Witam wszystkich. ![]()
Przepraszam, że jako facet udzielam się na kobiecym forum, ale jak zauważyłem - nie jestem pierwszy, a niektórym to chyba troszkę pomogło.
Chciałbym wam przedstawić historię swojej miłości i związku, który chyba niestety się już zakończył - a być może mógłby trwać jeszcze przez długie lata?
Jestem bardzo młodym człowiekiem, pełnoletnim, ale nie mam jeszcze nawet dwudziestu lat. ![]()
Jako, że chciałbym pozostać anonimowy - nie opiszę wszystkiego dokładnie, ale sens sytuacji zostanie jak najbardziej zachowany.
Może na początek powiem coś o sobie - mimo swojego wieku jestem człowiekiem dość konserwatywnym.
Już teraz wyobrażam sobie samego siebie jako wiernego i kochającego partnera, w przyszłości oddanego męża i ojca, który uczciwie dzieli się ze swoją żoną obowiązkami. Jeszcze parę lat temu zdarzyły mi się chwile młodzieńczej słabości, bezsensowne flirty na imprezach - dwa razy doszło do niewielkiego zbliżenia. Teraz - odrzuca mnie, kiedy pomyślę, że coś takiego zrobiłem - szanuję siebie i szanuję innych, a zaliczanie czy lizanie się na imprezach jest dla mnie abstrakcją. Może nie ma dla mnie miejsca w XXI wieku, ale w głębi duszy wierzę w tą jedyną, wieczną miłość niczym z bajki - i chyba stąd wziął się mój problem. Nie akceptuje przypadkowego seksu, a jedynie ten ze stałą partnerką - i wynikający z miłości.
Przejdę teraz do historii związku, który stał się dla mnie problemem.
Zaczęło się to nieco ponad rok temu. Poznaliśmy się i od samego początku coś w nas iskrzyło. Przez kilka następnych dni mocno kombinowałem jak zagadać i jak wszystko rozegrać, żeby niczego nie zepsuć. Dużo rozmawialiśmy, kilka razy się spotkaliśmy i kiedy poznaliśmy się lepiej - stało się coś pięknego, byliśmy razem. W dniu, kiedy pierwszy raz trzymaliśmy się za rękę i się pocałowaliśmy dosłownie miałem motylki w brzuchu - nie mogłem zasnąć, byłem kilkanaście centymetrów nad ziemią.
Co dalej?
Przez kilka miesięcy związek rozwijał się - wszystko było super, spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu, a ja byłem gotowy zrobić dla tej dziewczyny wszystko. Często już ostatkiem sił wsiadałem w jakikolwiek środek komunikacji i gnałem do niej, żebyśmy mogli się zobaczyć choćby na pół godzinki. Oboje akceptowaliśmy swoje przyzwyczajenia, przyjaciół - i mimo kontaktów z płcią przeciwną nie byliśmy zazdrośni. Wszyscy dookoła mówili nam, że z daleka widać jak bardzo jesteśmy ze sobą szczęśliwi.
A co jeszcze dalej?
Z każdym miesiącem spotykaliśmy się coraz częściej. Zaczęliśmy zostawać u siebie na noc - początkowo, bez większych zbliżeń - później i te się pojawiły - co jest chyba normalne. Niestety oboje nawet nie zauważyliśmy, kiedy zamknęliśmy się w jakimś kokonie - kontakty ze znajomymi zostały mocno ograniczone, a my spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę - przez bardzo długi czas oboje byliśmy z tym bardzo szczęśliwi.
Co było nie tak?
Sami oboje długo tego nie widzieliśmy, ale teraz, kiedy być może jest już za późno, zrozumieliśmy swoje błędy. Zarówno ja jak i ona panicznie baliśmy się porzucenia - wynikła z tego niejednokrotnie głupia, aczkolwiek bardzo silna zazdrość. Obwinialiśmy sami siebie - raczej nigdy nie byliśmy w stanie powiedzieć drugiej osobie - przesadzasz, nie podoba mi się Twoje zachowanie, czy czegokolwiek w tym smaku. Oboje straciliśmy poczucie własnej wartości, zaniedbaliśmy wszystkich i wszystko dookoła z wyjątkiem siebie - do dla siebie mieliśmy masę czasu.
Czy któraś ze stron kochała mniej?
