netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

22 odpowiedzi8 106 wyświetleńzałożony przez Marecky, 16.08.2010

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 23 ]

1

Temat: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Witam wszystkich
Postanowiłem na tej stronie się wygadać,gdyż w zasadzie otym co spotkało moje małżeństwo mogę porozmawiać jedynie z moją terapeutką..
Tak...jeszcze nie tak dawno uważałem ze jestem dobrym mężem bo skoro pracuję,pomagam w domu,robię zakupy ,nie piję nie palę to moja żona jest ze mną szczęsliwa,nie było zdrady,nasze pożycie małżeńskie układało sie bardzo dobrze.Potrafiliśmy zgodnie układac plany na zycie -chcielismy kupic dom,starac sie o dziecko,rozsądnie planowaliśmy wydatki,potrafiliśmy wybrac wspolnie miejsce na wakacje itp
Koszmar zaczynał sie wtedy,gdy pokłócilismy sie o naprawde drobiazgi,wręcz banalne głupstwa typu dlaczego nie zrobiła prania,skoro cały dzien ma wolne.od słowa do słowa wybuchała wielka awantura tak naprawde o nic.I potrafiliśmy nie odzywac sie przez to do siebie nawet miesiąc.Wiem,że to chore co pisze ale tak było,potrafiłem czepiac sie dupereli,a najgorsze jest to ze nie czułem sie winny temu.Cóż teraz zrozumiałem,żeponoszę odpowiedzialnosc za to bo przeciez prowokowałłem swoim zachowaniem.Dodam,ze po takich jazdach ze mnie te napięcie gdzieś opadało,uciekało ze mnie i dla mnie wszystko było ok.Zona to jako kobieta bardzo wrażliwa magazynowała to w sobie....aż powiedziała dość,nie chce żyć w takim toksycznym związku,nie jest szczęśliwa,ja wg niej nigdy sie nie zmienię,tyle razy obiecywałem.Po tych naszych cichych tygodniach próbowała ze mną rozmawiać,lecz był to przewaznie monolog-ja przyznawałem jej rację i dawałem sobie z tym radę jakies....3m-ce.
Doczekałem sie i mam za swoje,z końcem czerwca zmieniła mieszkanie,ja wyprowadziłem sie na stancje,dodam ze mieszkamy w Anglii.Rozumiem,że ciezko w tym sie połapac-ja sam siebie nie rozumiem jak mogło tak sie to skończyć i czytając to po raz kolejny,po raz kolejny czuje sie podle ze jestem takim palantem i doprowadziłem do takiej sytuacji,ze rozwaliłem nasze małżenstwo.
Gdzieś tam dotarło do mnie,obudziłem sie troche za pożno,ale sie obudziłem....dojrzałem do podjęcia terapii,którą zacząłem w czerwcu.Do tego zacząlem czytac literature zwiazana z tym tematem,o miłosci partnerstwie,otrwałym związku,goszcze na tym ciekawym pouczającym forum,dużo tu smutnych historii i dokładam swoją.
Wiecie co,otworzyły mi sie oczy,zaczynam wiele pojmować,zaczynam rozumieć jak czuła sie moja zona,jak jej bylo zle,jak czula sie w tym wszystkim samotna.Widze wiele rzeczy teraz,których nie potrafiłem zobaczyć wczesniej,najgorsze,ze nie potrafiłem z nia porozmawiać a teraz kiedy cos zaczyna we mnie pękac i otwierac sie Ona juz we mnie nie wierzy,nie wierzy,że potrafie sie zmienić,dzis pisala do mnie ze pewnie tylko na chwile to zrobie bo dusze ym oddał,zeby dała mi szansę.
NIE SZUKAM DLA SIEBIE POCIESZENIA,ANI USPRAWIEDLIWIENIA bo wiem,ze zawiniłem,nie chce robic z siebie cierpiacego teraz chłopczyka i użalac sie nad sobą.
Wiem,ze nie dopuszcza mysli do siebie aby mi uwierzyć,bo to by oznaczało dać szansę naprawdę ostatnią.jest ostrożna,nie ufa mi,mowi ze nie kocha i w pewnym sensie jest szczesliwsza beze mnie.Tak sobie myśle,ze gdybym jej nie rozumiał o co jej chodziło powiedziałbym-tak kobieto nie pojmuje o czym mowisz,niech kazde z nas pojdzie swoją drogą.
I najgorsze jest to ze bede zył z ta swiadomością,że cos tam zrozumiałem ale zbyt póżno.
Przepraszam,duzo tu chaosu,mało składu i ładu-ale tak tez jest w mojej głowie.
POdczas jednej z rozmów z terapeutą powiedziałem,ze załuje ze nie zgłosiłem sie wczesniej na takie leczenie,bo trzeba to nazwac po imieniu,ale rozmowa ta uświadomiła mi ze to nie był jeszcze moj czas.Rok temu nie byłem na to gotowy,nie byłbym szczery tak do bólu sam ze sobą.Teraz czekam na te rozmowy jak na tlen,jak chory na kroplówke.
To,ze jeszcze sie jakos trzymam to zasługa wiary,wiary w siebie samego,że potrafie,ze mi sie uda,bo chce,bo potrafie....,cały czas bardzo ja kocham i tęsknie za jej widokiem,głosem,wzrokiem,dotykiem,usmiechem i łzy mi ciekną po policzkach...
Mam wielkie pretensje nie do losu,do innych,do Niej....do samego siebie.

