netkobietyWszystkie działy
Miłość, związki, partnerstwo

Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...

12 odpowiedzi3 439 wyświetleńzałożony przez Olinka, 11.02.2011

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 13 ]

1

Temat: Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...

Co najmniej dwa razy w ostatnim czasie spotkałam się z wypowiedziami panów ze swojego otoczenia, że każde małżeństwo po pięciu dziesięciu, piętnastu, no... przy bardzo dobrym układzie dwudziestu latach grozi niechybną porażką, pustką, wypaleniem, a co za tym idzie ogólnym niezadowoleniem ze związku.
Niektórzy tak myślący panowie (bo jestem pewna, że nasza ziemia nosi ich całkiem sporo) żenią się jednak, bo tak wypada, bo czują presję otoczenia, inni, chyba mimo wszystko wykazując się pewną dojrzałością, trwają w kawalerskim stanie, ale każdy z nich nie potrafi spojrzeć na instytucję małżeństwa jako coś, co może prowadzić do życiowej satysfakcji, zadowolenia, żeby nie wspomnieć, że i szczęścia.

A Wy, drogie panie/panowie, co o tym sądzicie? Czy małżeństwo musi niechybnie skończyć się pustką i wypaleniem? Czy macie w swoim otoczeniu przedstawicieli w ten sposób myślącego ,,gatunku"? I jak sądzicie, skąd wziął się u nich ten pesymizm? Z przeszłości, obserwacji, z doświadczeń wyniesionych z domu?

Serdecznie zachęcam do dyskusji smile.

2 Ostatnio edytowany przez agau (2011-02-11 20:56:01)

Odp: Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...

Witam. Uważam, że jeśli dwoje ludzi decyduje się na małżeństwo nie z wielkiej miłości,a chwilowej słabości, ciąży, na pewno taki związek jest skazany na porażkę. Chyba nie można uogólniać, że każde małżeństwo kończy się niepowodzeniem, wydaje mi się, że zależy to od dopasowania się pod każdym względem i wtedy nie ma mowy o znudzeniu i wypaleniu.

3 Ostatnio edytowany przez falka (2011-02-11 21:03:24)

Odp: Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...

Moim zdaniem to jest jakieś strasznie głupie podejście. Bo równie dobrze po co zaczynać pracę - skoro po nastu latach dopadnie nas wypalenie zawodowe, po co mieć dzieci - skoro w okresie dojrzewania i buntu obrócą się przeciwko nam, po co dbać o zdrowie - skoro i tak kiedyś umrzemy.
Jak dla mnie to taka argumentacja pozbawiona jest sensu.

Ale uczepię się czegoś innego - tego przymusu wchodzenia w święty związek małżeński, presji społecznej czy jak to inaczej nazwać. Moim zdaniem ludzie powinni się pobierać wtedy, kiedy przyjdzie na nich czas - kiedy są pewni i czują, że to właśnie "teraz".
Ja jestem z moim partnerem prawie 3 lata, od 2 mieszkamy razem. Tak jest dobrze. Wiem, że spędzę z nim życie i się pobierzemy. Ale nie czuję jakiejś strasznej potrzeby ślubu, raczej zrobię to z wygody - dla czysto prawnych konsekwencji tej decyzji.
I uwierzcie, kiedy słyszę jego słowa "wiesz kochanie, niedługo WYPADAŁOBY zacząć wszystko planować" - z jakimkolwiek innym słowem typu "trzeba, dobrze by wyglądało" itp. - to coś się we mnie gotuje.

4

Odp: Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...

Olinko kochana, bardzo lubię Twoje posty,tylko powiedz mi, czemu mężczyźni????
A kobiety zawsze patrzą przez różowe okulary na małżeństwo???

Wiesz, w przypadku mojego związku, to ja jestem pesymistką i tą, która wszystko widzi w czarnych barwach.
Osobiście uważam,że ślub nie jest nikomu do szczęścia potrzebny. W końcu co daje ten papierek? Nic, a w razie 'W' jest tylko problemem i przeszkodą żeby się rozstać.
Jak ludzie się kochają,to co za różnica czy będą żyć na kocią łapę czy w formalnym związku???
Mnie ślub nie jest potrzebny,ale narzeczony chce,rodzina napiera i tak na prawdę to przekonałam się do ślubu ( za ponad rok będę szczęśliwą żoną).
Mnie wszystko jedno,a skoro narzeczony chce ślubu,to będzie.I ja teraz tak się napaliłam,że cieszę się jak dziecko.

