Dobry wieczór
Mam 38 lat i przeżyłem zdradę mojej żony. W pewnym momencie mego życia zostałem dyscyplinarnie zwolniony z pracy (finanse). Po kilku latach wojny z korporacją dowiodłem swoich racji przed sądem. Początkowo (ok. 2 m - ce) moja żona mnie wspierała i dodawała mi otuchy. Było, minęło.
Zmieniła pracę i stała się księgową w szkole. Tam był pan od WF. I się zaczęło. Wiedziałem o wszystkim od pierwszego dnia (przeczucie). Mimo tego romans trwał przez pół roku. Miałem między innymi Święta, kiedy żona szła do niego. Zostawałem sam z dziećmi (mamy 2). W końcu się skończyło. Miałem dość i byłem kłębkiem nerwów. Wyjechałem do Warszawy. Urządzałem się na nowo (nierzadko ze łzami w oczach - taki ze mnie twardziel).
Teraz wróciłem ale nadal coś we mnie siedzi. Nie usłyszałem słowa "przepraszam", nie porozmawiała ze mną o tym, nie wiem dlaczego i za co. Gdyby nie dzieci, z których jestem dumny i które kocham nad życie, to nie wiem czy bym dał radę. Najgorsze jest to, że ona jest kobietą, która pomimo swej oziębłości, potrafi doprowadzić mnie do wrzenia. Miotam się. Nie usłyszałem ani razu od momentu zdrady (6 lat), że mnie kocha.
Nie wiem co robić i chyba zaczynam wariować.
Marcin