2

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Masz w sobie tak dużo żalu do samego siebie,  o tak wiele siebie obwiniasz...Teraz rób wszystko co możliwe by ją odzyskać- byś w tej kwestii nie mógł sobie nic zarzucić.
Być możne w niej "coś pękło" i powiedziała dość...zebrały się w niej te wszystkie tłumione, negatywne uczucia i uwalniając je, uwolniła się od ich przyczyny- ciebie. Kiedyś byłam w podobnej sytuacji, też przed kimś uciekałam, już nie słuchałam, już nie chciałam rozmawiać...a jednak walczył każdego dnia, rozmawiał, słuchał, a potem jeszcze raz to samo...aż te uczucia wszystkie złe znikły i spojrzałam inaczej na niego, zauważyłam zmianę- ale nie tylko słowa czyny... Teraz zrozumieliśmy problemy trzeba rozwiązywać , a nie przemilczać, trzeba słuchać się nawzajem, a kiedy atmosfera robi się napięta...to policzyć do 10 ..i spróbować jeszcze raz, na spokojnie, wyjaśnić problem.

3

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

oj narobiles wiele zlego...ale oprzytomniales, a to wazne.
czy ona wie o tym ze odjeles leczenie?? czy wie jak sie strasz?? mysle ze teraz mozesz kazdego dnia udowadniac ze sie zmieniles, badz blisko, na tyle ile ci pozwoli. nie rozwiodla sie wiec mysle ze jeszcze sama nie jest pewna.
zycze powodzenia bo co robic to mysle ze wiesz

4 Ostatnio edytowany przez marecki0473 (2010-08-16 23:13:00)

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Tak,wie o terapii.Napisała-do końca roku musimy poukładać się psychicznie,myślę ze z poczatkiem nowego roku bedziemy rozmawiac o rozwodzie,bo to bedzie najwyzszy czas,zeby cos z tym  zrobic.
Tak wie jak sie staram,chciałem jej pożyczyć jakies tytuły,ale odpowiedziała,ze juz sie naczytała psychologicznych ksiązek.
Napisała też:nie rób sobie nadzieji,ja już NIGDY do Ciebie nie wrócę...Musisz to sobie w głowie poukładać,bo nie można zyc stale mając nadzieje.Ja nie zmienie zdania.

