Witam... Piszę aby podzielić się moją obsesją, która bardzo przeszkadza mi żyć... Może któraś z Was, czy któryś z Was przeżyli podobną historię...
Gdy zaczynaliśmy być razem mieliśmy 18 lat, było cudownie, unosiliśmy się nad ziemią ze szczęścia. Nie mieszkaliśmy razem. Ja w swojej miejscowości z rodzicami oddalonej od jego o 15 km (on ze swoimi rodzicami). Po roku on przeprowadził się z rodzicami do innej miejscowości (również oddalonej od mojej o +/- 15km). Wtedy zaczął się mój dramat. Poznał tam dziewczynę (on 19, ona 26).
Była jego sąsiadką, miała swojego partnera, była zaręczona, aczkolwiek lgnęła do mojego chłopaka. Na początku myślałam, że to zwykła sympatia, że się spotykają, piszą smsy bo się kumplują itd...
Szybko okazało się, że się myliłam.
Mój chłopak zaczął kręcić, okłamywać mnie, przestał mieć dla mnie czas. Rozstaliśmy się po dwóch latach związku.
Wyjechałam na studia, zaczęłam nowe życie, nowe otoczenie, znajomi... aczkolwiek moje uczucie do niego nie zmalało. Utrzymywałam z 'byłym' kontakt na okrągło, co zbliżało nas do siebie coraz bardziej. Zaczęłiśmy się spotykać, mówiliśmy o miłości, prosił o wybaczenie... Wróciliśmy do siebie.
Niestety ja przy każdej okazji wypominałam mu występek i stwarzałam kłótnie. Okazało się, że słusznie bo oni ciągle się spotykali, po kryjomu smsowali, (smsy typu: tęsknię, dobranoc skarbie itp.)...
Znowu nastąpiło nasze rozstanie... On jednak ciągle o mnie walczył, był na każdy mój znak, a ja go kochałam. W głębi duszy chciałam dać mu kolejną szansę, ale strasznie bałam się cierpienia. Wyjechałam za granicę a on przyjechał do mnie samochodem 3000 km!
...i znowu powrót... (możecie pomyśleć, ale naiwna babka ze mnie)...
Raz w tą raz w tamtą... Ciągnęło się to sporo czasu, wylałam przez niego mnóstwo łez, chciałam się uwolnić, popadałam w depresję. Rozstania i powroty na okrągło, ale moja miłość ani o stopień nie zmalała. (chore?!)
Nie wiem dlaczego prowadził podwójne życie, ale znając mojego partnera już tyle czasu wiem, że nie byłby ze mną gdyby mnie nie kochał... Może zafascynowało go to, że dziewczyna starsza od niego o 7 lat, w dodatku zaręczona zwróciła uwagę na takiego 'gówniarza'... poczuł się dowartościowany?!... Wiem to go nie usprawiedliwia.
3 lata temu zamieszkaliśmy razem,a owa sąsiadka wyszła za mąż, ale nawet gdy została żoną, a on ze mną zamieszkał odkryłam, że kasuje od niej wiadomości... (szperałam w jego telefonie, myślę, że po tym wszytskim miałam prawo). Powiedział wprost- wybacz, ale ja ciągle o niej myślę... Wyprowadziłam się.
Zaczęłam spotykać się z innymi chłopakami, ale bez przerwy szukałam w nich swojego eks... Po jakichś 3 miesiącach pojawił się spowrotem. Małymi krokami zaczęliśmy się zbliżać do siebie, wyjeżdzać na wspólne wycieczki, rozmawiać o przeszłości... Był romantyczny, czarujący, kochany, współczujący... Poznawaliśmy się na nowo- jak wtedy gdy mieliśmy 18 lat... Wróciłam.
Obecnie jestem ze swoim partnerem, nasz związek unormował i ustabilizował się dopiero niecałe 3 lata temu. (Historia ciągnie się już 8 lat) Jesteśmy zaręczeni, mieszkamy razem, myślimy o dziecku, o założeniu rodziny... aczkolwiek ja obsesyjnie wracam do przeszłości i nie mogę sobie z tym poradzić. Chodziliśmy razem na terapię, która niestety nic nie pomogła. Kiedy słyszę takie samo imię jak jej w jakiejś piosence, czy filmie zaraz mam obsesję, że on o niej myśli, że wraca do niej we wspomnieniach, że jest ze mną, bo nie mógł być z nią, kiedy oglądamy wspólnie film i on wypali 'ale ładna dziewczyna'- obsesynie szukam jej cech w wyglądzie (czy dlatego jest ładna bo jest podobna do tamtej...)
Czy któraś z Was ma podobną sytuację? Nie chcę tak do końca życia się męczyć. Mój partner cały czas pracuje na moje zaufanie, czuję się przy nim wspaniale, czuję się kochana i doceniana, aczkolwiek jest ta zadra w pamięci i w sercu która nie chce zniknąć... ![]()
Już nie wiem jak sobie z tym radzić...
Czy ktoś mnie choć troszkę rozumie?! ...