chcialabym poruszyc na forum temat naszych szanownych tesciowych.ja osobiscie swojej nienawidze.pierwszy raz w zyciu kogos nienawidze.zaczne od poczatku.mam za soba nieudane malzenstwo,z ktorego mam corke.gdy poznalam swojego obecnego meza,moja tesciowa od razu mowila o mnie synowa a o corce-wnuczka.przyjezdzala z zakupami,z obiadkami,czasem cos ugotowala,posprzatala,wyprasowala i dawala pieniadze na co tylko chcial moj maz.zle sie z tym czulam,mowilam o tym i uslyszalam-tak jest w naszej rodzinie,musisz sie przyzwyczaic.nadeszly gorsze czasy...zaczelam chorowac,trwalo to kilka miesiecy nim lekarze wykryli co mi jest,czekala mnie operacja.w miedzyczasie stracilam prace.tesciowie dawali pieniadze,robili zakupy i rzadzili.osobiscie nigdy nie wzielam od nich grosza,nawet gdy dawali mnie pieniadze do reki,nie bralam ich...zaczelam glosno mowic o tym,ze tesciowa za duzo chce kierowac naszym zyciem...twierdzila,ze daje tylko dobre rady(rady te brzmialy min."musicie").zaczelo sie gadanie do mojego meza,zeby sie dobrze zastanowil nad zwiazkiem ze mna,kiedy zblizal sie termin naszego slubu,byla coraz bardziej niezadowolona,porownywala mnie do bylego meza swojej corki,ktory byl hazardzista,alkoholikiem i damskim bokserem,mowila ze nie chce mi sie pracowac(ja pracowalam na umowy zlecenia,kiedy tylko nadazala sie taka okazja),non stop gadala,gadala,gadala.moj maz spokojnie sluchal,powiedzial,ze ma nie mowic tego przy nim po czym rozmawial z nia,jak gdyby nigdy nic.ale dopiero po slubie zaczelo sie prawdziwe pieklo.okazalo sie bowiem,ze jestem w ciazy,bylismy tacy szczesliwi,oczywiscie po tesciowej zadowolenia nie bylo widac.w 6 tyg poronilam.w chwili,gdy oplakiwalismy nasze dziecko,zadzwonila tesciowa i zaczela ochrzaniac mojego meza,ze nie idzie w sobote do pracy(dodam,ze maz nie pracuje w rodzinnej firmie).zadzwonilam do niej po chwili i powiedzialam jaj,ze gdyby ja to zainteresowalo to wlasnie stracilismy dziecko wiec moglaby sie chociaz dzis powstrzymac od takich rozmow(wiedziala,ze jestem w szpitalu,ze plamie)a ona na to,ze moglismy nie wyjezdzac na wakacje to dziecku nic by sie nie stalo(bylismy w podrozy poslubnej).powiedzialam,ze nie zamierzam tego wysluchiwac wiec sie zegnam i wylaczylam telefon.dostalam smsa,ze ona nie da sie przeprosic za to,ze rzucam sluchawka i mamy nie liczyc juz na jej pomoc(finansowa).bylo gadanie do mojego meza na okraglo,a najgorsze,ze on zazwyczaj mnie nie bronil,wysluchal i rozmawial z nia jakby nic sie nie stalo,nieraz bylam tego swiadkiem.