5

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

trzymam za ciebie kciuki...staraj sie,najwazniejsze ze zdales sobie z tego wszystkiego sprawe...pokaz jej ze jestes innym czlowiekiem i ona jest dla ciebie najwazniejsza...ile ja bym dala zeby moj byly doszedl do tego samego wniosku:(

6

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Walcz choc to bedzie trudna walka, ale walcz o nią, o Was, dobrze że zrozumiałeś że robiłeś źle, myslę że z czasem i ona to zrozumie, w tej chwili jest rozgoryczona i nawet jak powiedziała ze nigdy do Ciebie nie wróci to jest nadzieja że bedzie inaczej. Zyczę duzo samozaparcia i cierpliwości.

7 Ostatnio edytowany przez zdradzony (2010-08-17 01:07:53)

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Wiecie co!! jak czytam tego posta to ja już sam nie wiem kto był zły ja czy ona?
moja była też nic nie robiła w domu nie sprzątała nie gotowała nie prała wszystko ja robiłem
i czasem też się kłóciliśmy o to  bo jak przyszliśmy z pracy to ja musiałem robić bo ona była zmęczona,
Jak bym nie ugotował to bym nie zjadł i ona też.
czyli co miałem nie jeść i nie spać a moja żona tylko śpi i komputer.
A i zapomniałem dodać ale na sklepy by sobie kupić coś do ubrania miała czas i nie brakowało jej snu.
To czy ja też zawiniłem przecież rozmawiałem wiele razy i prosiłem by pomogła,a nie robiła za mnie.
Ale przecież kochający się ludzie powinni sobie pomagać? czy ja coś żle rozumiem?

a i dodam że jeśli jesteś pewien że zawiniłeś to walcz o nią .

8

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Zdradzony... jak widać związek to nie tylko przyjemność, ale i obowiązki. Niestety nie każdy człowiek wyniósł z domu naukę, że domem wspólnie trzeba się zajmować a obowiązkami dzielić. Ja tą kwestię omówiłam z partnerem wiele lat temu, powiedziałam że nie będę sama wszystkiego robić, nie godzę się też na to żeby od czasu do czasu mi pomógł...mamy się równo dzielić ...bo oboje pracujemy,  więc zwalanie na obowiązków tylko na jedną osobę jest nie w porządku. Szkoda, że nie udało wam się dogadać...

9

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

zdradzony, nie przeginaj sprzątać prać i gotować zaróno jedno jak i drugie może. Jeżeli kobieta ic w domu nie robi to raczej nienormalne. Ale to samo się odnosi do facetów. Nie doszukuj się w tym problemu, bo to kwestia dogadania, jeżeli jedno drugiemu w domu nie może pomóc, bo mu się nie chce , to jest jedynie wyraz olewania i braku szacunku, zarówno do partnera jak i do sibie. Sa mężczyźni i kobiety, którym się wydaje że są tak wyjątkowi, że za to że po prostu są i pozwalają być ze sobą to im się należy odwalanie roboty za nich. Im się należy tylko to co najlepsze najwygodniejsze i najwspanialsze. Oni mają w ..... swojego partnego i to jest nienormalne. Czy mozna powiedzieć że w takim razie łączy ich miłość. Śmiało powiem, że ta osoba któa jest w stanie, albo robi coś dla swojego parntera ma na pewno do niego szacunek i wspomniane uczucie. Ale to jazda w jednym kierunku - oddalaniu się oddalaniu się bo nie ma miłości z dwóch stron. A autor tego wątku pisze o zupełnie czymś innym o uczuciach o nieporozumieniach. Zdrzadzony, autor pisze o tym że wstąpił na ścieżkę oświecenia w sferze zroumienia potrzeb związku. Ty jesteś piętro niżej.
O kurde nie zrozum mnie źle. Twój związek jest poziom niżej, wy Zyjecie obok siebie nie ma nici porozumienia, chęci i szacunku - Twoja żona jest dziewczynka, która ciągle myśli, że mamusia - którą Ty jesteś, będzie wszystko za nia robiła - przy takim układzie nie ma mowy o tym o czym pisze marecki. Przytoczę Ci coś co napisała pewna wypowiadająca się tu kobieta, dodam doświadczona:
[Moze to jest tak, ze to my kobiety ustawiamy naszych panow w takiej bezradnej roli bo potrzebujemy... nie wiem(?) czuc przewage, albo sile(?)... wiec przyjmujemy pozornie role sluzebna by zawladnac panowanie nad domem.... i to prymitywne powiedzenie o szyi i glowie w domu... Czyz to nie obrazliwe dla naszych panow.
Moze powinnismy gleboko zastanowic sie co to partnerstwo? i ostatnie pytanie..
Czy nie przeszkadzaja nam w tym partnerstwie i normalnym traktowaniu sie jako ludzie a nie jako kobieta i mezczyzna, te glupie stereotypy narzucajace nam co powinna kobieta a co powinien facet w domu. A na strazy tych powinnosci najczesciej stoja tesciowe.
Trzeba wylamac sie z tego dziadostwa powinnosci i tradycji "rol plci".. zeby mozg troche odswierzyc.