Myślę,że boję się ślubu,że facet mnie zdradzi,że przestaniemy się kochać etc. Ale dlaczego?
Dlatego,że dookoła mnie NIE MA związków z których można by brać przykład.Nie ma żadnych udanych i szczęśliwych małżeństw ( chyba oprócz moich wspaniałych dziadków).
Poza tym,jak byłam mała,to mój tata bił moją mamę.Strasznie to przeżywałam,moczyłam się w łóżku chyba do 10 roku życia,a oni ze zdziwieniem pytali dlaczego się moczę.....
Poza tym nigdy jej nie szanował.Teraz może jest lepiej,ale ogólnie uważam,że ich małżeństwo to porażka i pomyłka.

Dlatego mimo,że wszystko zarezerwowane,to ja się boję ślubu,odpowiedzialności i ewen.porażki.
Ale proszę spróbujcie mnie zrozumieć.

5 Ostatnio edytowany przez słaba kobietka (2011-02-11 21:35:30)

Odp: Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...

myślę,że młodzi ludzie powinni być zewsząd-tzn.rodzice,szkoła,spotkania z psychologiem,księdzem,a przede wszystkim osobami będącymi od wielu lat w związkach małżeńskich,atakowani,bombardowani wręcz informacjami i radami dotyczącymi codzienności w związku dwóch ludzi.
uświadamianie zagrożeń,uświadamianie problemów,obrazowanie konkretnych trudnych sytuacji i dyskusja na temat sposobów wyjścia z problemów...
rozmowa o tym czego od męża będzie oczekiwała żona i jego refleksja we własnym sumieniu,czy potrafię i czy mam wolę dać jej to,czego oczekuje?
rozmowa o tym,czego od żony będzie oczekiwał mąż i jej refleksja nad tym,czy potrafi jemu to dać?
należy nauczyć młodych ludzi rozmawiać ze sobą o swoich oczekiwaniach,o uczuciach...
mamo,rozmawiaj ze swoją córką o tym,czego od kobiety potrzebuje mężczyzna i z synem o tym,czego od niego będzie chciała żona...przedstawiaj konkretne sytuacje,przykłady...mówcie o tym,co pokazuje telewizja,uczcie się trudnych rozmów...
ja nigdy nie uczę swoich dzieci,że muszą...ale,że mogą i pokazuję konsekwencje...

ludzie boją się małżeństwa,bo wokół same złe przykłady...jeśli jednak człowiek wejdzie w związek małżeński ze świadomością czekających go w nim trudności i sposobów w jakie może sobie z nimi poradzić,nie będzie się go bał...na zasadzie:wiem o tym w teorii,przećwiczę w praktyce.zrobię to z kobietą/mężczyzną,którą/którego przetestowałam i poznałam w wielu sytuacjach życiowych.kochamy się,oboje chcemy...

dodam,że mnie nigdy nikt nie pouczył co to znaczy małżeństwo/wiem tyle,ile wypraktykowałam i zaobserwowałam
jestem osobą wierzącą i bardzo podoba mi ostatni pomysł Kościoła dotyczący rozmów młodych z psychologiem,oby tego było jak najwięcej i oby jak najgłębiej poruszono istotę problemu
na temat konkubinatów mam zdanie następujące:nie oceniam,ale myślę,że oboje albo jedno z partnerów nie jest nastawione na "wziąć od partnera to co mi ofiaruje-swoje gorsze dni,żale,chorobę,łzy,problemy..."/wezmę tyle,ile uniosę,gdy będzie zbyt ciężko-odejdę,bo nie mam woli brać od partnera wszystkiego,tylko tyle,ile zechcę...bo może go nie znam dobrze?bo może znam go za dobrze?zagrożenie wynikające z konkubinatu-problemy natury prawnej,mieszkaniowej,dziedziczenia no i kwestia uregulowania spraw dotyczących dzieci
pozdrawiam serdecznie

6

Odp: Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...
Juliette napisał/a:

Olinko kochana, bardzo lubię Twoje posty,tylko powiedz mi, czemu mężczyźni????
A kobiety zawsze patrzą przez różowe okulary na małżeństwo???

