Witam, drogie Panie. Jestem już chyba na tyle wściekly i zdesperowany, że zajrze tutaj i opiszę mój problem. Mam szczerą nadzieję, że trochę mi pomożecie, jako przedstawicielki płci pięknej i powiecie co się kryje w głowie ów kobiety.
Poznałem ze 2 miesiące temu świetną dziewczynę. Od razu poczuliśmy jakąś miętę w stosunku do siebie i już kilka dni później wylądowaliśmy na wspólnym browarku. Rozmowa genialna, babka mądra, bystra, inteligentna tylko w jakiś sposób jednak skrzywiona. 4 miesiące temu rozstała się z facetem, z którym była, zdaje się, prawie 5 lat. Zaiskrzyło między nami, zaczęliśmy się spotykać, buziaki na każdym kroku, kilka dni temu nawet się puknęliśmy. Początkowo właśnie wszystko rozwijało się na zasadzie kolega - koleżanka, chociaż już samo chodzenie za rękę czy wspomniane buziaki dawały mi sporo do myślenia na temat jej relacji w stosunku do mnie i wszystkich dawanych przez nią znaków. Po tym bzykaniu, oboje swierdziliśmy, że przekroczyliśmy pewnego rodzaju granicę i czas najwyższy pogadać o naszych relacach w stosunku do siebie. No i dupa. Mówiła, że też się strasznie zaangażowała, że nie jestem jej w żaden sposób obojętny i widzi we mnie naprawdę fajnego faceta. Problem tylko w tym, że ostatni jej chłop zniszczył ją wręcz psychicznie i nie jest w stanie znowu pozwolić sobie na zawód i nie chce się wplątać w to z czego dopiero co wyszła. I to dorosła kobieta, nie jakieś gimnazjalne, młode kusz...cze.
Teraz wygląda to tak, że mnie całego nosi. Całe dnie chodzi mi ciężkimi butami po głowie, zastanawiam się co robi, jak się czuje itd. Nie wiem właściwie jak zareagować na taką sytuację. Czegokolwiek nie zrobię i tak będzie źle. Nie odzywać się - po co? Przecież to mnie zależy, żeby jednak coś między nami zaszło. Odzywać? Katować się rozmową z nią wiedząc, że jednak jest jakiś dystans, którego na dzień dzisiejszy nie przeskoczę. Huk by to jednym słowem...
Pozdrawiam
gio