odwróc role kobiety i mężczyzny w tym wsyzstki , .... a teraz się zapytaj czy właśnie taki układ ma sens - tak to jest normalen pratnerstwo,, rola kto sprząta czy robi zakupy odchodzi na dalszy plan, ważne by się uzupełniać.
Wiesz jak jest w moim małżeństie ....
Ja lecę umyć gary w te pędy, albo robię inne domowe rzeczy nie ze względu na podział taki albo inny obowiązków - ale po to by odciążyć moją żonę, ona i tak sobie znajduje w między czasie wiele innych zajęć, które trzeba zrobić, a robimy je rónolegle, zostaje, odkurzanie, pranie i prasowanie - czego akurat ja nie lubię, ale jak jest mecz ... no to czasem mi się zdarzy i to. Gdyby ona musiała robić to sama zajełoby jej to prawdopodbnie resztę dnia, a na koniec byłaby umordowana. Wcale nie robię tych rzeczy by się przez przypadek nie przepracowała - mam własny interes w tym - wyręczając ją w wymienionych rzeczach sprawiam, że ona może poświęcić więcej czasu mnie, albo dzieciom - rodzinie - i to jest mój intreres, moja prywata polega właśnie na tym, juz nie wspomnę że sporo sił jej zostaje potem na łóżko. Podumowując, wykonuję czynności domowe, po to by moja małżonka nie musiała poświęcać im całego swojego czasu. By ten czas poświęciła nam - rodzinie. Bo obydwoje czerpiemy radość z tego że jesteśmy ze sobą, że wspólnie spędzamy czas, że rozmawiamy, że razem pijemy kawę, że chodzimy na spacery, że oglądamy filmy.
Jeżeli Wy zostajecie na etapie garów i to jest celem samym w sobie - a po wszystkim rozchodzicie się do swoich kątów, to jakie ma znaczenie kto umyje te garnki? Skoro i tak nie spędzacie ze sobą czasu? Może lepiej nawet byś Ty je zmywał, masz doświadczenie, bo kłótnie dla samej kłótni psują tylko nerwy. No chyba że lubisz się kłócić , szkoda zamieszania, szkoda czasu. Jeśli potem po tych wszystkich czynnościach nic Was nie łączy i oddalacie się od siebie? Mam kontynuować, czy juz się domyśliłeś? Mycie garnków nie jest istotne, pytanie o nastawienie do tego, oczywiście jeśli pragniecie siebie, kochacie się zależy Wam na Was, sznujecie się to dojdziecie raz dwa do podziału kto co i kiedy inaczej jedynie egzystujecie. Rozmowa i jeszcze raz rozmowa - ale szczera, bez podtekstów i obwiniania się.

