sie potajemnie, bo podobnie jest w przypadku ja i moj chlopak, ale to inna historia. Gdybysmy byli na Twoim miejscyu to raczej bysmy niczego nie ukrywali, spedzalibysmy wspolnie swieta itp a tak na razie i pewnie przez pare lat jeszcze lipa.
Ja na Twoim miejscu ood razu bym powiedziala co mysle, skoro przez 2 lata bez powodu mysla o nim jak mysla, to sie pewnie nie zmieni. Jednak byc moze jak postawisz sprawe jasno, to w koncu zrozumieja i troche zmniejsza opor.
No nie tak bez powodu... Bo w końcu "kiedyś" obgadał mnie ze swoim kumplem... ale twierdzi, że to było "w nerwach", że wymyślam bezpodstawne powody do kłótni, że to śmieszne... a dziś strasznie tego żałuje...
No w sumie moze faktycznie zaluje. Mysle, ze zasluguje na druga szanse, mozna sprobowac, jesli faktycznie pokazuje, ze mu zalezy. Aaa no i nie radze przy klotni czy cos , zebys szla do rodzicow swoich z tym, bo chyba tak zrobilas i wtedy tym bardziej psujesz jego wizerunek i szanse na zaakceptowanie Waszego zwiazku.
No właśnie... żałuję, że sama się z tym nie uporałam... że szukałam w nich zrozumienia i oparcia... z jednej strony to dobrze - z drugiej, jak widac - psuje to wszystko...
17 2011-03-03 23:35:31 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2011-03-03 23:36:54)
Wiem, ale mimo wszystko powalczylabym o ten zwiazek
Ale zrobisz jak uwazasz. Tylko pamietaj, ze jesli to jest osoba dla Ciebie, to jak zrezygnujesz to bedziesz zalowac...
Uwierz mi malo ktorzy rodzice wypra sie swojego dziecka , wiec wystraczy powiedziec : "Cche sie z nim spotykac" , jak sie od Ciebie odwroca, to ich strata
Moim zdnaiem oczywiscie. No, ale mysle, ze wtedy spasuja, bo nie beda chcieli Cie stracic.
No ja jestem ciekawa, kto dłużej wytrzyma w tym swoim "uporze"... Ja, czy oni... I czy jest sens "walczyc" z własnymi rodzicami. Byc może to właśnie oni mają rację, a ja jestem ślepa...? Ale masz rację truskaweczka19 - będę żałowała, jeśli z niego teraz zrezygnuję. Czuję, że on warty jest tego "poświęcenia" ![]()
No ja jestem ciekawa, kto dłużej wytrzyma w tym swoim "uporze"... Ja, czy oni... I czy jest sens "walczyc" z własnymi rodzicami. Byc może to właśnie oni mają rację, a ja jestem ślepa...? Ale masz rację truskaweczka19 - będę żałowała, jeśli z niego teraz zrezygnuję. Czuję, że on warty jest tego "poświęcenia"
No wlasnie, fajnie, ze sie ze mna zgadzasz. Najwazniejsze jest to czego Ty chcesz, Twoje decyzje. Mam nadzieje ze sie ulozy, bo zawsze szkoda mi ludzi w tkaich sytuacjach, na pewno nie jest latwo, krzyz panski.
Pozdrawiam ![]()
Ja rozumiem szacunek do Rodzicow, wiem, ze zawsze chca jak najlepiej itd. Ale Helen22 to jest TWOJE zycie, a nie ich - Rodzice nie sa nieomylni. Nie jestes juz dzieckiem, nastolatka, jestes dorosla. Czas abys wziela zycie w swoje rece. Znajdz prace, wyprowadz sie z domu, zacznij sama o sobie decydowac. Nie o to chodzi, abys sie z Nimi klocila. Poprostu pokaz im ze jestes juz dorosla odpowiedzialna osoba, ktora czas i pora aby zaczela zyc wlasnym zyciem. Kochasz swojego Chlopaka, chcesz z nim byc wiec? Rusz tylek, bo z siedzenia i takiego kombinowania, ukrywania nic dobrego nie wyniknie, nie te lata. Powtarzam jeste DOROSLA, MASZ 23 LATA, wiec zacznij dzialac i zrob cos z wlasnym zyciem. Zobaczysz, ze jak pokarzesz sie Rodzicom z nowej odpowiedzialnej strony, osoby dajacej sobie samej rade w zyciu, zaufaja Ci i nie beda robic w koncu problemow Twojemu zwiazkowi. Przeciez Oni Ci partnera zyciowego nie moga wybierac. To nie sredniowiecze, ze przyprowadza CI Kawalera do domu ktory ich zdaniem bedzie Ciebie godny, a Ty potulnie zaakceptujesz ich wybor
A z tego co piszesz nadal twierdze, ze ten chlopak jest bardzo dojrzaly, zaradny i naprawde mu na Tobie zalezy. A o to, ze ''Cie obgadal'' przestan sie czepiac bo tak naprawde sama zawinilas i wiesz o tym. A on nie mial zlych intencji, szukal poprostu rozwiazania problemow. I prezestan sluch ''co ludzie gadaja''. Plotkuja i beda plotkowac a prawdy od nich sie nie dowiesz, zaufaj swojemu Chlopakowi i zacznij myslec o przyszlosci. Czas i pora wyfrunac z gniazda Rodzicow :)Pozdrawiam i mam nadzieje, ze wezmiesz swoje zycie w swoje rece ![]()
Helen, jestem matką dorosłych dzieci, o kilka lat starszych od Ciebie. Powiem Ci co dla mnie jako matki było najtrudniejsze. Najtrudniej mi było, gdy mój dorosły syn siedział w domu, nie pracował, bo nie mógł się pogodzić z brakiem pracy dla leśników, kontestował rzeczywistość i we wszystkich zyciowych sprawach zależał ode mnie. Pytał ciągle co ma robić, nadmiernie liczył się z moim zdaniem, choć miał lat 26! Wreszcie gdy się otrząsnął, zrobił parę kursów, poszedł do pracy, uniezależnił się, zorganizował sobie swoje życie - mnie spadł kamień z serca.
