Na początku maja poznałem dziewczynę. Początek związku oczywiście jak z bajki. Na jednym z pierwszych spotkań powiedziała mi jak bardzo czekała z koleżankami na mój pierwszy telefon po tym jak wyciągnąłem od niej nr w klubie. W pierwszym związku byłem pieskiem, teraz starałem się zachowywać dystans i nie angażować się zbyt szybko.
Często mówiła jak bardzo by chciała dostac kwiaty ode mnie. Mówiłem jej, że jak bedzie mi ciągle o tym mówic to nigdy nie dostanie (ale z uśmiechem na twarzy) Po czasie gdy odpuściła, postanowiłem zrobić jej niespodziankę. Kupiłem kwiaty. Pomyślałem że odrobina romantyzmu tylko wzmocni nasz związek. Czekałem na nią gdzinę w deszczu na ulicy - jej autobus się spóżnił. Gdy mnie zobaczyła rzuciła się na mnie, zaczeła się przytulac, całować.
Kiedyś po wspólnej nocy, gdy wychodziłem rano do pracy ściskała mnie i nie chciała wypuścić. Wyglądało na to że wszystko zmierza w dobrym kierunku. I tak minęły nam 2 miesiące.
Zaczął się lipiec - ona wróciła do domu na wakacje, ja zostałem w Gdańsku.
Pojechałem do niej do domu. Długo siedzieliśmy z jej rodzicami przy stole - czego z resztą nie chciałem, ale jej matka miała urodziny i pomyślałem ze może tak wypada.
Na kolejnym spotkaniu powiedziała mi, że jej rodzice mnie nie akceptują. Jakieś absurdalne argumenty że studiuje kierunek bez przyszłości - budownictwo:D, że nie mam własnego samochodu itp.
Powiedziała że nie będzie się tym przejmować tylko robić swoje. Z racji odległości i tego że oboje pracowaliśmy ograniczyliśmy spotkania do średnio jednego w tygodniu. Widziałem że jest zaangażowana więc ja też przestałem trzymać dystans i się zaangażowałem.
W zeszłym tygodniu spędziliśmy weekend we Władysławowie, z jej znajomymi których poznałem już dużo wcześniej. Na miejscu powiedziała mi że rodzice nadal są przeciwko nam. Co więcej powiedzieli jej że jest głupia że się zadaje ze mną. Powiedziała że do jej powrotu do Gdańska najprawdopodobniej będziemy musieli się ukrywać. Wkurzyłem się, swoje nerwy trochę wyładowałem na niej i ogólnie przez swój zły humor trochę popsułem nam wyjazd. Wieczorem na imprezie po alkoholu, gdy wszystko jak się wydawało miedzy nami było już ok, zapytała czy ją kocham. Odpowiedziałem że tak. Ona powiedziała że też mnie kocha. Rano zapytałem czy nadal podtrzymuje to co mówiła wczoraj po pijaku. Powiedziała że tak, ale czułem że jakoś tak bez przekonania.
Po powrocie z Władka, zero kontaktu. Dzwoniłem do niej. Odrzucała. Napisałem smsa żeby powiedziała czy chociaż szczęśliwie dotarła do domu. Napisała ze tak i że już idzie spać.
Następnego dnia dalej milczała, ja też się nie odzywałem. We wtorek zadzwoniła. Zaczeła mnie obwiniać że się nie odzywałem ze ciagle na nią krzyczę itp. Powiedziała że jej ojciec zagroził że jak mnie nie rzuci to nie da jej kasy na studia (to jak przypuszczam już była ściema). Powiedziała też, że nie wie czy wytrzyma 2 miesiące ukrywając nasz związek. Chciałem porozmawiać z jej rodzicami, ale ona kategorycznie odmówiła.
Następnego dnia podkuliłem ogonek i przeprosiłem za swoje zachowanie na wyjeździe. Ale ona była zimna, powiedziała z triumfalnym uśmiechem - "uszy do góry, wszystko będzie dobrze", dokładnie te same słowa usłyszałem od swojej byłej, gdy za nią latałem po tym jak mnie zostawiła.
Wtedy się obudziłem.
Zadzwoniła w piątek i powiedziała że jeszcze nie wie, ale raczej chce ze mną zerwać. Zapytałem tylko co się stało, czy ma kogoś innego. Powiedziała ze nie, że jest głupia i się trochę przestraszyła tych miłosnych wyznań. Umówiliśmy się na następny dzień żeby pogadać, ale ja wiedziałem że to już koniec.
Spotkaliśmy się na mieście. Przywiozła ją koleżanka, która czekała w samochodzie i co chwila puszczała strzałki, żeby ponaglić moją dziewczynę.
Na spotkaniu była raczej spokojna, miała łzy w oczach, ale nie płakała.
Pytałem dlaczego. Ona przysiegała żenie ma innego faceta, że to przez rodziców i trochę przez moje zachowanie we Władysławowie.
Zapytała czy spotkamy się kiedys żeby pogadać. Powiedziałem że nie bo to bez sensu.
Napisałem na waszym forum ponieważ jesteście kobietami i powinnyście lepiej ją zrozumieć. Może któraś z was spotkała się z podobną historią.
Czy to możliwe żeby uczucie tak szybko w niej wygasło?
Czy to możliwe żeby tak bardzo liczyła się ze zdaniem rodziców? Nie wiem na ile ich pranie mózgu zmieniło moją oddaną dziewczynę w tę kostkę lodu która rozmawiała ze mną przez telefon od niedzieli. Ale myślę że gdyby tak było to podczas zrywania okazywała by większe emocje, płacz.
Czy mogła się tak bardzo przestraszyć tego "kocham Cie" żeby uciec?