Witam was dziewczyny:) trafiłam tu do was przypadkowo, ale się bardzo cieszę, że znalazlam takie forum - jestem już gotowa o tym pisać. Duzo czytalam waszych wypowiedzi. kazda z naszych historii jest podobna, ból taki sam i czekanie na niego...
A oto moja historia:
3 lata temu poznałam faceta na sympatii, okazał się "fajny", blisko odsiebie mieszkaliśmy, to byl plus. reasumując. Nasi rodzice znali się juz wczesniej, obydwie strony sie cieszyły, my bylismy w sobie zakochani. Było cudownie. Plany o ślubie, budowanie domu - nawet działkę mielismy wybraną i sypneło się nagle w jeden dzień. Nie chciał wytłumaczyć mi dlaczego. Zwyczjnie powiedział, ze to koniec. Oczywiscie ja płakałam, prosłam, rozmawiam i nic - gówno. Finito. Myslałam, że świat mi sie zawalił i wtedy znowu zalogowałam sie na sypatii, żeby sie odstresować, popisać, zmienic horyzonty. I tak po rozstaniu z tym pierwszym, po miesiącu (tak szybko) poznałam mojego przyszłego męża. Przez sympatię - pisałam mu jak to tamten mnie skrzywdził, jak bardzo kochałam i jak bardzo nie nawidzę mężczyzn, a on mnie pocieszał - na początku przez internet, a potem bo bardzo nalegał w realu.
Spotkalismy się, dał mi róze, kawiarnia, lody i pierwszy raz w zyciu zaszalałam - poszłam z facetem na pierwszej randce do łózka:) Nie powiem, nie zalowałam. Dałam z siebie wtedy wszystko. Całą noc sie kochalismy, albo raczej ja uprawiałam seks, a on sie kochał. Ja potraktowałam to jako odskocznie, wiedziałam, ze raczej juz sie z nim nie spotkam. Nie chciałam powaznych związków. Ale facet nie odpuszczał (chociaz, nie rozumiałam dlaczego - bo ja na niego miejscu nie chciałabym zony, która oddaje się tak łatwo na pierwszej randce). Ale jak napisałam, nie odpuszczał, dzwonił, smsował, tak padajacego faceta na kolanach nie widziałam. Warto jescze dodac, że ja miałam 28 lat i pracuję w szkole, a on ma 34 i jest tajniakiem/zakłada tez podsuchy itp = pracuje w policji, ale nigdy nie widziałam go w garniturze. imponowało mi to, ze taki ciekawy facet, z taką pracą (jak James Bond), przystojny tak się stara. Po dwóch tygodniach od pierwszej randki, powiedział mi, ze mnie kocha i jestem miłoscią jego zycia, ja oczywiscie byłam szczera, az do bółu i mówiłam prawdę - potrzebuję czasu. Zaszybko mi to wszystko było, zwłaszcza, ze o tamtym jeszcze nie zapomniałam. Ale mój amant nie odpuszczał. Z dnia nadzień zdobywał moje serce. Dawał mi poczucie bezpieczenstwa, mówił to co chciałam usłyszeć. W końcu i moje serce zaczeło kochać - zresztą jak można było być taką zimną. i stało się po 2 miesiacach znajomosci przyjełam jego oświadczyny. Bardzo go pokochałam. Tamten pierwszy i tamta milość wydawała mi się smieszna. Wyznaczylismy datę slubu,, 27 czerwiec 2009 roku, ok 10 misiecy od poznania. Zamieszkał ze mną w domu, gdzie mieszkałam z rodzicami. Dom byl duzy. Rodzice go polubili i było super. Przygotowywalismy się do ślubu i wesela. W lutym był mały kryzys - z jego strony, chciał jakby się wycofać, przynajmniej chciał się wyprowadić z mojego rodzinnego domu. Przestal sie dogadywac z moja mamą. Ale kryzys został zazegnany i wytrwalismy do slubu. Całe nasze narzeczeństwo i podróz poslubna to wielka była dla nas zabawa. Kochaliśmy się i fizycznie i emocjonalnie az do bólu. Nasze hasło to: Będziemy się kochać całe zycie i jeszcze jeden dzien dłuzej. Wychodząc za niego za mąż nie miałam jakich kolwiek wątpliwosci. Wiedzialam, że to on jest miłoscią mojego zycia. Po slubie dalej mieszkalismy u rodziców, jemu to nie pasowało, ale milczał i zaciskał zęby., ale jednocześnie prowokaował moja matkę do spiec. Było jasne, że sie nie lubią. Ani ona, ani on nie byli fer. Zaplanowalismy dziecko. Bardzo oby dwoje tego chcieliśmy. Od razu, bez zadnych oczekiwań zaszłam w ciąże. Pod koniec, około 7/8 miesiaca ciązy bardzo się zmienił. Zawsze w nocy mnie przytulal, szeptał mi do ucha, ze kocha, masował nogi jak mialam nocny skurcz, chodził ze mną do toalety. W dzien wysyłał setki smesów z pytaniem jak się czuję. Chodził ze mnną do lekarza, na usg, szkołe rodzenia. Ale w 8 miesiacu nagle powoli się zmieniał, z dnia nadzień był zimniejszy. W łózku obracał sie plecami, w ciągu dnia nawet nie zadzwonił...itp. I na poczatku 9 miesiąca przyjechał z pracy, w drzwiach zrobił awanturę, zaczął się czepiać mojej matki - obraził ją. Ja słuchajac tego myślałam, ze facet z choinki się urawał, wiedziałam, że się nie lubią, ale zawsze sie tolerowali, a on ja