No nie rozumiem tego. Wstyd mi trochę o tym pisać, ale właściwie... a niech będzie. Od pewnego czasu (czytaj: odkąd przestałam być małolatą i moje pojęcie o partnerstwie przestało wykraczać poza wesołe trzymanie się za ręce) nie jestem w stanie zatrzymać nikogo na dłużej. Był jeden wyjątek. Poza tym najpóźniej po miesiącu i to nawet nie miesiącu związku, a tych delikatnych poprzedzających go relacji okazuje się, że sorry, nie pasuję - i facet znika. Bez słowa.
Gdybym miała ogólne problemy w relacjach z ludźmi, zrozumiałabym, że może po prostu jestem jakaś odpychająca i w tym sęk. Tyle że ludzie mnie lubią i ja ich lubię. Mam przyjaciół, masę znajomych, mam pasje, zainteresowania, nie jestem bluszczem, który uwiesza się na bliskich i tłamsi. Jasne, samoocenę też mam mocno nadwątloną przez ten szereg następujących po sobie porażek, ale staram się tego nie okazywać, nie zadręczam facetów swoimi kompleksami, nie wymagam ciągłego potwierdzania mojej atrakcyjności. Nie jestem bezkrytyczna, umiem przyjąć na klatę jakieś uwagi tyczące sie mojej osoby, pracuję nad sobą. Brzydka też nie jestem, dbam o siebie, lubię swój wygląd i wiem, że się podobam. Ogólnie lubię siebie, ale bez narcyzmu.
Schemat jest nastepujący - najpierw jest totalny zachwyt moją osobą, zarówno wyglądem, jak charakterem, a któregoś dnia rano facet budzi się z myślą, że jestem mu całkowicie obojętna, co z tego, że poprzedniego dnia umierał z uwielbienia. I koniec. I znika bez wyjaśnienia, bo po cholerę mi cokolwiek wyjasniać. Mimo że o wiele bardziej wolałabym usłyszeć, co tak naprawdę we mnie nie grało, żeby móc to jakoś przepracować i naprawić, a tak nie wiem nic. Kurde no, jestem zdolna do pracy nad własnymi wadami. Sytuacje były różne - nie da się powiedzieć, że za wcześnie/za późno idę z facetem do łóżka, bo bywało różnie, że jestem zbyt otwarta/zbyt nieśmiała, bo na różnych ludzi różnie reaguję, no w ogóle nie ma reguły poza tą nagłą obojętnością po krótkiej euforii. Faceci też byli różni, o różnych charakterach. Mało tego, my się nawet nie kłóciliśmy, nie było brutalnych zderzeń z rzeczywistością, nie było przysłowiowych porozrzucanych skarpetek czy podniesionej klapy od sedesu, zwyczajnie było na to za wcześnie. Staram się być w porządku wobec każdego, przyjaciół, potencjalnych partnerów, tak mnie wychowano. Nie gram w żadne manipulacyjne gierki, bo ani nie umiem, ani nie lubię. No i już dawno nie jestem dzieckiem.
Samotność jako taka mnie nie boli, jestem mocno niezależnym człowiekiem i dobrze odnajduję się w sytuacji,w której nie zatrzymują mnie żadne zobowiązania. Nie mam palącej potrzeby posiadania faceta teraz zaraz natychmiast, byle go mieć, ba, ja lubię samotność, o ile akurat nie jestem w nikim zakochana
No ale mimo wszystko martwi mnie to. Martwię się o siebie samą, bo każda taka sytuacja sprawia, że czuję się mała, do niczego i beznadziejna i z coraz większym lękiem wchodzę w kolejne relacje. Mam wrażenie, że to już teraz rzutuje na moją osobowość, bo zamiast entuzjastycznie bawić się z człowiekiem, który mi się podoba, podświadomie się odsuwam, żeby nie doprowadzić do sytuacji, w której znowu oberwę po tyłku. Angażuję się rzadko, ale mocno i zawsze jest mi cholernie źle w momencie, kiedy to wszystko nagle rozsypuje się w kawałki. Teraz znowu ktoś zniknął, facet, którego znałam długo i uczucia między nami zaczęły się budzić dopiero po kilku miesiącach znajomości, przedtem przeszliśmy przez fajne, szczere kumplowanie. No i go nie ma, zniknął jak zwykle, zachwyt się skończył.
Dziewczyny, czy któraś z was była w podobnej sytuacji? Nie jestem w stanie sama określić, co ze mną nie tak, a pewnie coś jest nie tak, skoro to wszystko tak się rozwala. Myślałam o psychologu, ale jakoś mi głupio stanąć przed obcym człowiekiem twarzą i twarz i powiedzieć, że najwyraźniej jestem jednorazówką.