Dziękuję smile.
Nie, nie tylko mężczyźni, oczywiście, że nie tylko smile. Ja po prostu nawiązałam do tego, że ostatnio zdarzyło mi się takie teorie usłyszeć właśnie od nich i stąd moje zastanowienie nad tematem i pytanie do Was. Niemniej oczywiście, że zauważam, że również grom kobiet bardzo sceptycznie podchodzi nie tylko do wszelkich stałych związków, ale i do instytucji małżeństwa jako takiej.

7

Odp: Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...
Olina napisał/a:

Niemniej oczywiście, że zauważam, że również grom kobiet bardzo sceptycznie podchodzi nie tylko do wszelkich stałych związków, ale i do instytucji małżeństwa jako takiej.

To chyba nie chodzi nawet o sceptyczne podejście do związków, a o swoisty bunt. Małżeństwo jest przedstawiane wszędzie - w rodzinie, filmach, książkach - jako "jedyna słuszna" droga życia, i bez posiadania obrączki na palcu nie ma innej możliwości osiągnięcia szczęścia.
Być może to nie jest jedyna przyczyna, ale tak to obserwuję wśród moich znajomych - podział na dwa obozy: "zostałam żoną, szczęsliwsza już nigdy nie będę" i "jestem szczęśliwa sama w sobie, a 'żona' to tylko określenie stany cywilnego".

8 Ostatnio edytowany przez P&P (2011-02-13 19:02:02)

Odp: Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...

Bardzo trafny temat. Ja bardzo często myślę o tym, co napisałaś. Nie jestem mężatką, nawet mi się jakoś nie zanosi, ale kiedyś na pewno przyjdzie taki moment, że trzeba będzie (albo po prostu)- powie się "TAK". I właśnie. Jestem realistką i mimo tego, że jestem w uważam udanym związku (po kryzysie, ale wyszliśmy z niego bez większego szwanku) nie wierzę w małżeństwo. Nie jako samą instytucję małżeństwa, ale długość jego trwania, w którym rutyna i problemy robią swoje. Marzy mi się biała suknia, pewnie że tak. Tylko suknię kiedyś zdejmę, a obrączka zostanie. A co, jak w końcu zacznie ciążyć? A co, jak zacznie ciążyć mojemu mężowi? Jak po 10-15 latach (a nawet może i nie) mój facet się przyzwyczai, o seksie (bo po co) przestanie mu się marzyć (bo po co), to ja tupnę nóżką i powiem NIE.
Boję się, że ten Książę kiedyś zamieni się w ropuchę i nie będzie już adorował, starał się, spełniał zachcianki, robił niespodzianek.
Tak więc na dzień dzisiejszy, gdyby przede mną klęknął z pierścionkiem, usłyszałby NIE. I nie mam pojęcia, kiedy (i czy w ogóle) się to zmieni.

9

Odp: Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...
P&P napisał/a:

Boję się, że ten Książę kiedyś zamieni się w ropuchę i nie będzie już adorował, starał się, spełniał zachcianki, robił niespodzianek.
Tak więc na dzień dzisiejszy, gdyby przede mną klęknął z pierścionkiem, usłyszałby NIE. I nie mam pojęcia, kiedy (i czy w ogóle) się to zmieni.

Widzisz, z moich obserwacji i własnych doświadczeń wynika, że to co tak lekko przychodzi w związku w małżeństwie zaczyna stwarzać problem, bo często, choć nawet podświadomie, ale mamy poczucie, że to co ustalimy na początku ustalamy niejako na całe życie. Stąd to docieranie, kryzys pierwszego roku, stąd walka o pozycję i stąd też ta przemiana księcia w ropuchę, a księżniczki w żabę. Jeśli ten etap mamy już jednak za sobą to z kolei największym zagrożeniem wydaje się być  ta słynna już rutyna, brak dbałości o codzienność, o partnera, o coś co nazywamy pielęgnowaniem miłości, jakości związku, dążeniem do kompromisów, celebrowaniem siebie nawzajem. Ja wciąż nie rozumiem dlaczego ludzie tak łatwo odpuszczają, poddają się, przestaje im zależeć, przestaje im się chcieć, a zamiast rozwiązywać problemy zwyczajnie od nich uciekają. No dlaczego? Bo tak jest trudniej? Bo wymaga ciężkiej pracy także nad sobą? Bo zwyczajnie im się nie chce? Ech...