Dla rodziców dorosłych dzieci najważniejsze jest, żeby wyfrunęły z gniazda i żyły swoim życiem! Dla normalnych rodziców, o dysfunkcyjnych nie piszę. Więc skoro jesteś DOROSŁA, zacznij żyć jak dorosła! Jestem przekonana, że gdy rodzice ZOBACZĄ Twoja dorosłość, zaakceptują ją, bo nic innego im nie pozostanie. Weź odpowiedzialność za siebie na siebie! Uniezależnij się od rodziców, zacznij na siebie zarabiać, znajdź mieszkanie, żyj jak dorosły człowiek.
I też Ci powiem, że gdyby moja 23 - letnia córka przyprowadziła do domu 18-latka, chyba bym się w czoło popukała, bo dla mnie 18-latek to chłopiec, nie mężczyzna. Chociaż wiem, że są różni 18-latkowie, mogą być też nad podziw dojrzali.
Chętnie bym to wszystko zrobiła, o czym wszyscy mówicie... Praca, wyprowadzka z domu, własne mieszkanie... Już tyle razy za to się brałam... Już raz powiedziałam, że chyba czas, bym stanęła na własne nogi i wyprowadziła się do własnego mieszkania. Z tymże moi rodzice nie chcą przyjąc do wiadomości tego, że "straciliby" jedyną córkę. Oni mają pewnosc, że ja nigdy ich nie "opuszczę", że nie zrobię głupstwa i nie wyprowadzę się od nich, bo przecież "masz gdzie mieszkac", "komu my damy ten dom?", "po co będziesz tułała się po świecie, skoro masz TU dom, on jest Twój"... Z pracą to samo... Chciałam się usamodzielnic, ale "po co ci praca? przecież my dajemy ci wszystko, co potrzebujesz, a ty zajmij się studiami. Jeszcze w swoim życiu wystarczająco się napracujesz. A tymczasem ciesz się jeszcze wolnością. My wszystko ci damy"... I tak to właśnie wygląda - ja chcę zacząc życ własnym życiem, ale z rodzicami łączy mnie specyficzna więź. Boję się ich zranic. A wiem, że jeśli się od nich wyprowadzę, poczują się opuszczeni, zdradzeni, oszukani i wystawieni przez własne dziecko... Wiem, jak to brzmi... Ale tak właśnie wygląda PRAWDA. Nie chodzi o to, że to JA jestem niedojdą, osobą nie potrafiącą poradzic z własnym życiem. Nie chcę ich po prostu skrzywdzic. Wiem, że oni chcą dla mnie jak najlepiej i poniekąd rozumiem ich strach / oburzenie, że zamierzam związac się z młodszym, ich zdaniem nieodpowiedzialnym młokosem. Tak nie jest. Jednak oni do wiadomości tego nie przyjmują. Nie chcę się im "stawiac". Nie tędy droga przecież, żeby po złości stawiac na swoim (chociaż oni nie mają oporów przed stawianiem na swoim po złości...
). Póki co, nie widzę z tej sytuacji bardziej racjonalnego wyjścia niż takie, że chwilowo będziemy się "ukrywac", aż opadną emocje i wszyscy nabiorą do tego dystansu. A kiedy "przyjdzie co do czego", podejmiemy dalszy ciąg tego tematu... Póki co liczy się jedno - jesteśmy razem szczęśliwi. Jak jeszcze nigdy. Bardzo zbliżyła nas ta "sytuacja", ta groźba rozstania i oboje coś zrozumieliśmy, obojgu coś się wyjaśniło - chcemy ze sobą byc, kochamy się i świata poza sobą nie widzimy. Nie wyobrażamy sobie życia bez siebie, z innymi partnerami. To dla nas obojga nie do przyjęcia. Czegóż chciec zatem więcej...?
Kochana, ale przeciez kiedys i Twoich rodzicow zabraknie, wiec dobrze, gdybys zaczela juz pracowac, usamodzielniac sie. Wiem, ze to trudne, dla mnie np z lenistwa hehe, ale naprawde warto. Po tym moze byc tylko gorzej. Oni byc moze beda chcieli zawsze utrzymywac Cie i zebys z nimi mieszkala, ale co , zrezygnujesz wtedy z milosci ? Wielu rodzicow cierpi, gdy jedyne dziecko opuszcza dom, ale w koncu przyzwyczaja sie do tego, mozna ich odwiedzac, pokazywac, ze na nich nam zalezy. Dlatego moim zdaniem Twoje kroki do usamodzielniania sie bylyby dobrymi krokami, tylko masz ciagle ten niepotrzebny krok przed zranieniem ich, ale musisz to opanowac, bo przez to mozesz zaprzepascic Twoj zwiazek i jego, i Twoja przyszlosc.
truskaweczka19, jest dokładnie tak jak mówisz - moi rodzice pewni są tego, że będę ZAWSZE z nimi mieszkała, bo ze względu na to, że jestem ich jedynym dzieckiem, to mnie chcą przepisac dom... Nie wyobrażają sobie mojej wyprowadzki. Traktują to jako fanaberię i jest to dla nich jednoznaczne ze zdradą, niewdzięcznością i nie liczeniem się z nimi. Mama jeszcze mnie jakoś rozumie, ale tata... tata czeka na "przeprosiny" za te całe 2 lata związku z moim chłopakiem, z którym spotykałam się pomimo jego kategorycznego sprzeciwu... I jeszcze za to mam przeprosic, że jestem tak bardzo głupia, że mimo widocznych kwestii w zachowaniu mojego chłopaka, które świadczą o jego nieuczciwości i braku należytych uczuc wobec mnie, ja chcę mu wybaczyc i nadal z nim byc, a przez to wystawiac siebie i moich rodziców na pośmiewisko całej wsi...
