Witajcie!
zawitalam na tym forum, gdyz nie mialam sie juz dokad udac.. mam 20 lat, studiuje na 2 kierunkach Jestem ladna, zaradna dziewczyna, ktora spotykajac przechodzac na ulicy, nie raz mozna pomyslec, "ale ona musi miec fajne zycie"... no wlasnie...
Życie mam, ale nie mam rodziny. Brzmi absurdalnie? otoz nie. nigdy nie mialam ojca, mama rozstala sie z nim gdy mialam pol roku, w domu byla straszna przemoc, a ja bylam jej udzialem nawet jeszcze nienarodzona.. pozniej mieszkalam u dziadkow (babcia bardzo surowa, zamiast dawac mi wsparcie, pozniej jak bylam wieksza ciagle tylko wytykala mi bledy, krytykowala i probowala wszystko narzucac, tak jest do dzis )..ojciec nachodzil mnie, nie raz bylam zastraszana ze mnie porwie w tak mlodym wieku bylam w sadzie itd..
mam mlodsza siostre, ktora wrecz przeciwnie jest oczkiem w glowie i dziadkow i mamy. i tak sobie zylam, do 2 gimnazjum(mama caly czas byl sama). I nagle poznala kogos. swiat wywrocil mi sie do gory nogami(zawsze wybierala ze to tak okresle "dziwnych" mezczyzna dziecko zawsze wie podswiadomie, kto jest najlepszy dla rodzica. i tak bylo tym razem, zaczely sie dziwne rozmowy po nocach, mama potrafila nas zostawic na caly dzien, by tylko jechac do Niego a odleglosc byla ok. 200 km i wracala wieczorem, a ja z siostra SAMA... w ogromnym, pieknym a jakze pustym domu z rownie cudnym ogrodem... po bardzo krotkim czasie okazalo sie ze sie wyprowadzamy, do NICH, dodam tylko ze zostal mi tylko rok do skonczenia szkoly, mialam tam swoich znajomych, srodowisko a tu nagle... momentalnie wzieli slub, ktorego nie akceptowalam, facet ma 2 dzieci, corke starsza i syna w moim wieku, ktory sie nie myje, nie je normalnie, nie uczy sie itd. ktorzy przez cale zycie byli rozpieszczani, wlasciwie moge to okreslic jako margines spoleczny, przepraszam za wyrazenie ale taka jest gorzka prawda.... po krotkim czasie dowiedzialam sie, ze mama wziela slub w glownej mierze dlatego, ze ta dziewczyna zaszla w ciaze(byla najwieksza puszczalska w miescie) i ukryla ja przez 9 mcy(ojciec NIC nie zauwazyl) no i dowiedzial sie po fakcie. zalamal sie a mama stwierdzila ze musi MU pomoc. zostawila dom, prace, nie myslala o mnie, nic ja nie obchodzily moje prosby i nie tylko moje, i byla naiwna az do bolu dla faceta. po przeprowadzce zaczal sie koszmar,od poczatku nie bylam akcepowana , (siostra tak bo jest mlodsza, )dlatego ze bylam ulozona, grzeczna, kulturalna dziewczynka no i przeciez bylam intruzem. zaczeli sie nademna znecac psychicznie, nie chce o tym wspominac.. nie mowie o swietach, wspolnych posilkach, gdzie wszyscy siedzielismy w milczeniu, ja chcialam jak najszybciej zjesc i uciekalam do pokoju i siedzialam tam.. znowu SAMA.. podczas kiedy moja mama bawila obce dziecko, zajmowala sie tym domem, gotowala,nie slyszac nawet dziekuje od tej dziewczyny.. Jakos przezylam ten rok, poznalam duzo znajomych, dzieki ktory m przetrwalam, dnie spedzalam w szkole,a popoludnia, wychodzilam na cale dnie spotykajac sie ze znajomymi byle tylko nie siedziec w tym okropnym miejscu..
od poczatku zaczely sie awantury.. na poczatku o to ze zajmuje sie tym dzieckiem a tu nie dostaje wdziecznosci(absurd bo to przeciez jej dycyzja i checi! )ten mezczyzna bronil(bardzo usilnie ) swoich dzieci, moja mama niby nas tez, ale juz znacznie mniej.. awantury dzien i noc, swieta, nie swieta.. ja w tym wszystkim..
Powiem jeszcze tyle, ze mama nie poswiecala mi wogole czasu, nie rozmawiala, caly czas spedzala czas na klotniach z nim, a pozniej na placzu, nie raz wyzywajac sie na mnie..
Stwierdzilam ze nie dam dluzej rady i musze isc do szkoly sredniej gdzies daleko i naszczescie sie dostalam.
wyjechalam, zupelie sama w wieku 16 lat i musialam sobie radzic, wlasciwie nie wracalam na weekendy, a a jesli juz to tylko po to by sie zobaczyc ze znajomymi.. a caly czas trwalo pieklo...
ja niby sie wyrwalam ale przeciez caly czas martwilam sie o mame, mam tylko ja.. zdalam mature, wakacje mialam juz w maju i stwierdzilam ze nie dam rady TAM wrocic i znalazlam prace, jednak na krotko i musialam wrocic,
wrocilam na szczescie tez udalo mi sie znalezc prace, ale popoludniami tkwilam w tym bagnie.. calymi dniami plakalam nie mialam nikogo(oprocz kilku znajomych do ktorych moglam sie zwrocic) ale to przeciez tylko znajomi.. nie chcialam zyc a jednoczesnie chcialam mame z tego wyciagnac, ale ona nie chciala o niczym sluchac i tkwila w tym dalej. to wszystko bylo tak straszne ze zaczelam spedzac 16 godzin w pracy, byle tylko nie siedziec w domu..