Marecki, zazwyczaj jestem za tym żeby ratować związek, walczyć do ostatniego i zazwyczaj podsycam to. Powiem Ci że gdy ogarniesz to wszystko o czym piszesz że zrozumiałeś, możesz się stać cennym nabytkiem tego forum, bo teraz juz wiesz jakie rzeczy są prawdziwie potrzebne dla związku i może będziesz w stanie pomóc to zrozumieć innym, którzzy tego nie dostrzegają. Chłopie odwaliłeś kawał bardzo dobrej roboty. Przeanalizowałeś sprawę, otworzyłeś się na inne aspekty, nauczyłeś sie patrzeć na sprawy z punktu trzeciej osoby - albo drugiej - jak wolisz. Umiejąc wyłapać swoje błędy zaszedłeś już naprawdę daleko - umiejąc je nazwać po imieniu jesteś u celu, teraz to posypie się jak lawina olśnień i zrozumienia. O ile juz to nie nastąpiło. Jeśli CI się uda będzie kobieta z Ciebie bardzo zadowolona, jesli się nie uda to inna.
Jednak co do szans na powodzenie u Ciebie, przemyśl to na chłodno. Nie chcę być złym prorokiem. Ale ten tekst który rzuciłeś w ostatnim poście świadczy o tym że ona podjeła już decyzję. Powiem więcej, wiesz o niej - piszesz, że po nowym roku będziecie znów rozmawiać pewnie o rozwodzie, ale Ty się tym nie przejmujesz. Zatem wiedz, że ona sprawdziła juz jak długiej separacji potrzeba, by mieć szansze na rozwód zakładając wasz staż małżeńśtwa. TO jest już wyrachowanie. Teraz tylko nie chcąc byś zbyt radykalnie działał, uspokaja Cię , choć nie pozostawie pewnie nadzieji. Przykro mi.

10

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Dunkis

Mysle że cię wyobraznia poniosła współczuję ci dziwnie gadasz, a myślisz że po co ja to robiłem i po co rozmawialem bym ja spał przeczytaj kilka razy a dopiero się wypowiadaj.Albo nie pisz wcale.

11

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Dziwnie gadam o czym? O garach, o tym, że Marecki zrobił więcej dla swojego związku, coć trochę za późno, niż Ty? O czym dziwnie gadam o Mareckim, o osobie czy o Tobie - nie bardzo rozumiem do czego się odnosisz? Co to za argument dziwnie gadasz? Mało przekonywujący! Jeśli takich używasz w stosunku do swojej żony, wcale się nie dziwię, że żyjecie obok siebie. Rozwinąłem myśl Alexytymia. Ale dobrze, skoro sobie tego życzysz nie będę poświęciał Twojemu tematowi więcej uwagi, w końcu to nie Twój wątek i skupię się na autorze.

12

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Marecki, szczerze życzę Ci powodzenia w związku ale powiem Ci na własnym przykładzie, że kobiety są na prawdę silne i jesli postanowią, to nic ich nie zatrzyma. Mając 18 lat zostawiłam chłopaka. Byliśmy razem 3 lata. On tak jak Ty, całe 3 lata obiecywał zmiany. Nie było nam ze sobą najgorzej ale ja pragnęłam czegoś więcej. Na prawdę bardzo się starałam, żeby się zmienił. Czasem próbowałam go zostawić, były krokodyle łzy i obietnice bez pokrycia. W końcu przy którejś kłótni, kazał mi wyjść z domu. Powiedziałam mu: Wiesz, że jeśli teraz wyjdę, to nigdy w życiu mnie nie zobaczysz?. Powiedział ok. Tak też się stało. Ze stresu schudłam 10kg. Nachodził mnie, wydzwaniał, pisał smsy, co sprawiło, że jeszcze bardziej go nienawidziłam. Teraz, po prawie 3 latach mu wybaczyłam ale nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Nawet gdyby wtedy, po rozstaniu zachowywał się inaczej, nie zmienił by mojej decyzji, ja już ją podjęłam i koniec. Uczucia się we mnie skumulowały i dosłownie z dnia na dzień stał mi się obojętny. Przykro mi to pisać, ale tak było u mnie. Co nie zmienia faktu, że życzę Ci, żeby się Wam ułożyło. Powodzenia

13

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno
marecki0473 napisał/a:

,ja wg niej nigdy sie nie zmienię,tyle razy obiecywałem.Po tych naszych cichych tygodniach próbowała ze mną rozmawiać,lecz był to przewaznie monolog-ja przyznawałem jej rację i dawałem sobie z tym radę jakies....3m-ce.