czasem czuję się, jakbym miała 15 lat... Z jednej strony potrafię zrozumiec moich rodziców, że martwią się o mnie i moje życie, chcą dla mnie jak najlepiej, chcą przestrzec mnie przed błędami, których mogę żałowac potem całe życie. Chcą mnie uchronic przede wszystkim przed zdradą przez mojego młodszego chłopaka, który ich zdaniem w końcu kiedyś się mną znudzi i zostawi mnie dla młodszej, a poza tym chcą uchronic mnie przed spędzeniem życia z człowiekiem, który już teraz mnie nie szanuje, "wyrzuca mi" od jedynaczek, mówi o moich prywatnych sprawach kumplowi, wyśmiewa się z nim ze mnie tak, że już osoby trzecie o tym donoszą... Ja wiem, że dla niejednej dziewczyny to by były wystarczające powody, by zakończyc tę "znajomosc"... Ja jednak wciąż wierzę, że on mnie już nigdy nie okłamie - tak jak mi teraz przyrzeka...
Jednak rodzice, ich zdanie i nastawienie do mojej osoby są dla mnie niezwykle ważne. Nie chcę im robic przykrości, ani też przynosic wstydu. Chciałabym, by wszystko co zrobię przynosiło im dumę. Gryzie mnie to, że jestem wobec nich nieuczciwa, że ich okłamuję mimo wszystko spotykając się z moim chłopakiem, że poniekąd zdradziłam ich wybierając jego, a nie licząc się z ich zdaniem. Pochodzę z rodziny wierzącej i kolejnym problemem jest też to, że "nie zastosowałam się" do ogólnych zasad życia chrześcijańskiego i współżyję przed ślubem... Rodzice bardzo przykładają wagę do TYCH właśnie rzeczy. I strasznie gryzie mnie sumienie, że AŻ TAK odstąpiłam od ich wychowania i robię po swojemu. Najgorsze jest to, że oni nigdy by się tego nie domyślili, a ja łżę im w żywe oczy... Żyję jakby w dwóch światach i nie umiem ich ujednolicic... Wolałabym stworzyc sobie jeden stały świat, ale teraz jest to dla mnie wręcz niemożliwe. Nie mogę teraz przyznac, że ten związek nadal istnieje, nie mogę szczerze z nimi porozmawiac, bo ojciec nadal się do mnie nie odzywa, a kiedy okaże się, że kłamałam, że zerwaliśmy, będzie jeszcze gorzej... Już sama się w tym wszystkim gubię ![]()
Helen, współczuję Ci, to trudna dla Ciebie sytuacja. Rodzice mają nad Tobą władzę, a Ty mimo, że masz 23 lata, jesteś dorosła, to w srodku nadal czujesz sie jakbyś miała lat 15. Nie chce Cie martwić, ale żaden chłopak może nie zadowolić rodziców, ani ten, ani inny. Bo oni nie wyobrażają sobie, żebys kiedykolwiek od nich odeszła, chcą Cię miec dla siebie. Martwisz sie o rodziców, ale zupełnie niepotrzebnie. naprawdę nic im sie nie stanie, jeśli przetniesz pępowinę. Może bedzie trochę krzyków i płaczu, ale od tego sie nie umiera. Dzieci nie wychowuję się DLA SIEBIE! Wychowuje się je dla świata i innych ludzi. Taka jest kolej rzeczy. Rodzice nie przyjmują tego do wiadomości, ale Ty to przyjmij. Masz prawo życ tak jak chcesz, bo to jest TWOJE życie, a nie zycie taty czy mamy. Więc życze Ci odwagi Helen! Zacznij uwalniać się z więzów, nie czekaj, bo ockniesz sie kiedyś jako 40-latka nie umiejąca funkcjonować bez taty i mamy.
To co robi Twój tata, nieodzywając się do Ciebie, to szantaż emocjonalny, po to by wywołać w Tobie poczucie winy, co się zresztą udaje. Twoje poczucie winy to smycz na której jestes trzymana przez rodziców. Czujesz się winna z powodu chłopaka i z powodu łamania norm, które wyznają rodzice. Nic nie mam do tych zasad, oprócz tego, że to są ich zasady. Córka niekoniecznie musi mieć taki sam stosunek do przedmałżeńskiego współżycia. Helen, uwierz w to, że możesz mieć inne niż Twoi rodzice podejście do tej sprawy i do spraw innych i wcale nie oznacza to, że ich zdradzasz! Kochasz ich, sa dla Ciebie ważni, ale jesteś odrębnym człowiekiem, który ma do przeżycia swoje życie.
pozdrawiam.
Dokladnie Maren7, sama bym tego lepiej nie ujela, Helen uzaleznilas sie od nich, musisz teraz przeciac pepowine, bo inaczej nigdy nie bedziesz z zadnym chlopakiem, tylko z nimi, samotna.
Dokladnie Maren7, sama bym tego lepiej nie ujela, Helen uzaleznilas sie od nich, musisz teraz przeciac pepowine, bo inaczej nigdy nie bedziesz z zadnym chlopakiem, tylko z nimi, samotna.
Uzależniłaś... Nie ujęłabym tego w ten sposób. Ja po prostu nie chcę się im jawnie sprzeciwiac. Boję się ich złości i zranienia. A przede wszystkim zranienia...
truskaweczka19 napisał/a:Dokladnie Maren7, sama bym tego lepiej nie ujela, Helen uzaleznilas sie od nich, musisz teraz przeciac pepowine, bo inaczej nigdy nie bedziesz z zadnym chlopakiem, tylko z nimi, samotna.
Uzależniłaś... Nie ujęłabym tego w ten sposób. Ja po prostu nie chcę się im jawnie sprzeciwiac. Boję się ich złości i zranienia. A przede wszystkim zranienia...
