Ot, kolejny przykład... Mój brat po niemal 10 latach dosyć burzliwego związku w ubiegłym roku się ożenił i prawdę mówiąc stało się to pod naciskiem jego ówczesnej dziewczyny, a obecnej żony. Do samego końca nie był przekonany do tej decyzji, a na tydzień przed nie tylko, że nie był zaręczony, nie kupił garnituru, to nawet zupełnie jakby nie był zainteresowany ślubem. On po prostu czuł, że nie będzie z tą kobietą szczęśliwy, ale... nie miał siły, żeby w wieku grubo ponad 30 lat i po tylu wspólnych latach zerwać z nią, a potem szukać innej kandydatki na żonę. Ślub jednak wzięli, choć ja do samego końca przekonywałam, że nie warto, że okoliczności (nagła śmierć mojego taty) sprzyjają temu, żeby uroczystość odłożyć, ale nie, ona się uparła, a on na to przystał. Kobieta bała się już staropanieństwa, to pewne, czas jej ucieka, związek tak długo trwał, więc... Tylko czy miało to sens?
Otóż to co po obydwu stronach dziś obserwuję, a jest tak kompletnie różne od moich własnych doświadczeń, to to, że oni jakby z góry zakładali, że nie będą ze sobą razem na zawsze, do końca, pomimo wszystko i na przekór wszelkim przeciwnościom- jeśli wyjdzie to super, ale jeśli nie świat się nie zawali. I właśnie z powodu takiego podejścia jakby na zapas i od samego początku przewidują i przygotowują się na taki scenariusz- jest więc walka o każdy grosz z własnej kieszeni (tak jakby dom nie był ich wspólny, ale jeden gościem, a drugi właścicielem), nie mieszkają razem, choć mogliby, bo mają przecież gdzie, pieniądze dzielą na jego i jej, nie planują dzieci, co w moim pojęciu znaczy tyle, że nikt kto nie planuje być razem na zawsze, nie chce też wiązać się dziećmi, bo nic tak nie utrudnia rozstania jak one właśnie. Co prawda mają tylko ślub cywilny (bo żałoba kazała im wstrzymać się z weselem), ale pomimo zapewnień do chwili obecnej o kościelnym nic nie słychać. Jak dla mnie to wszystko razem wzięte już świadczy o katastrofie, która się tam dzieje.
Nie wiem, może ja ich po prostu nie rozumiem, może patrzę na ten związek własnymi oczami, niemniej kiedy ja wyszłam za mąż patrzyłam na wszystko zupełnie innymi kategoriami. Mieliśmy co prawda własne mieszkanie, za to brakowało nam na początku niemal każdego sprzętu, dywanu, lampy, ale od razu w tym pustym mieszkaniu zamieszkaliśmy i po prostu nikt nie brał pod uwagę żadnej innej opcji. Łóżko i szafa, stół- to było wszystko, nawet mebli w kuchni jeszcze nie było, czekał nas generalny remont, ale to wszystko nie było ważne, bo to co istotne to... byleby być razem. Nikt nie liczył pieniędzy, nie dzielił niczego na ,,moje i twoje?, ale wszystko było ,,nasze?, a każdy kolejny wspólny dzień to było nasze małe szczęście. Że nie wspomnę o radości kiedy na świecie pojawił się dzidziuś.
Dla mnie zatem jest prawdziwie nie do pojęcia, że można tak jak oni! Hmmm... A może to jednak ja jestem jakaś niedzisiejsza?
P&P, w Twoim podejściu do tematu nie upatrywałabym się tak bardzo ogólnie sceptycznego nastawienia do małżeństwa, co raczej do tego konkretnie partnera. Sama piszesz, że straciłaś poczucie bezpieczeństwa, trwałości i stałości jego uczuć, a więc dziś czujesz, że brakuje Ci tego podstawowego fundamentu, na którym małżeństwo powinno się opierać. Kochasz go, trwasz w tym związku, ale wiesz doskonale, że ten mężczyzna raz już zawiódł, raz pokazał, że potrafi...odejść, zamienić się w tę przysłowiową ropuchę. Nic więc nie jest już tak trwałe i oczywiste jak być powinno, a zatem boisz tak radykalnego kroku, boisz się rozczarować, zawieść, ponieść porażkę, co zresztą wydaje mi się być tu zupełnie naturalne.