zwyczajnie szukał zaczepki. Nie miał racji. Zrobil taka rodzinną jazdę w 9 miesiącu!Oczywiscie próbowałam ich pogodzić być mediatorem bo zyciowe rewolucje - czyli wyprowacka, nie byly mi w takiej chwili potrzebne. W rezultacie, przeprosilam matkę za jego zachowanie, ale do rozwiązania broniłam męża. Wspólnie podjelismy decyzje, że się po porodzie wyproowadimy do mieszkania, które mamy tylko wynajmowlismy (małe), albo sami cos wynajmiemy. Moi rodzice nawet ucieszyli sie z takiej decyzji. Ale nie rozumieli dlaczego obstaję za takim "bydlakiem". Obrazili się na mnie, że pozwalam na jego zachowanie. Ale prawde mowiac nie mieli do końca racji. Urodziłam, tydzien poo terminie, przez planowane cesarskie cięcie, pięknego, zdrowego synka - Oktawiana. Rodzice nie odwiedzili mnie w szpitalu - mimo wysylanych do nich smsów. Twierdzili, że nie chcą się wtrącać. Zresztą jego rodzice tez nie byli bo od poczatku im nie lezałam i czułam, że mnie nie akceptują. Ale i ja i on mówilismy, ze z rodzicami nie żyjemy. Mąż w szpitalu, nagle zrobił się opiekuńczy, ciepły...tak jak dawniej. Myślałam, że nasza miłość znowu się odnawia, że mąż trzymając naszego syna, jest tym samym człowiekiem jak go poznałam. na takiego wyglądał. Wrocilismy do domu tego mojego z myśłą, że pod koniec wrzesnia się wyprowdzimy na swoje. wypisali mnie w niedziele, a on w poniedziałek pojechał oglądac mieszkanie do wynjaęcia. Przyjechał i stwierdzil, że lokum które wczesniej znalezlismy nie jest odpowiednie, właściciel nie poważny , drogo itp. Mimo tego, przekonałam go do tego mieszkania, tylko 3ba było wpłacic facetowi 3 tyś zaliczki, kaucji, więc We wtorek pojechał do banku po nasze pieniądze (lokata). Po południu przyjechał i stwierdził, ze się nie wyprowdzi w to wynajete mieszkanie. oddał mi połowe sumy z naszej lokaty i sam sie spakował proponując mi również mozliwość zamieszkania w jego mieszkaniu (pisałam o nim wczesniej). Okazało się, że jego mieszkanie, które miało byc wynajmowane - nie jest. po tem sprawdziłam, ze nasza lokata byla juz zerwana jak byłam w 8 miesiacu ciązy, że zabrał już połowe swoich rzeczy jak bylam w szpitalu...Ja zdecydowanie nie chciałam się przeprowadzic do jego mieszkania - bo małe, brudne, stare, na duzym blokowisku, gdzie pełno podejzanych typów. Nie taką przyszlóść chciałam dla mojego dziecka, A w ogole byłam swiezo po porodzie, jeszcze miałam szwy. Maz się wyprowadzil, ale pisał smsy, czasami dzwonił w 1 tygodniu. Potem zaczęłam bardzo tęsknić, brakowało mi jego, w końcu podjełam decyzje, ze się wyprowdzę z dzieckiem do tego mieszkania - aby ratować małżeństwo. Ale on nagle stwierdził, że mnie nie kocha i nie chce nas 9mnie i dziecka) w mieszkaniu. Więc, musiałam powinac ogon, przeprosić rodziców (chociaż nie miałam tak za bardzo za co) i zostac u nich. Bo gdzie zaraz po porodzie miałam isc. Wierzyłam, że mąż się obudzi i przyjdzie po nas i tak minął wrzesien. We wresniu dał mi tylko 300zł na dziecko, w październiku też - uważa że więcej zarabiam niz on. Chcialam się z nim dogadać, najpierw po zlosci a potem po dobroci - bez rezultatu. Chciałam sie pogodzic, przepraszałam , prosilam, tłumaczyłam - a on jak beton. nawet nie chciał rozmawiać i wytłumaczyc dlaczego. (Na pewno nie chodzi tu o inną kobietę - jestem tego pewna)Zmuszona byłam isć do adwokata, który napisal pozew i złózył go - separacja.
Wczoraj pojechałam do jego rodziców, nie rozmawiałam z nimi od roku. Zastałam tam jego. Zaczęlismy wszyscy rozmawiać. jego rodzice nie chcą, żebysmy sie rozeszli, on zrzuca winnę na moją matkę, że to on się wpier... . , że on ja nie cierpi, ze ja nie potrafię się jej sprzeciwic i się wyprowdzić, ze nie mam swojego zdania itp. Moze i ma trochę racji, ale z drugiej strony on jakby był w 100% fair i mialabym w nim teraz oparcie to bylibysmy razem. Na koniec mnie przytulił i wrociłam do dziecka, do domu. Myslałam, że jego rodzice mu przetlumaczą, że jest głową rodziny i powinien być odpowiedzialny za mnie i za dziecko. Ale nie odezwał się dziś. A ja czekałam i się łudziłam. Tak mnie kusi żeby zadzwonić, ale wiem że nie mogę się ciągle poniżać to jemu powinno zalezeć na ratowaniu rodziny.
i to moja historia. próbuję zabic go w moim sercu i okładac sobie życie...ale jednoczesnie go dalej kocham - błędne koło
Po dwóch tygodniach znajomosci w realu powiedział mi, że mnie kocha. ja wtedy nie byłam gotowa na powazny związek, ja raczej tylko szukałam pocieszenia