10

Odp: Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...

Mam podobne wątpliwości jak P&P. Jedyną stałą w życiu jest zmienna, i obrączka na palcu nie daje gwarancji na szczęście w związku.

Boję się rutyny, przyzwyczajenia, traktowania partnera jako pewnik- coś, o co już nie trzeba się starać, bo przecież zaklepane. I najlepsze, że boję się tego ze swojej strony, bo do tej pory łatwo się nudziłam wszystkim i wszystkimi, wręcz w zawrotnym tempie.

Ale z drugiej strony... czy nie chciałabym czuć tej pewności? Tej, pewności, że to ten jeden, jedyny, że mogę mu ufać, kochać bezwarunkowo, że ja dla niego, on dla mnie, i tak na zawsze? I czy nie chciałabym, żeby to samo czuł mój partner? Pewnie, że chciałabym...

Tylko boję się, że w tym życiu i w tych warunkach to graniczy z cudem.

11 Ostatnio edytowany przez P&P (2011-02-13 21:30:20)

Odp: Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...

Największą taką niewiadomą w tym całym "przedsięwzięciu" jest wątpliwość, czy jednej albo drugiej stronie coś się nie odwidzi. Widzisz, ja mam w głowie zakodowaną taką bezsensowną myśl, że każdy, prędzej czy później szuka zupełnie czegoś innego niż to, co ma w małżeństwie lub długoletnim związku. Nie potrafię tego jednoznacznie określić, być może to strach przed zdradą, słowami, których nigdy nie chciałabym usłyszeć. Oczywiście nie chcę generalizować ani przepowiadać złych wróżb. Z niepoprawnej optymistki stałam się realistką, która wszystko ocenia chłodno. Mało teraz takich autorytetów małżeńskich. A jeśli już się pojawiają, to traktuje się je jako unikat. Mogę też podeprzeć się tym, z czym do pewnego czasu nie mogłam się zmierzyć- kryzysem, który zakończył się rozstaniem z JEGO inicjatywy. Całe zaufanie, poczucie bezpieczeństwa w pewnym momencie legło. Książę nie wytrzymał i zmienił się w ropuchę. A moja życiowa myśl- jak się chce, to się wszystko da- po prostu legła w gruzach. Bo u nas nic się nie dało- staraliśmy się miesiącami nad tym, żeby PRACOWAĆ nad związkiem. I nic. Rozstanie z kolei przypieczętowało równie szybki powrót (3 tygodnie). I nie musiałam długo całować ropuchy, żeby zamieniła się z powrotem w Księcia. W takim układzie- mimo mojego szczęścia- no bo dobrze wyszło- nie mam poczucia, że na całe lata już będzie wyśmienicie. I mimo to czuję, że w jakiś sposób mój związek (który był/jest przecież talki wspaniały) został okaleczony.
Wszystkie siły na świecie nie są w stanie mnie przekonać do innego myślenia. Taka "praca nad związkiem" pochłania niesamowicie dużo energii, a ja chyba nie mam jej na tyle, żeby całe życie coś "naprawiać".

I to, co powiedziałaś- niesamowicie frustrujące jest to, kiedy jedna strona wypruwa flaki, żeby jakoś sklecić, naprawić to, co się da, a druga już nie jest tak zaangażowana. Druga strona medalu jest taka, że każdy tą rehabilitację przechodzi po swojemu- jedni od tego uciekają, drudzy aż przedobrzają i są nadgorliwi.
Kiedy już oceniłam wszystko na trzeźwo, emocje opadły doszłam do wniosku, że nie mogłam się z tą drugą stroną porozumieć- on swoje, ja swoje. Każdy zganiał winę na drugiego, bo był przekonany, że ma rację. Tak, jakbyśmy mówili w dwóch obcych dla siebie językach.

12

Odp: Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...

