Zdecydowałam się napisać o swoim problemie tutaj na forum, ponieważ moje życie dwa dni temu kompletnie sie zawaliło. Moj chłopak zostawil mnie poniewaz znecalam sie nad nim psychicznie w postaci przeklenst i wrzaskow. Potrafilam zloscic sie na niego o drobnostki, glownie chodzilo o inne kobiety, o niewinne spojrzenia na ulicy, nie moglam ich zniesc i za kazdym razem wyklinalam go i chcialam odchodzic. Takich klotni bylo wiele, i wiele razy mi wybaczal a ja wmawialam sobie ze odnajde sposob na moje zachowanie, ze jakos to opanuje i bedziemy zyli dobrze. Ale moje wybuchy zlosci pojawialy sie non stop, regularnie. i za kazdym razem po takim ataku mialam ogromne poczucie winy, czulam sie upokozona przed nim ze znowu go zawiodlam a przeciez mialam plan na zmianę. Zastanawialam sie co robie zle i obiecywalam sobie na nowo ze to opanuje, ze przeciez to nie moze byc trudne. Z biegiem czasu moje niekontrolowane wybuchy pojawialy sie nadal, czasami zdarzaly sie dluzsze epizody podczas ktorych bylam spokojna i wydawalo mi sie ze wreszcie moj problem sie zakonczyl, ze udalo mi sie przestawic wlasne myslenie i ze mowiac kolokwialnie, ogarnelam sie na dobre. Jednak im dluzej bylam spokojna, opanowana tym grozniejsze i bardziej zaskakujace byly moje wybuchy. Z czasem przestalam wierzyc, ze mam nad soba jakakolwiek kontrole. Stwierdzilam ze po tylu probach i rozczarowaniach kieruje mną cos znacznie silniejszego, cos co sprawia ze sama sobie nie ufam. Jednak probowalam sie oklamywac ze istnieje gdzies sposob na moja zmiane i myslalam o tym tyle razy ile razy moj chlopak dawal mi szanse. Bo ja zalowalam po kazdym razie, mocno plakalam, czulam sie pokrzywdzona poniewaz nie potrafilam opanowac swoich atakow. Mialam straszne poczucie żalu i smutku nawet wtedy, gdy wcale nie deklarowal sie ze odchodzi. To uczucie, że zrobilam zle przychodzilo samo, naturalnie. Pozniej ukladalam sobie w glowie scenariusze jak moglabym rozegrac sytuacje inaczej, lepiej.... Na ogół doskonale wiem jak powinnam sie zachowywac ale w danym momencie nie potrafie tego zrobic w odpowiedni sposob. Jestem bezsilna. Potrafily wyprowadzac mnie z rownowagi drobne rzeczy, np kiedy nie zrozumial tego, co chcialam mu przekazac zaczynalam wrzeszczec i mowic mu jak bardzo mnie nie rozumie, ze nawet nie probuje i ze mnie nie slucha... Z sytuacji na sytuacje zauwazalam ze on jest przywiazany do mnie coraz mniej ale za kazdym razem jak dawal mi szanse, coraz trudniej, ale dawal, ja czulam sie strasznie szczesliwa. Czulam sie szczesliwa ze przedluzył mi moj czas zeby odnalezc lekarstwo na swoje zachowanie. Jednak dwa dni temu zerwal ze mną, znowu poszlo o zdjecie jakiejs dziewczyny, poczulam sie pokrzywdzona ze interesuje go wiecej niz powinno, pomimo ze rozmawialismy tyle razy o innych kobietach i mojej zazdrosci do nich. Chyba nigdy wczesniej nie padly w jego strone ode mnie tak mocne slowa. Oskarzalam go o klamstwo, zyczylam mu smierci i odszedl ode mnie na dobre. A ja nie moge tego przezyc, teraz mysle w jaki sposob moglam rozegrac ta sytuacje , ze moglam to zrobic inaczej, spokojniej, normalnie... A w tamtym momencie nie potrafilam sie zatrzymac i pomyslec, moje slowa padaly jak burza, zero kontroli... Stracilam milosc tylko dlatego ze w danym momencie trace swiadomosc tego co robie, nie mam hamulca. I to jest wlasnie moj problem. Chcialabym odzyskac mojego chlopaka. Dodam, ze nigdy nie bylam jeszcze u psychologa ale wlasnie ostatnio zaczelam myslec o tym bardzo powaznie. W liceum mialam dusznosci, sciskalo mnie za gardlo, kiedy poszlam do lekarza rodzinnego ten zlecil mi spotkanie z psychologiem podejrzewajac depresję. Jednak nigdy nie poszlam na ta wizyte. Chce dodac także ze zdarzylo mi sie kilka razy w zlosci zniszczyc rzeczy, ktore dostalam od chlopaka. Raz pod wplywem zlosci (chodzilo chyba znowu o zazdrosc) pocielam nozyczkami nowozakupioną sukienke, kiedys tez roztrzaskalam aparat fotograficzny ktory takze byl prezentem. Uderzalam w niego jakims przedmiotem. Jesli mialabym opisac jakie uczucia mi wtedy towarzyszyly kiedy niszczylam te przedmioty bylo to chwilowe uczucie ulgi. W pozniejszym czasie zdarzylo mi sie rzucic jego telefonem, to bylo w przypadku kiedy on nie odpowiadal kiedy sie do zniego zwracalam, zauwazylam ze czesto mam ataki kiedy czuje sie lekcewazona. Telefon posypal sie wrecz na kawalki. Zdarzylo mi sie takze uderzyc w ekran jego laptopa, ktory takze calkowicie sie zepsul... Zaraz po tym wszystkim pojawialo sie poczucie winy, ogromnego ŻALU i chęci wrocenia czasu. Z czasem oprocz wulgarnych slow doszla takze przemoc fizyczna w postaci uderzen w twarz czy bicie piesciami w ciało. Zawsze mnie wtedy probowal unieruchomic trzymajac mnie. Dodkowo tego typu skrajne zachowania przejawialam jedynie w zwiazkach z partnerami, poza tym potrafilam miec dobre relacje z przyjaciolmi, rodziną. Moje pieklo rozpetywalo sie jedynie w zwiazkach uczuciowych, wtedy wychodzila na jaw moja zla czesc osobowosci. Chce dodac tez, ze to jest juz moj trzeci zwiazek w ktorym pojawialy sie podobne schematy moich zachowan. Kazdy z tych zwiazkow konczyl sie z tego samego powodu. Moj ojciec takze cale zycie ma problemy z agresja, ktore przede wszystkim wyraza w slowach. Klotnie w domu i przeklenstwa towarzyszyly mi od zawsze. W dziecinswie bylam nerwowym dzieckiem pod wzgledem stresu, wszystko mnie stresowalo i zawsze mialam mdlosci kazdego poranka idąc do szkoly. Dopiero w liceum sie to zmienilo. Bardzo chcialabym zeby tym razem nie stracic swojego chlopaka. Jesli ktos posiada jakakolwiek rzetelna wiedze, ktora moglby sie tutaj podzielic to bardzo prosze o pomoc. Chcialabym tez zapytac czy to wszystko co wydarzylo sie w moim zyciu to jest moja wina? Czy w takim razie ja nie zasluguje na partnera i powinnam zostac sama z tym wszystkim? Czy mam prawo domagać się pomocy z jego strony jesli mnie kocha i ewentualnie czuć do niego żal ze odszedl? Nieraz powtarzalam jemu, ze ja cierpie i ze to niesprawiedliwe ze nie obdarzono mnie umiejetnoscia budowania zdrowych relacji partnerskich...
Pozdrawiam,
M