Jeśli jem w towarzystwie mało znanych mi osób (choć to na szczęście zdarza się niezwykle rzadko), to potrafię się zachować, mama zaszczepiła we mnie podstawowe zasady kultury osobistej. Jednak kiedy jem w towarzystwie mojego faceta, to czemu ma służyć zachowywanie się, jakbym za przeproszeniem miała kij w tyłku...? Czysty horror
Kiedy jestem w otoczeniu znanych i bliskich mi ludzi, wśród których czuję się dobrze i swobodnie, to nie bawię się w takie wymuszone "ą-ę". Może odniosę się do punktów po kolei:
- jeśli mogę wsunąć się pod stół na tyle, by wszelkie ewentualne okruszki lądowały na talerzu, to nie przyszłoby mi do głowy rozkładać serwetkę na kolanach
- punktualna jestem zawsze, niezależnie od sytuacji i okazji - chyba, że spóźnienie nie wynika z mojej winy. Nie znoszę spóźniających się ludzi
- o alkohol ani żadne inne napoje czy dokładki jedzenia się nie upominam nigdy - chyba, że, jak już wspomniałam, jestem w "swojskim" towarzystwie
- jeszcze mi się nie zdarzyło poprawiać makijażu przy stole
wydaje mi się to dość dziwaczne. Jeśli już, to robię to w łazience, ale i tak z reguły nie poprawiam makijażu wcale. Co do fryzury - nie mam tego problemu, bo noszę włosy zawsze rozpuszczone - ale często przeczesuję je palcami, nawet przy stole, bo jest to u mnie odruchowe
- nie gestykuluję, bo zwykle nie mówię przy jedzeniu - nie znoszę tego. Kiedy jem, to jem, a nie mówię. Jeśli jest to bardziej oficjalny posiłek, to na czas mówienia przerywam jedzenie i odkładam sztućce dla wygody (ale i tak jestem osobą raczej mało ekspresywną i nie gestykuluję specjalnie)
- kieliszek łapię tak, jak mi w danym momencie wygodnie - i tak nie trzymam go cały czas, tylko biorę, upijam łyk i odstawiam z powrotem na stół
- nie bywam na tak oficjalnych przyjęciach, żebym nie wiedziała, które sztućce i naczynia do czego służą 
- nie zmuszam nikogo do picia alkoholu, bo mam więcej niż 15 lat... nie wiem, czemu miałoby to służyć
- co do estetyki jedzenia, to jest akurat dla mnie sprawa priorytetowa. Szczególnie chodzi mi tu o wydawanie przy jedzeniu dźwięków - mlaskanie, "ciamkanie", siorbanie i otwieranie buzi przy jedzeniu w celu innym niż wzięcie następnego kęsa jest dla mnie niedopuszczalne i w mgnieniu oka doprowadza mnie do szału. Tak zostałam wychowana i niestety to JA mam nierzadko utrudnione życie z tego powodu - bo mnóstwo ludzi jedząc mlaszcze, a najczęściej nie wypada im zwrócić uwagi, by zamknęli łaskawie usta... paranoja, ale cóż zrobić...
- rozmawianie z pełnymi ustami można moim zdaniem podciągnąć pod estetykę jedzenia. Kiedy mówimy z pełną buzią, to wydajemy mlaszczące dźwięki, pokazujemy przeżutą zawartość jamy gębowej wszystkim dookoła i mówimy niewyraźnie, a więc mija się to z celem - i irytuje mnie tak samo, jak wszelkie inne zachowania "świnki przy korytku". Na gorące potrawy dmucham kiedy jestem w miarę swojskim towarzystwie.
Więcej grzechów nie pamiętam
Na pewno nie należę do osób, które przykładają wielką wagę do sposobu jedzenia, przy jedzeniu spaghetti nie bawię się z łyżką (choć umiem w ten sposób jeść tę potrawę, tak samo jak umiem jeść pałeczkami, ale z tej umiejętności na co dzień nie korzystam, bo po co). Posiłki spożywam z reguły przed komputerem lub telewizorem, nigdy przy stole (m.in. dlatego, że w obecnym mieszkaniu nie mam stołu
). Najchętniej też jem sama - nie lubię "gromadnych" i rodzinnych posiłków. Kiedy jem z moim facetem, to w ogóle nie bawimy się w takie duperele - jemy tak jak nam wygodnie, a po skończonym posiłku często satysfakcjonująco sobie bekamy 
I jeszcze jedno - zawsze, ale to zawsze jem powoli. Nienawidzę się przy tym spieszyć i nawet nie potrafię.