Wiesz, ja tez nie lubie niczego tak nazywac, ale wiesz. Po prostu najzdrowsza relacja, to gdy rodzice akceptuja wybory dzieci, nawet jesli z nimi nie zgadzaja sie i rozumieja pewne sprawy, a dzieci zaczynaja zyc na wlasny rachunek. A Ty po prostu z tego, ze boisz sie ich zranic w pewien sposob uzaleznilas sie od nich, poniewaz potrafisz nawet dla nich zrezygnowac ze swojego szczescia i zyc z nimi, podczas, gdybys nie byla, to probowalabys sie uniezaleznic, walczylabys o swoje szczescie, bo wiedzialabys, ze rodzice nie maja prawa tak Cie traktowac, bo nie maja. Ja czuje, ze z moimi rodzicami moglabym zyc dlugo i nawet na ich utrzymaniu gbdyby bardzo chcieli, ale i tak w koncu chcialbym wyprowadzic sie i zrobilabym to, mimo ze lenistwo moje mogloby to opoznic ;O
Biorę też pod uwagę fakt, że może się kiedyś okazac, że rodzice mieli jednak rację w swoim sprzeciwie... Ojciec już raz sprzeciwił się mojemu dawnemu "wybrankowi", bo był dużo ode mnie starszy i jestem mu dziś za to wdzięczna, bo nie poznałabym mojego dzisiejszego chłopaka. Chociaż forma jego sprzeciwu pozostawiała wiele do życzenia i mam o to do taty żal - że przez ponad 2 miesiące traktował mnie jak powietrze. W końcu wszystko skończyło się pozytywnie, ale te negatywne uczucia, które towarzyszyły mi w tamtym czasie - to uczucie odrzucenia, traktowania jak powietrze przez własnego ojca odbiło się na moim zarówno wcześniejszym jak i teraźniejszym życiu. A teraz te wszystkie traumatyczne uczucia wracają. Historia znów zatoczyła koło.
Poczekam jeszcze jakiś czas, aż sprawa ucichnie i wszyscy nabiorą do niej dystansu. A dopiero później zdobędę się na rozmowę z nimi. Zresztą, namówię też do niej mojego chłopaka - w końcu to on "nadwątlił" zaufanie rodziców do niego i prawdziwości jego uczuc do mnie ![]()
Biorę też pod uwagę fakt, że może się kiedyś okazac, że rodzice mieli jednak rację w swoim sprzeciwie... Ojciec już raz sprzeciwił się mojemu dawnemu "wybrankowi", bo był dużo ode mnie starszy i jestem mu dziś za to wdzięczna, bo nie poznałabym mojego dzisiejszego chłopaka. Chociaż forma jego sprzeciwu pozostawiała wiele do życzenia i mam o to do taty żal - że przez ponad 2 miesiące traktował mnie jak powietrze. W końcu wszystko skończyło się pozytywnie, ale te negatywne uczucia, które towarzyszyły mi w tamtym czasie - to uczucie odrzucenia, traktowania jak powietrze przez własnego ojca odbiło się na moim zarówno wcześniejszym jak i teraźniejszym życiu. A teraz te wszystkie traumatyczne uczucia wracają. Historia znów zatoczyła koło.
Poczekam jeszcze jakiś czas, aż sprawa ucichnie i wszyscy nabiorą do niej dystansu. A dopiero później zdobędę się na rozmowę z nimi. Zresztą, namówię też do niej mojego chłopaka - w końcu to on "nadwątlił" zaufanie rodziców do niego i prawdziwości jego uczuc do mnie
Dobrze Heln, ciesze sie, ze bedziesz walczyc o swoje szczescie i ciesze sie, ze na swojej drodze spotkalas kogos na kim Ci zalezy.
Powiedz mi tylko, gdy bylas z tym starszym chlopakiem, to czy rodzice mieli prawo byc niemu przeciwni czy w ogole ?
Był dużo starszy. Byłam już wtedy po maturze, w zasadzie jedną nogą już na studiach, jednak formalnie jeszcze był moim nauczycielem... Więc nie dosc, że był 12 lat starszy i pewnie to ja bym się nim znudziła, to jeszcze nie daj Boże wywołałabym skandal
on potem zaczął się z tego wycofywac, ale sądzę, że gdybym nie zaczęła mu mówic o nastawieniu ojca do całej "naszej sprawy", to nie przestraszyłby się. Sądzę, że nie chciał robic sobie problemów i wchodzic w takie problematyczne relacje rodzinne. Mój młody wiek nie był dla niego przeszkodą, bo z tego co wiem, ma teraz dziewczynę 13 lat młodszą i jest z nią szczęśliwy. Więc twierdzę, że się przestraszył.
Cóż, rodziców mam jednych i nie chcę ich zawiesc, choc wiem, że już to pewnie zrobiłam wielokrotnie...
Był dużo starszy. Byłam już wtedy po maturze, w zasadzie jedną nogą już na studiach, jednak formalnie jeszcze był moim nauczycielem... Więc nie dosc, że był 12 lat starszy i pewnie to ja bym się nim znudziła, to jeszcze nie daj Boże wywołałabym skandal
on potem zaczął się z tego wycofywac, ale sądzę, że gdybym nie zaczęła mu mówic o nastawieniu ojca do całej "naszej sprawy", to nie przestraszyłby się. Sądzę, że nie chciał robic sobie problemów i wchodzic w takie problematyczne relacje rodzinne. Mój młody wiek nie był dla niego przeszkodą, bo z tego co wiem, ma teraz dziewczynę 13 lat młodszą i jest z nią szczęśliwy. Więc twierdzę, że się przestraszył.
Cóż, rodziców mam jednych i nie chcę ich zawiesc, choc wiem, że już to pewnie zrobiłam wielokrotnie...
No czyli jednym slowem pewnie bali sie plotek.. jak to na wsi. Heh. Najlepiej to chyba jak bys w miescie mieszkala
Wiesz co, nie dziw sie, jesli zaczal sie wycofywac, jesli np widzial, ze Twoi rodzice nie ustapia, a zauwazyl, ze Ty jestes im tak posluszna, ze pewnie nic by z tego nie bylo. Tak naprawde Twoi rodzice nie mieli prawa go oceniac, martwic sie tak, ale jak dla mnie w ogole w wiekszosci zakazy rodzicielskie to glupota, a w wiekszosci przypadkow jeszcze bardziej nakrecaja by cos zrobic
Lepsza jest delikatna rozmowa i odpowiednie argumenty.