W trakcie związku wielokrotnie miałem takie poczucie, że jestem kochany mniej. Bardzo mocno się starałem, często nawet kosztem własnego zdrowia - ale czego nie robi się z miłości. Teraz wiem, że oboje kochaliśmy się tak samo - bardzo mocno. Sam nie zauważałem drobnych zdarzeń, dzięki którym mógłbym zrozumieć jak bardzo zależy na mnie mojej partnerce. Także jeśli o to się rozchodzi - nie uważam, żeby któraś ze stron nie kochała. Moim zdaniem darzyliśmy siebie ogromnym uczuciem - i chyba tylko brak jakiegoś doświadczenia zepsuł naszą relację.
Dlaczego w ogóle o tym piszę?
Całkiem niedawno coś pękło - znowu wynikło to z panicznego lęku, zazdrości - i głupiego zachowania - tym razem z mojej strony - choć moja partnerka niejednokrotnie zachowywała się identycznie. Coś pękło i potrzebowaliśmy kilku dni na zrozumienie swoich błędów. Całe to wydarzenie było dla mnie szokiem, który z pomocą wielkiego uczucia sprawił, że moje szare komórki pracowały przynajmniej na zdwojonych obrotach - i chyba naprawdę dużo zrozumiałem. Ona? Potrzebowała na to troszkę więcej czasu, ale chyba też.
Co zrozumieliśmy?
Zrozumieliśmy, że nie możemy zamykać się na innych. Że nikt nie jest w tej sytuacji winny i musimy tylko pamiętać, żeby to co było nigdy więcej się nie powtórzyło. Dotarło do nas również, że musimy zadbać w naszym związku również o samych siebie i pielęgnować swoje pasje, zaspokajać własne potrzeby.
I co?
Rozmawialiśmy ze sobą, wypełznęliśmy z dołka emocjonalnego i odbudowaliśmy w sobie poczucie własnej wartości, poradziliśmy sobie z naszą psychiką. Postanowiliśmy walczyć - skoro się kochamy to jest o co, prawda? Też tak myślałem - i mimo, że czasami było mi ciężko - nie dawałem za wygraną. Uważam, że jestem w miarę silny psychicznie i nie mogłem się w tym momencie poddać - po prostu nie mogłem zaprzepaścić swojej życiowej szansy.
Ale co teraz?
Ja ją kocham i nie chcę się poddawać - ale wiem, że muszę pomyśleć też o sobie.
Dowiedziałem się od mojej, niestety już byłej, partnerki - że co prawda mnie kocha, ale jak brata.
I że nie ma już siły ani ochoty na związki, ale nie chce tracić ze mną kontaktu, bo uważa mnie za bardzo wartościowego człowieka.
Osobiście też uważam ją za cudowną dziewczynę i wiem, że gdybyśmy stworzyli teraz zdrowy związek byłbym szczęśliwy.
Ona mówi, że gdyby było tak jak na początku - czyli zdrowo - też byłaby szczęśliwa. Powiedziała nawet, że jeśli miałaby się z kimś związać za jakiś czas to chciałaby żebym był to ja - bo jak mówi, uważa mnie za super człowieka - tylko nie chce mnie aktualnie krzywdzić.
Jakieś wnioski?
Szanuję i rozumiem jej decyzję - chociaż w głębi duszy uważam to też za pójście na łatwiznę. Ale wiem, że nie każdy ma tyle zapału i siły co ja i być może potrzebuje odpoczynku.
Kontaktu nie możemy całkowicie zerwać, przynajmniej przez jakiś czas - i tutaj naprawdę nie da się nic zmienić.
Z naszym rozstaniem póki co radzę sobie w miarę dobrze - chciałbym też, żeby ona była szczęśliwa.
Ale nie zmienia to faktu, że w głębi duszy pragnę być obok niej - jak w bajce, do końca życia.
Proszę o waszą pomoc.
Dać jej odpocząć i czekać jak to wszystko się potoczy, a być może zaprzepaścić tym szansę na to, że kiedyś będziemy razem?
Walczyć - jeśli tak, to jak?
Maksymalnie ograniczyć kontakt i spróbować o niej zapomnieć?
Nadal ją kocham i czuję też, że w głębi duszy jej potrzebuję. Potrzebuję jej ciepła, potrzebuje dawać jej poczucie bezpieczeństwa, spokoju. Chcę, aby osoba, którą kocham była bezpieczna i szczęśliwa - może zabrzmi to trochę egoistycznie, ale myślę, że akurat egoizm mną w tym momencie nie kieruje - marzę, żeby była taka u mojego boku.
Na pewno nie napisałem wszystkiego i chętnie odpowiem na pytania.
Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali w czytaniu do końca. ![]()