I tak pracowalam od 7 do 23, pozniej kapiel, kolacja i spac..
Klotnie i awantury staly sie nie do zniesienia.. a moje prosby nic do mamy nie docieraly...
dla mnie jest to nie do wyobrazenia jak mozna miec dziecko, wlasne cudowne dziecko i tak zniszczyc mu zycie???!
rozne rzeczy sie dzialy, o ktorych nie chce juz pisac, ale bylo naprawde ciezko. w koncu mama byla tak rozstrojona ze stwierdzila ze chce z tym skonczyc!
nie wierzylam!
Ale wzielam sprawy w swoje rece i w kilka dni znalazlam nam mieszkanko w tym malym miasteczku ..
wyprowadzilysmy sie, jednak koszmar trwa nadal...
I tu chcialam dojsc do sedna sprawy.
moja mama.. nie daje mi zadnego wsparcia(i nie mowie tu o finansach, bo lozy mi na studia itd..) przez cale zycie nigdy mnie nie przytulia, nie powiedziala niczego dobrego, nie powiedziala kochanie, serduszko itd.. podczas kiedy do mojej siostry jak najbardziej.
zawsze mialysmy wspolny pokoj, ona przychodzila ja opatulac na noc, a moje lozko omijala z daleka.. NIE WIEM NAPRAWDE NIE WIEM CZYM to jest spowodowane, cale zycie mnie krytykowala, byla bardzo surowa podobnie jak babcia,tak jest do dzis zawsze dobzre sie uczylam, nigdy nie uslyszalam tego ze sa ze mnie dumne, to ja musze ja zawsze ciagnac za jezyk, zeby w koncu mi przytaknela ze tak jest..
nawet nie macie pojecia jak to boli byc krytykowane przez najbliza osobe na kazdym kroku i nie miec domu, gdyz przez cale zycie pamietac tylko tulaczki z jednego miejsca w drugie..
Nie wiem co to jest dom, ognisko domowe, smiechy z rodzicami, wieczorne wyglupy, rozmowy..
jesli ktokolwiek mnie spyta o najgorsze miejsce na ziemi to odpowiem ze wlasnie dom.. mam juz 20 lat, znajomosci zanikaja a ja nawet nie mam dokad wracac.. dlatego, ze nie mama ma problemy ze soba(przez to co sobie stworzyla), nie dogadujemy sie, cale zycie mi wszystko narzuca, poczawszy od kwestii wiary itd.
po tej calej sytuacji jak to nazwala "zdziczala" leczy sie u psychologa, a ze mna i z siostra nie rozmawia, jest zamknieta w sobie,wlasciwie niec nie mowi sa teraz wakacje ja siedze caly dzien w domu i nie mozna z nia nawiazac normalnego kontaktu.. a ja nie mam do kogo ust otworzyc:(( ciagle urzadza awantury o szczegoly, mam wrazenie ze wyzywa sie na mnie za swoje nieudane zycie.. a najgorsze jest to, gdy jest w gniewie powtarza ze skonczy ze soba, jak mozna tak mowic do wlasnego dziecka?!! potrafi mnie nawet uderzyc..
nie docenia tego jaka ma corke, a ja juz sobie z tym nie radze... caly czas sie ze mna kloci, nie moge na nia liczy c w zadnej sprawie( chodzi o rozmowe, WSPARCIE), jakis czas temu ooznalam cudownego, dobrego chlopaka na studiach, ze wspaniala rodzina, taka o jakiej zawsze marzylam, cieszylam sie ze to juz ten i ja w nia wejde(zwlaszcza ze dzis ciezko poznac kogos wartosciowego), przez to wszystko co przeszlam, bardzo zwracam uwage na chlopakow i nie chce zwiazac sie z byle kim...
jednak po krotkim czasie zostawil mnie, stwierdzil ze nie jest mnie wart i NIC DO MNIE NIE CZUJE a ja tyle siebie zainwestowalam w ten zwiazek, do dzis sie nie pozbieralam.. chcialam miec zwiazek idealny.. takiego jakiego niegdy nie widzialam, bylam typowa MILA DZIEWCZYNA z ksiazki DLACZEGO MEZCZYZNI KOCHAJA ZOLZY.. byl dla mnie jedynym wsparciem i wiara ze z nim stworze cos cudownego, pomimo tego ze nieiwem jak wyglada taki zwiazek...
bardzo mnie to wszystko boli, wyjechalam na studia i jestem ze wszystkim sama, przyjezdzam czasami do mamy, ale ona jest taka obojetna..
za kazdym razem urzadza awanture(jest bardzo nerwowa ) a ja juz tego nie wytrzymuje.. mam 20 lat, nawet nie zaczelam wlasnego zycia a czuje ze psychike mam 40 latki...
chyba nie musze mowic o poczuciu wlasnej wartosci, mam calkowicie zanizone, moglabym zostac Miss, a czuje sie nikim, zupelnie nikim, pomimo wszystko zawsze bylam usmiechnieta, nie poddawalam sie, ale nie mam juz sily, dopada mnie depresja, mam mysli samobojcze, nie mam skad brac sily..
Jak mam zyc? nie da sie samemu, nie da sie bez rodziny, bez domu, bez swiat(ktore zawsze spedzalam sama, nie mamy zgranej rodziny kazdy ma swoje zycie, a swieta tylko byly z babcia, takie z 'zasadami, surowe"... )
Z GORY DZIEKUJE WSZYSTKIM, KTORZY POSWIECA MI SWOJ CENNY CZAS NA PRZECZYTANIE TEGO WATKU!