Czy wtedy tez czules, ze ona ma racje, ze wszystko zrozumiales, czy przytakiwalaes ale w duchu myslales, zeby juz skonczyla ta glupia gadke?... i wystarczylo to na 3 miesiace?

marecki0473 napisał/a:

Doczekałem sie
I najgorsze jest to ze bede zył z ta swiadomością,że cos tam zrozumiałem ale zbyt póżno.

No chyba nie jestes na lozu smierci? Zrozumiales w odpowiednim czasie dla siebie...choc moze zbyt pozno dla WAS.

marecki0473 napisał/a:

Wiem,ze nie dopuszcza mysli do siebie aby mi uwierzyć,bo to by oznaczało dać szansę naprawdę ostatnią

A skad pewnosc, ze to ostatnia szansa? Moze ostatnia juz byla?

Przepraszam, ze ostro ale z Twojej wypowiedzi wnioskuje, ze Ty nie chodzisz na zadna terapie i daleko Ci jeszcze do zrozumienia Twojego problemu.
Kazde Twoje zdanie to dowod na to.
Przykro mi.
Jesli byles naprawde, w co nie chce mi sie wierzyc, to niewiele razy i daaaaleka droga przed Toba.


marecki0473 napisał/a:

Przepraszam,duzo tu chaosu,mało składu i ładu-ale tak tez jest w mojej głowie.

Wiem, idz na terapie. ale tak naprawde. Nie po to by ja odzyskac, tylko po to by odzyskac siebie.


marecki0473 napisał/a:

nie byłbym szczery tak do bólu sam ze sobą.

A teraz jestes? Nieeee

14

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Bardzo dziękuję za Wasze wypowiedzi,są dla mnie niezwykle ważne i cenne.
Cały czas ponawiam próby ratowania naszego małżeństwa,lecz skutek tego żaden.Nie wiem gdzie mieszka moja żona-pozostaje mi rozmowa przez tel i sms.Nie chce sie ze mną kontaktować bo tak nam bedzie łatwiej przez to przejsc-tak powiedziała...Podczas ostatniej naszej rozmowy tel. sprowokowana przeze mnie powiedziała:co ty tam wiesz czy nie kocham,rozsądek mi mówi ze tak lepiej....
Jeśli chodzi o terapię to cały czas uczęszczam i korzystam i biorę z nie garściami tyle ile potrafię.tyle ile udzwignę...Nie wiem jak bym sobie poradził sam z tym wszystkim.
Minęło prawie półtora miesiąca od mojego posta,doszły jeszcze kłopoty mieszkaniowe,brak internetu,pijaństwo ludzi z którymi mieszkałem,interwencje policji....koszmar.Czasami sam siebie pytam,skąd człowiek bierze tyle siły by przetrwać,baa aby walczyć.
Myśle,że Dunkis ma rację w 2 kwestiach:że mogę być cennym nabytkiem tego forum oraz że bedzie kobieta ze mnie zadowolona tylko oby nie miał racji ze ta inna

15

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno
Dobrem nie jest samo życie,lecz piękne życie.

16

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

"potrafiłem czepiac sie dupereli,a najgorsze jest to ze nie czułem sie winny temu."