Ot, kolejny przykład... Mój brat po niemal 10 latach dosyć burzliwego związku w ubiegłym roku się ożenił i prawdę mówiąc stało się to pod naciskiem jego ówczesnej dziewczyny, a obecnej żony. Do samego końca nie był przekonany do tej decyzji, a na tydzień przed nie tylko, że nie był zaręczony, nie kupił garnituru, to nawet zupełnie jakby nie był zainteresowany ślubem. On po prostu czuł, że nie będzie z tą kobietą szczęśliwy, ale... nie miał siły, żeby w wieku grubo ponad 30 lat i po tylu wspólnych latach zerwać z nią, a potem szukać innej kandydatki na żonę. Ślub jednak wzięli, choć ja do samego końca przekonywałam, że nie warto, że okoliczności (nagła śmierć mojego taty) sprzyjają temu, żeby uroczystość odłożyć, ale nie, ona się uparła, a on na to przystał. Kobieta bała się już staropanieństwa, to pewne, czas jej ucieka, związek tak długo trwał, więc... Tylko czy miało to sens?

Otóż to co po obydwu stronach dziś obserwuję, a jest tak kompletnie różne od moich własnych doświadczeń, to to, że oni jakby z góry zakładali, że nie będą ze sobą razem na zawsze, do końca, pomimo wszystko i na przekór wszelkim przeciwnościom- jeśli wyjdzie to super, ale jeśli nie świat się nie zawali. I właśnie z powodu takiego podejścia jakby na zapas i od samego początku przewidują i przygotowują się na taki scenariusz- jest więc walka o każdy grosz z własnej kieszeni (tak jakby dom nie był ich wspólny, ale jeden gościem, a drugi właścicielem), nie mieszkają razem, choć mogliby, bo mają przecież gdzie, pieniądze dzielą na jego i jej, nie planują dzieci, co w moim pojęciu znaczy tyle, że nikt kto nie planuje być razem na zawsze, nie chce też wiązać się  dziećmi, bo nic tak nie utrudnia rozstania jak one właśnie. Co prawda mają tylko ślub cywilny (bo żałoba kazała im wstrzymać się z weselem), ale pomimo zapewnień do chwili obecnej o kościelnym nic nie słychać. Jak dla mnie to wszystko razem wzięte już świadczy o katastrofie, która się tam dzieje.

Nie wiem, może ja ich po prostu nie rozumiem, może patrzę na ten związek własnymi oczami, niemniej kiedy ja wyszłam za mąż patrzyłam na wszystko zupełnie innymi kategoriami. Mieliśmy co prawda własne mieszkanie, za to brakowało nam na początku niemal każdego sprzętu, dywanu, lampy, ale od razu w tym pustym mieszkaniu zamieszkaliśmy i po prostu nikt nie brał pod uwagę żadnej innej opcji. Łóżko i szafa, stół- to było wszystko, nawet mebli w kuchni jeszcze nie było, czekał nas generalny remont, ale to wszystko nie było ważne, bo to co istotne to... byleby być razem. Nikt nie liczył pieniędzy, nie dzielił niczego na ,,moje i twoje?, ale wszystko było ,,nasze?, a każdy kolejny wspólny dzień to było nasze małe szczęście. Że nie wspomnę o radości kiedy na świecie pojawił się dzidziuś.

Dla mnie zatem jest prawdziwie nie do pojęcia, że można tak jak oni! Hmmm... A może to jednak ja jestem jakaś niedzisiejsza?

P&P, w Twoim podejściu do tematu nie upatrywałabym się tak bardzo ogólnie sceptycznego nastawienia do małżeństwa, co raczej do tego konkretnie partnera. Sama piszesz, że straciłaś poczucie bezpieczeństwa, trwałości i stałości jego uczuć, a więc dziś czujesz, że brakuje Ci tego podstawowego fundamentu, na którym małżeństwo powinno się opierać. Kochasz go, trwasz w tym związku, ale wiesz doskonale, że ten mężczyzna raz już zawiódł, raz pokazał, że potrafi...odejść, zamienić się w tę przysłowiową ropuchę. Nic więc nie jest już tak trwałe i oczywiste jak być powinno, a zatem boisz tak radykalnego kroku, boisz się rozczarować, zawieść, ponieść porażkę, co zresztą wydaje mi się być tu zupełnie naturalne.

Posty [ 13 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Gdy w jego pojęciu małżeństwo musi być porażką...

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026