Wiem, ze rodzicow masz jednych, ale chyba nie chcesz mieszkac z nimi wiecznie , bez meza, bo akurat np odrzuca kazdego Twojego adoratora ? No wlasnie. Moim zdaniem rodzice powinni byc najwazniejsi, ale to gdy jest sie dzieckiem nastolatkiem, potem w Twoim doroslym wieku, owszem powinni nadal byc wazni, ale najwazniejszy powinien byc Twoj przyszly maz, ten ktorego pokochasz calym sercem. No bo odwroc role i pomysl jakbys sie czula, gdyby Twoj chlopak zawsze sluchal sie zdania rodzicow, a Twoje byloby drugoplanowe ? Chyba nie czulabys sie najwazniejsza ? No wlasnie.. Dajmy na to, nawet doszloby do slubu, on bylby Twoim mezem, ale ciagle radzisz sie rodzicow, zamiast meza. Czy tak powinno byc w malzenstwie ? Chyba nie. Dlatego powinnas wlasnie przeciac te pepowine i zaczac zyc swoim zyciem, zrozumiec, ze masz do tego pelne prawo. Dopiero wtedy stworzysz szczesliwy zwiazek, a potem malzenstwo i bedziesz szczesliwa. A teraz tylko caly czas przejmujesz sie czy czyms ich nie urazilasi jestes niczym w prozni.
A teraz tylko caly czas przejmujesz sie czy czyms ich nie urazilasi jestes niczym w prozni.
Doooooookłaaaaadnieeee ;( tylko wiesz, ja nawet nie wiem, od czego zacząc, żeby się z tej próźni wydostac. Jeśli teraz się przyznam, że jednak ich okłamałam, że z nim zerwałam, to ja nie wiem, co się będzie działo... a raczej wiem - apokalipsa - tak jak to tatuś potrafi ;(
Wiem, że taka rozmowa z nimi jest nieunikniona... ale sądzę, że to jeszcze nie teraz. To musi ucichnąc...
Nie chcę, żebyście teraz myśleli, że mam rodziców - tyranów! Nic z tych rzeczy! Zawsze miałam z nimi znakomity kontakt, ale zawsze kiedy chodziło o moje wybory partnerów - kończyło się to co najmniej kłótnią. Doskonale wiem, że oni to robią wszystko dla mnie. Żebym była szczęśliwa i nie pakowała się w problemy. A oni czują, że jeśli ich nie posłucham i nie zerwę z moim G., to tak właśnie będzie - nie będę przez niego szanowana, a kiedyś również mnie porzuci dla młodszej. I wtedy do kogo przyjdę? Oczywiście do moich rodziców. Tak wygląda ich scenariusz.
35 2011-03-05 22:16:14 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2011-03-05 22:17:34)
Rozumiem. Jesli chcesz rozegrac to tak strategicznie, to moim zdaniem po prostu za jakis czas powiedz im, ze przemyslalas wszystko i jednak postanowilas do niego wrocic, bo w koncu kazdy popelnia bledy i kochacie sie, jak chcesz, to niech i on wtedy z nimi pogada, przyniesie kwiaty, zrobi dobre wrazenie hehe
Byc moze.. byc moze wtedy zmiekna.
Jezeli nadal nie zmiekna, to i tak ja bym obstawala przy swoim... bo moim zdaniem, to wtedy nadal bedzie dowod, ze no dobra i martwia sie, ale przede wszystkim mysla o tym, by nie zostac samymi i dlatego nie akceptuja zadnego Twojego adoratora i trzymaja Cie pod kloszem. Uwierz, rozumiem, ze kochasz swoich rodzicow, ale musisz uswiadomic sobie, ze to jak Ciebie traktuja to jest chore, dlatego jezeli nadal bedziesz postepowac tak jak teraz, to oni nigdy nie zmienia postepowania, a jesli powiesz im twardo czego chcesz, to moim zdaniem jest duza szansa, ze zmienia zdanie, troche sie zmienia, a chyba tego chcesz ?
No wlasnie.. ![]()
co do seksu przed slubem, to tez masz prawo zyc jak chcesz. To nie jest brudne, jesli robisz to z kims kogo kochasz,jest to przemyslane
Ok, Twoi rodzice woleli czekac do slubu i maja zasady takie , to ok, ale Ty masz prawo miec wlasne zdanie. Jestes osoba o wlasnych pogladach, ktore nie zawsze musza kolerowac z pogladami Twoich rodzicow. Wychowali Cie i za to nalezy im sie wdziecznosc, ale nie posluszenstwo w kazdej sprawie.
Rozumiem. Jesli chcesz rozegrac to tak strategicznie, to moim zdaniem po prostu za jakis czas powiedz im, ze przemyslalas wszystko i jednak postanowilas do niego wrocic, bo w koncu kazdy popelnia bledy i kochacie sie, jak chcesz, to niech i on wtedy z nimi pogada, przyniesie kwiaty, zrobi dobre wrazenie hehe
Byc moze.. byc moze wtedy zmiekna.
Tak właśnie myślałam, żeby w ten sposób to rozegrac... Przecież jeśli on przyjdzie i szczerze się przed nimi "zdeklaruje" co do mnie, to przecież musi ich to ruszyc... Z innej strony myślałam, czy nie lepiej byłoby poprzedzic jego wizytę u mnie w domu jego listem do rodziców, gdzie wszystko by wyjaśnił...? Chociaż rozmowa 'face to face' powinna przyniesc konkretniejsze rezultaty...
tylko pytanie - czy ja powinnam byc obecna przy ich rozmowie, czy wybyc gdzieś, że niby nic nie wiedziałam o zamiarach mojego faceta? <mysli>
truskaweczka19 napisał/a:Rozumiem. Jesli chcesz rozegrac to tak strategicznie, to moim zdaniem po prostu za jakis czas powiedz im, ze przemyslalas wszystko i jednak postanowilas do niego wrocic, bo w koncu kazdy popelnia bledy i kochacie sie, jak chcesz, to niech i on wtedy z nimi pogada, przyniesie kwiaty, zrobi dobre wrazenie hehe
Byc moze.. byc moze wtedy zmiekna.