od 2 tygodni niemam z nia zadnego kontaktu,poniewaz slow z jej ust bylo juz za wiele,ze sie opier...alam,ze strata dziecka to wylacznie moja wina,ze ich(tesciow)wycyckalismy z pieniedzy(ja nigdy nic nie bralam,o nic nie prosilam,zawsze robil to moj maz),zaczela buntowac przeciwko mnie pozostala czesc rodziny,wiec tesciu sie dolozyc slowami,ze mam sobie palcem w du... pogrzebac.pojechalismy z mezem na rozmowe.to byla jego decyzja,powiedzial swojej matce,zeby sobie przemyslala to co teraz powie i dopiero jak to zrobi ma sie odezwac do niego,w przeciwnym razie on nie chce kontaktu.mowil o tym,jak nieustannie krytykuje jego,mnie,jak sie wtraca,ze nie widzi,ze ma doroslego syna,ze probuje nas rozdzielic,ze ona ma rodzine,a jemu jego rodzine chce odebrac.oczywiscie byla oburzona,stwierdzila,ze to moja zasluga,ze nastawilam meza przeciwko rodzinie,ze traktowala mnie jak corke(dobre sobie).zadzwonila nastepnego dnia do meza i oczywiscie placzac do tel probowala nim manipulowac,odwrocila kota ogonem,ze jej serce matki tego nie wytrzyma,ze niby zyczy nam szczescia,jak my mozemy z nia w ten sposob postepowac,ze nie wie o co mamy zal.maz wyjasnil jej telefonicznie po raz kolejny,o co mamy zal,nic nie zrozumiala,zrobila z siebie ofiare.po skonczonej rozmowie maz stwierdzil,ze do niej pojedzie jeszcze raz jej to wyjasnic.oburzylam sie,bo udalo jej sie nim zmanipulowac.zreszta zadzwonila po 10 minutach i gadala z nim o drukarce,jakby nic sie nie stalo.ta kobieta jest chora,chce rzadzic wszystkimi i uwaza,ze wszystkich sobie kupi za pieniadze.bylam swiadkiem jak mojemu 28letniemu mezowi przylozyla w tylek,w glowe.nieraz widzialam,jak bila swoja 2letnia wnuczke.tesciu na okraglo pije,tesciowa chce rzadzic wszystkimi dookola,ja juz nie daje rady.maz teoretycznie jest za mna,ale ....pare przykladow....prezent slubny dla mnie kupila mu mamusia,kredyt zalatwila mamusia,mamusia robila mu sniadanko do pracy kiedy ja bylam na nocce,a tatus mu to sniadanko przywozil,pieniadze z konta wyciagala mu mamusia...a kiedy maz pomagal mi w domu np.odkurzyl mieszkanie,wysmiewala go i mowila,ze zalozylam mu fartuszek.maz skarzyl sie mamusi,ze czasami nie ma w domu obiadu(raz na pare miesiecy bylo danie ze sloika na obiad),ze nie potrafie szyc na maszynie(doprawdy-tragedia).
po ostatnich wydarzeniach ja powiedzialam wprost-tescow nie mam,oni nie maja synowej i ze nie chce,zeby nasze przyszle dzieci mialy kontakt z nimi.maz stanal w obronie mamusi...mam ja szanowac chocby za to,ze go urodzila...ze zasluguje przeciez na kontakt z wnukami... NIE ZASLUGUJE. moj maz oraz szwagierka lecza sie u terapeutow,psychiatrycznie,tesc pije...a wszystkich wykonczyla mamusia....tylko nikt tego nie widzi.mam dosc tlumaczenia mezowi w kolko tego samego,ostatecznie to on zaprowdzil mnie do psychologa,kiedy mialam mysli samobojcze,bo nie moglam juz wytrzymac...widzial,co sie dzieje i nadal nic nie rozumie.malo tego,chce od tesciow brac pieniadze,pokaze im tym samym,ze jest od nich zalezny i moga wszystko(dodam,ze nie potrzebujemy pomocy finansowej),ale maz stwierdzil,ze ich wykorzysta.niestety jest materialista.nie mam juz sil walczyc o nas,o siebie...i z tesciowa i z nim...wydaje mi sie,ze on nie chce mnie zrozumiec,bo mamusia zawsze byla i bedzie najwazniejsza.maz jest zdania,ze ona juz sie nie zmieni i taka poprostu jest...ale ja nie bede chodzic pod jej dyktando...to mnie wykancza.bardzo kocham meza,wiem ze on mnie rowniez,ale nie jest w stanie postawic sie w mojej sytuacji i mnie zrozumiec.zaczynam watpic,czy kiedykolwiek bedzie w stanie odciac pepowine...a jesli nie bedzie w stanie,nasz zwiazek moze nie przetrwac:(