Między innymi dlatego mój związek zaczął kuleć, a potem się rozpadł...
Super, że na innych płaszczyznach się dogadywaliście, ale nie są ważne wspólne plany wyjazdowe itp. tylko to co się dzieje na co dzień w domu.
Byłam w związku z terrorysta w tym swoim perfekcjonizmie, który non stop mnie sie czepiał, a dlaczego to, a dlaczego tamto, straszne, zaczęłam się źle czuć we własnym domu, a to najgorsze, co może sie wydarzyć między dwojgiem ludzi...człowiek (bo i kobieta, i mężczyzna) potrzebuje cierpliwosci, szacunku i zrozumienia. Praca, ciągłe zabieganie powodują, że w domu chcemy odpocząć, a nie słtszeć wyładowującego się negatywną energią partnera. Nawet najodporniejsza kobieta po prostu przez "te drobiazgi" nie da rady.

Doskonale, że chodzisz na terapię, jesteś jednym z niewielu mężczyzn, którzy postanowili walczyć ze swoimimsłabostkami, a nie spakowac się i poszukać innej przystani....

Szacunek wielki. Mój były niestety nie zauważal, jaką mi robi przykrość skupiając sie na rzeczach mało istotnych nie zauważając jak go kocham i jak sie staram..

Nie naciskaj na żonę, ona musi zobaczyc, jak Tobie zależy - stań na rzęsach chłopie, żeby tego nie zniszczyć!

17

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

do Dunkis:

"Jeżeli Wy zostajecie na etapie garów i to jest celem samym w sobie - a po wszystkim rozchodzicie się do swoich kątów, to jakie ma znaczenie kto umyje te garnki? Skoro i tak nie spędzacie ze sobą czasu? Może lepiej nawet byś Ty je zmywał, masz doświadczenie, bo kłótnie dla samej kłótni psują tylko nerwy. No chyba że lubisz się kłócić , szkoda zamieszania, szkoda czasu. Jeśli potem po tych wszystkich czynnościach nic Was nie łączy i oddalacie się od siebie? Mam kontynuować, czy juz się domyśliłeś? Mycie garnków nie jest istotne, pytanie o nastawienie do tego, oczywiście jeśli pragniecie siebie, kochacie się zależy Wam na Was, sznujecie się to dojdziecie raz dwa do podziału kto co i kiedy inaczej jedynie egzystujecie. Rozmowa i jeszcze raz rozmowa - ale szczera, bez podtekstów i obwiniania się".


100% racji, fajny z Ciebie facet musi być:):)

18

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

marecki, może nie spodoba Ci się to co napiszę, ale ja uważam,ze ludzie sie nie potrafią do końca się zmienić tak jak deklarują. Sama przezyłam olśnienia swojego partnera, który kiedy uświadamiał sobie, ze może mnie starcic na zawsze nagle rozumiał swoje błędy. Niestety kiedy wracałam sielanka trwała hmmmmm ze 3 m-ce. Owszem nie mogę powiedziec, że nie zmienił nic, ale i tak zgrzyty są. Podziwiam Cie jednak, ze jako facet potrafisz pójśc na terapię i próbowac poznać siebie. Zyczę Ci powodzenia, a może z drugiej strony  odkryjesz, ze Ty w rezultacie nie chciałes tak żyć, wszystko jest możliwe. Jeżeli chodzi o Twoją żonę to całego posta poświęciłeś obrzucaniu siebie błotem, pamiętaj wina zawsze jest gdzieś po środku, bo czy nie jest winą Twojej żony (pisałeś, ze znosiła to wszystko bez słowa, tłamsiła w sobie)że nagle wybuchła, może wcześniej mogła dawać sygnały, próbować z Tobą rozmawiać bo inaczej podejmie radykalne kroki ku zmianom dot. Was?