Tak właśnie myślałam, żeby w ten sposób to rozegrac... Przecież jeśli on przyjdzie i szczerze się przed nimi "zdeklaruje" co do mnie, to przecież musi ich to ruszyc... Z innej strony myślałam, czy nie lepiej byłoby poprzedzic jego wizytę u mnie w domu jego listem do rodziców, gdzie wszystko by wyjaśnił...? Chociaż rozmowa 'face to face' powinna przyniesc konkretniejsze rezultaty...
tylko pytanie - czy ja powinnam byc obecna przy ich rozmowie, czy wybyc gdzieś, że niby nic nie wiedziałam o zamiarach mojego faceta? <mysli>
No wiesz, lepiej chyba face to face, tak sobie mysle, zebys moze wtedy gdzies poszla, zeby to bylo, ze takie z jego inicjatywy, to predzej cos ruszy.
Też mi się tak wydaje, żeby nie było, że to ja go na to namówiłam. Może wtedy docenią, że zdobył się na odwagę, by poważnie z nimi porozmawiac i byc może uwierzą, że naprawdę mu na mnie zależy, a tamtych złych rzeczy ze szczerego serca żałuje. Może to i dobry pomysł. Choc jemu bardzo zależy, żebym przy nim była, bo twierdzi, że beze mnie sobie przed nimi nie poradzi, że będzie mnie wtedy potrzebował bardzo... Ale tak jak mówisz - lepiej by było, gdyby pogadał sam. Nie wiem, jak go do tego przekonac. Już teraz mi go szkoda... ![]()
Też mi się tak wydaje, żeby nie było, że to ja go na to namówiłam. Może wtedy docenią, że zdobył się na odwagę, by poważnie z nimi porozmawiac i byc może uwierzą, że naprawdę mu na mnie zależy, a tamtych złych rzeczy ze szczerego serca żałuje. Może to i dobry pomysł. Choc jemu bardzo zależy, żebym przy nim była, bo twierdzi, że beze mnie sobie przed nimi nie poradzi, że będzie mnie wtedy potrzebował bardzo... Ale tak jak mówisz - lepiej by było, gdyby pogadał sam. Nie wiem, jak go do tego przekonac. Już teraz mi go szkoda...
Pociesz go jakos
Rozumiem, ze nie bedzie mu latwo, boi sie ich hehehe
No, ale pewnie uda Ci sie go jakos namowic i znajdzie w sobie odwage, by z nimi tak sam na sam pogadac ![]()
Teraz mama zmusiła mnie do rozmowy i przyznałam, że go kocham... że wart jest jeszcze jednej szansy... że mam 23 lata i przecież muszę zacząc sama decydowac o własnym życiu... Że nie mogą oczekiwac ode mnie, że będę zawsze robiła, co oni uznają dla mnie za słuszne i właściwe... A mama, że jak ja mogę byc z kimś, kto tak bardzo mnie obraził, wyzwał od rozpieszczonych jedynaczek, gadał o mnie z kumplem i wyśmiał mnie...
że jestem ślepa i niemądra, jeśli mu wybaczyłam i nadal myślę o przyszłości z nim... Że oni się o mnie boją, bo ja jestem ślepo w niego zapatrzona i wybaczę mu każde świństwo, że nie mam godności i jestem niebezpieczna sama dla siebie... ;( ;( ;( a jutro mam pogadac z ojcem, bo on czeka aż przyjdę do niego "wyjaśnic sprawę"!!! Przecież to on przestał się do mnie odzywac!!! To on mnie odrzucił i traktuje mnie jak powietrze!!! A teraz jeszcze ja mam na kolanach do niego podchodzic!!! Bo co?! Bo jestem młodsza?! To on się do mnie nie odzywa!!! Ja nic nikomu nie zrobiłam! Ja tylko chcę wybaczyc mojemu chłopakowi, bo wierzę w jego zmianę. Bo go kocham... Tylko że wszyscy wszystko lepiej ode mnie wiedzą, co ja powinnam a czego nie powinnam robic! OK, pogadam jutro z ojcem, jeśli zechce mnie wysłuchac i powiem mu wszystko jak jest. Ale cokolwiek nie powie, to i tak nie zerwę z moim chłopakiem.
Boję się ;(
Helen22, jestem z Ciebie taka dumna
Wierze, ze nie bylo latwo, ale zachowalas sie wedlug mnie wspaniale i dobrze powiedzialas. Na poczatku w temacie wydawalas sie taka zalekniona, ze myslalam, ze nie zdecydujesz sie na to, ze zrezygnujesz z chlopaka, ale jednak widze, ze znalazlas sobie w sile, zeby wlaczyc o to uczucie i ciesze sie, ze nie zerwiesz z nim. W koncu my na forum jestesmy raczej obiektywne i chyba nawet wszyscy w tym temacie pisali, bys moze dala szanse
Zycze powodzenia i buziaki ![]()
Cóż. Postawiłam na swoim. Rozmawiałam (a raczej prowadziłam monolog) z tatą i jest jeszcze gorzej niż przedtem. "Chcesz mi powiedziec, że wszystko jest po staremu?! Nie mamy już wspólnych tematów. Nie mamy o czym gadac. Daj mi spokój". Tak właśnie skończyło się moje "postawienie na swoim". I nie wiem, czy mam szukac mieszkania już teraz, czy dopiero jutro ![]()
Mama powiedziała, jak taki ktoś, kto mnie tak bardzo zranił, może zasługiwac na jakąś drugą szansę! I żeby wart był nawet skłócenia z rodziną! Nie... ja nie chcę kłócic się z rodziną
ale moja rodzina nie rozumie, że ja tylko z tym chłopakiem mogę byc szczęśliwa i to właśnie jemu chcę dac szansę
ojciec odrzucił mnie już całkowicie...
nie wiem, co mam zrobic, jak sobie poradzic z tym wszystkim, z tym całym ciężarem, ale wiem, że nie mogę zerwac. Za bardzo go kocham... Jestem już naprawdę na skraju wyczerpania nerwowego... ![]()
Cóż. Postawiłam na swoim. Rozmawiałam (a raczej prowadziłam monolog) z tatą i jest jeszcze gorzej niż przedtem. "Chcesz mi powiedziec, że wszystko jest po staremu?! Nie mamy już wspólnych tematów. Nie mamy o czym gadac. Daj mi spokój". Tak właśnie skończyło się moje "postawienie na swoim". I nie wiem, czy mam szukac mieszkania już teraz, czy dopiero jutro
Mama powiedziała, jak taki ktoś, kto mnie tak bardzo zranił, może zasługiwac na jakąś drugą szansę! I żeby wart był nawet skłócenia z rodziną! Nie... ja nie chcę kłócic się z rodzinąale moja rodzina nie rozumie, że ja tylko z tym chłopakiem mogę byc szczęśliwa i to właśnie jemu chcę dac szansę
ojciec odrzucił mnie już całkowicie...
nie wiem, co mam zrobic, jak sobie poradzic z tym wszystkim, z tym całym ciężarem, ale wiem, że nie mogę zerwac. Za bardzo go kocham... Jestem już naprawdę na skraju wyczerpania nerwowego...
Kurcze, straszne. Oni nawet uwazali, ze on w ogole nie powinien z Toba byc, wiec raczej bez znaczenia jest to, co zrobil, heh. Mysle, ze zrobilas juz duzy krok, po prostu zacznij sie dalej usamodzielniac, znalezienie pracy itp, a chlopakowi wlasnie daj szanse, mam nadzieje, ze i z rodzicami sie unormuje, choc wiadomo - nie jest to pewne.
Nie unormowało. Ojciec wyrzucił mnie z domu.
Nie unormowało. Ojciec wyrzucił mnie z domu.
Gdzie teraz zamieszkasz ? Masz mozliwosc u chlopaka czy nie bardzo ?
Mam możliwosc. Mama wkroczyła w akcję i powiedziała, że to jej dom i nigdzie się stąd nie ruszę, że ona mi zabrania się wynosic. A jeśli tak bardzo chcę byc z tym chłopakiem, to dopiero wtedy mogę się wyprowadzic, jak będziemy chcieli się pobrac, bo oni nie chcą go widziec w swoim domu. Póki co - mam gdzie spac dzięki mamie. Strasznie płakała i rozpaczała, mówiła, że chyba zaraz jej się coś stanie. Bardzo się wystraszyłam i tylko i wyłącznie dla niej zostałam, choc chłopak już po mnie jechał, żeby mnie zabrac z tobołami do siebie. Nie wiem, co przyniesie jutro, czy ojciec, który "już nie ma córki", nie będzie próbował jutro znowu mnie wyganiac, dlatego nawet nie rozpakowuję toreb.
Tak właśnie skończyło się "branie życia we własne ręce" i "stawianie na swoim", bo jestem dorosła. "Wyp...alaj z domu".
47 2011-03-06 23:32:06 Ostatnio edytowany przez truskaweczka19 (2011-03-06 23:34:05)
Rozumiem, pytam bo roznie to bywa, jakbym ja byla w takiej sytuacji, to u chlopaka bym niestety nie mogla z pewnych wzgledow, ale jakos bym dala RADE, CHYBA ;P
Helen, mam nadzieje, ze nie jestes zla o moja rade. Zrozum, po prostu Twoj tata przesadza i to bardzo. Nie ma prawa sie tak zachowywac. No, ale nawet jesli bedziesz musiala przejsc przez pieklo z rodzina, to kiedys ucieszysz sie, ze usamodzielnilas sie i zrozumiesz, ze chyba nie bylo innego wyjscia, bo gdybys nadal byla posluszna, to pewnie wiecznie bys byla nieszczesliwa i bys postepowala tak jak oni chca, nie usamodzielnilabys sie. Wiem, ze Ci ciezko, wiem, ale zycze Ci sily , wytrwalosci.
Mam, co chciałam - zyskałam chłopaka, straciłam ojca.
Pytanie tylko, czy mój chłopak kiedyś mnie nie wystawi, a ja zostanę ze skłóconą rodziną. Już raz pokazał, że potrafi zranic i to do żywego... Jaka pewnosc, że nie zrobi tego raz jeszcze i jeszcze i jeszcze? Ufam w jego zapewnienia... ale czy dotrzyma? ![]()
Rozumiem Twoj lek, boisz sie, ze zostawi i zostaniesz sama. Pewnie wiele osob na Twoim miejscu wlasnie z tego powodu zdecydowaloby sie "postawic" rodzicom dopiero, gdyby czuli pewnosc, ze chlopak nie zawiedzie, bo inaczej baliby sie ryzyka, ze straca wszystko, gdy zbuntuja sie. Chociaz przeciez tak naprawde to nigdy nie ma gwarancji. Owszem, moglas czekac na te pewnosc, ze chlopak Cie nie zawiedzie, na cos z jego strony co by Ci to udowodnilo, ale i tak uwazam, ze dobrze zrobilas. Kazdy zasluguje na druga szanse i mam nadzieje, ze z czasem wszystko sie ulozy. Nie wolno tracic nadziei.