19

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Dunkis: jestem Twoją fanką.
Marecki: cóż, mogę Ci napisać kilka zdań jako "osoba z drugiej strony barykady". Większość z nas kobiet jest w stanie wiele znieść w imię miłości, przywiązania, rodziny. Ale jest jeden warunek - że druga strona też coś od siebie daje.
Jeśli tego nie ma, to z czasem większość z nas uruchamia instynkt samozachowawczy, który mówi: UCIEKAJ.
Wybacz, ale wcale nie dziwię się Twojej żonie, że już Ci nie wierzy? Sam oceń, ile razy ją zawiodłeś obiecując zmiany.
Ale popieram to, co napisał Dunkis - jeśli naprawdę się zmienisz, to masz szansę na stworzenie kolejnego już udanego związku. Nie poddawaj się, kontynuuj terapię.

20

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

A ja życzę wszystkim powodzenia smile

21

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Hej Marecki!
Odnalazłam Twoją historie i wiesz co po przeczytaniu jej uważam ,że nietylko Ty byłeś winny.Ona tez przyłożyła się do tego co się stało.Nigdy nie jest tak ,że tylko jedna strona jest winna.Zawsze są dwie strony medalu.Tak się zastanawiam jak długo się znaliście przed śłubem i czy wcześniej ona nie widziała,że masz wady zresztą jak każdy?Skoro była w domu cały dzień a obowiąków zażdnych nie miała bo dzieic nie macie więc dlaczego nie zrobiła pożadku w domu.Przecież dom to wizytówka pani domu.Ja nie mówię,żeby to było muzeum ale pożadek i ład musi być.Ona jakokobieta powinna być dumna z tego,że ma czysto i pachnąco w domu,że mąż wraca z pracy i cieszy sie na widok jej w czystm mieszkaniu.Ja obecnie nie pracuję i wiesz co choć mieszkamy z moją mamą t naprawdę staram sie aby w domu było czysto a obiad zawsze ciepły.Mój mąż nie sprząta i nie sprzątał nigdy bo zawsze mu albo mama albo siostra posprzatały w pokoju ale jak go poprosze o odkurzenie dywanów to zrobi to i to lepiej niż ja.Dal mnie to jest satysfakcja,że moge męża przywitac po pracy ciepłym obiadem w czystym mieszkaniu.Więc myslę,że ona też troszeczkę przyłożyła ręke do waszego roztania.Więc prosze nie bierz odpowiedzialności całej na siebie.Może za bardzo byłeś wybuchowy i ona poprostu nie potrafiła znieśc tych ciągłych krzyków.Szkoda tylko,że nie potrafiliście ze sobą rozmawiać a nie tylko boczyć się na siebie.Ja bym nie potarfiłą miesiąc zmężem nie romawiac.jak już cos tam sie popstrykamy to zawsze ja dąże do zgody staram się wyjaśnić to co zaszło.No i staram się nie popełnic drugi raz tego samego błędu.Piszesz też,że powiedziala Ci,że naczytała się psychologicznych książek ale jakoś nic z nich nie wyniosła skoro nadal sie tak zachowuje.Może i ona powinna pójść do terapeuty.Może powinna zacząc rozmawiac o tym co ją boli i drażni i wtedy może dojdzie do niej ,że też nie jest bez winy.każdy w życiu popełnia błey bo jesteśmy tylko ludżmi.Ale blędy można naprawić a przynajmnie starać sie naprawić.I każdy zasługuje na drugą szansę.Więc walcz o żonę bo widzę ,że ją kochasz bardzo mocno.A to,że on Ci mówiiz Cie nie kocha juz to nie jest prawda .Ona porostu chce schowac się za kurtyną i nie wychodzic na scenę bo sie boi.Boi się ,że znów coś pójdzie nie tak,że znowu się pokłucicie,że znowu Ty do niej będziesz miał pretensję.Więc ty musisz wziąc ją za reke i razem wyjśc na tą scene i przekonać się czy było warto wspólnie zagrać w tej sztuce jakim jest życie.Także walcz i jeszce raz walcz.

22

Odp: Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Najważniejsze to zrozumieć i uświadamiać sobie swoje błędy i starać się więcej ich nie popełniać:) pozdrawiam:

Posty [ 23 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Dojrzałem do zmiany...ale za póżno

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026