Rozumiem Twoj lek, boisz sie, ze zostawi i zostaniesz sama. Pewnie wiele osob na Twoim miejscu wlasnie z tego powodu zdecydowaloby sie "postawic" rodzicom dopiero, gdyby czuli pewnosc, ze chlopak nie zawiedzie, bo inaczej baliby sie ryzyka, ze straca wszystko, gdy zbuntuja sie. Chociaz przeciez tak naprawde to nigdy nie ma gwarancji. Owszem, moglas czekac na te pewnosc, ze chlopak Cie nie zawiedzie, na cos z jego strony co by Ci to udowodnilo, ale i tak uwazam, ze dobrze zrobilas. Kazdy zasluguje na druga szanse i mam nadzieje, ze z czasem wszystko sie ulozy. Nie wolno tracic nadziei.
Minęły 3 dni, a ja się czuję jakby minęły lata... Cały czas tylko słyszę teksty typu "przebijasz głową mur", "stawiasz na swoim", "to niedorzeczna, głupia miłosc", "jesteś zaślepiona", "nie myślisz realnie", "jesteś omotana", "wszyscy się z ciebie i z nas śmieją", "wzięłaś sobie dziecko na wychowanie", "zostaw go, zerwij z nim i wszystko wróci do normy", "chcesz prowadzic z ojcem całe życie tą wojnę?! on wam nie da żadnego błogosławieństwa i na ślubie też się nie pojawi", "robisz wbrew rodzicom, a może to właśnie oni mają rację, a nie ty?" ... mam tego dosyc... Kocham go bardzo, ale widzę, że nasz związek cierpi na tym wszystkim... wprawdzie wspieramy się wzajemnie, ale ja czuję, że moja płaczliwosc i podły nastrój w końcu kiedyś znudzą mojego chłopaka, choc zarzeka się, że to nigdy nie nastąpi, że on mnie nigdy nie zostawi, zawsze będzie przy mnie i zawsze będzie mnie kochał, do końca życia... Ale to wszystko jest taaaaaakie truuudne... ;( jestem bliska szaleństwa i zrobienia sobie czegoś głupiego... ;( może wtedy ktoś zwróciłby uwagę na to, czego tak naprawdę JA pragnę... ;(
Czy ja naprawdę jestem taka głupia, ślepa, nienormalna itd, że wiążę się z takim młodym??? Może ja rzeczywiście nie potrafię "przejrzec"...? Jest tak?
No co Ty. Nie robisz nic zlego. No i moze nawet lepiej jak nic sie nie zmieni wkrotce, bys zamieszkala z chlopakeim w miare mozliwosci czy nawet gdzies indziej jesli masz mozliwosc - by rodzice nie wykonczyli Cie psychicznie. Mysle, ze tak bym na Twoi miejscu zrobila, choc osobiscie tak nie mam ,czasem rodzice cos palna glupiego, ale nie ograniczaja mnie, a i nie mam jak jeszcze od nich jak sie wyprowadzic, nie stac mnie na to ; P
To straszne co robia Twoi rodzice, sama nie wiem co powiedziec, chyba musisz po prostu przez to przejsc, a wierze, ze bedziesz z chlopakiem szczesliwa, widac, ze wspiera Cie.
Tylko gdzie ja skończę, jeśli całe życie będę prowadziła wojnę z własnym ojcem...
ja tak nie chcę ani nie chciałam. Nie tak to miało się potoczyc. Nikomu nie robiłam ani nie robię na złosc. Nikogo nie chciałam ani nie chcę skrzywdzic... To "odrzucenie" przez ojca tłumaczone jest jego troską o mnie, że mam w końcu "otrzeźwiec" i wyleczyc się z tej chorej, toksycznej miłości. Że mam rzucic chłopaka, który rani mnie już teraz. Że nie mam byc taka głupia. Dzień w dzień jest mi to przez mamę tuplikowane, dzień w dzień słyszę tylko "rozwiązanie jest proste: zerwij, a wszystko wróci do normy", dla ojca w ogóle nie istnieję, tak jakby mnie w domu nie było. Chciałam już napisac im list, że muszę odpocząc i wyjeżdżam na parę dni do koleżanki, ale czuję, że tylko pogorszę tym sprawę i spalę za sobą mosty... Chłopak namawia mnie, żebym zamieszkała z nim i z jego rodzicami, ale... ja przecież nie mogę tego zrobic... wtedy będzie jeszcze gorzej... przedwczoraj wysłałam 12 podań o pracę i jak do tej pory - żadnego odzewu... Więc jak ja mam wyprowadzac się z domu nie mając grosza przy duszy...?
poza tym, tak bardzo chciałabym, żeby wszystko było jak kiedyś...
żeby rodzice kochali mnie tak samo jak kiedyś, żebyśmy mieli takie super relacje jak kiedyś... Ale wiem, że jedynym na to warunkiem jest zerwanie z moim chłopakiem...
nie wyobrażam sobie życia zarówno bez kontaktu z ojcem, jak i bez mojego chłopaka...
obie opcje są dla mnie nie do ogarnięcia
tkwię w jakiejś malignie, w sytuacji bez wyjścia... cieszę się, kiedy przychodzi wieczór i noc, bo to oznacza, że kolejny dzień mam za sobą, mogę zostawic wszystkie troski i położyc się spac... mam sny, w których wszystko jest jak dawniej, wszystko jest w normie i spada mi głaz z serca... jednak kiedy budzę się rano, wszystko wraca ze wzmożoną siłą
przypominam sobie, jak wygląda sytuacja i nie mam nawet ochoty wstawac
ja już się wykańczam :'(
To bedzie nadal subiektywna opinia, lecz nadal sadze, ze na Twoim miejscu wybralabym swojego faceta, choc oczywiscie nie mam pewnosci, bo nie bylam w takiej sytuacji. Jednak jestem osoba, ktora wlasnie raczej w takich kwestiach slucha glosu swego serca, a nie tego co mowia rodzice, bo chce podejmowac samodzielne decyzje. A Ty sama to przemysl, cos wybrac trzeba, Twoi rodzice strasznie postepuja, tyle moge powiedziec, nie daja Ci zyc, rania Cie, moze nieswiadomie, ale rania.