Od razu mówie, że jestem incelem niestety.
O sobie: Facet 41 lat (dziś urodziny) żonaty od 5 lat, czyli od 36 roku życia. Wygląd przeciętny/słaby. Niestety incel, zerowe powodzenie wśród płci przeciwnej. Od 15 roku życia do 35 czyli 20 lat szukałem kobiety. Wszystkie aplikacje randkowe, tysiące wiadomości przez lata, zero efektu. Zagadywanie na ulicy - chyba setki lub tysiące dziewczyn. Wychodzenie co weekend na miasto na imprezy. Zagadywanie kobiet w pracy. I bilans jest taki: W wieku 35 lat po 20 latach (!!!!!) prób i podrywów liczonych w tysiącach udało mi się poznać kobietę z którą rok później wziąłem ślub. Miedzy 28-30 rokiem życia nawet nie pracowałem tylko prawie codziennie szukałem dziewczyny.
Żona: 29 lat. Brunetka, włosy bardzo długie, 174 cm wzrostu, szczupła, opalona, piwne oczy, szerokie biodra, bardzo zgrabna figura. Ma duże powodzenie i jest często podrywana. Jest po prostu piękna. Uwielbia gotować, zawsze pyta na co mam ochotę i wybiera takie rzeczy aby nam obojgu smakowało. Jest wyształcona i samodzielna finansowo.Jest inteligentna i możemy prowadzić długie rozmowy na różne tematy. Opiekujemy się sobą jak się coś dzieje. Jest dużo czułości, przytulamy się.
Jestem ogromnie dumny i uwielbiam z nią wychodzić, zwłaszcza jak jest tak ciepło i jest skąpo ubrana. Czuje wtedy dumę i widze, że ludzie na nas patrzą i pewnie myślą, jak to możliwe, że taki facet jest z taką laską. Uwielbiam to uczucie.
Jeśli chodzi o seks, to jest on dla mnie wspaniały. Ona jest bardzo otwarta w tych tematach i nie ma tak, że tego nie można, tamtego nie można.
Czyli można by powiedzieć wygrałem lepiej niż w lotto. 20 lat poszukiwań, tysiące podrywów, kursów, uwodzenia i dopiero po 20 latach udało się poznać kobietę i to jaką, straciłem z nią prawictwo w wieku 35 lat, a myślałem, że zawsze będę prawiczkiem.
Wszystko super, jednak dlaczego pisze ten post? Bo jest też ciemna strona tego małżeństwa, która „trochę” boli. Powiem prosto z mostu. Moja żona jest puszczalska. Pierwszy raz zdradziła mnie.... 4 miesiące po ślubie. Dowiedziałem się przypadkiem, ona chciała zachować tajemnice. Przeprosiła mnie za romans, skasowała kontakt do kochanka. I widać było, że chce mi wynagrodzić to co zrobiła. Bylismy nawet u psychologa z jej inicjatywy. Wybaczyłem.
Po roku… niestety znowu to samo. Też chciała zachować tajemnice, ale już się nawet mniej z tym się kryła. I tak przez 5 lat małżeństwa + 1 roku spotykania się miała 6 róznych romansów. Trwały około 2-4 miesiące.
Z uwagi na jej atrakcyjny wygląd, często ktoś podchodzi do niej na ulicy czy na jakiś wyjściach, wiem też, ze podrywali ją też faceci z pracy. Większości odmawia, ale czasami… no własnie. Do tego ona ma taką przypadłość, że jak się napije alkoholu to puszczają jej wszystkie hamulce. Pewnie 99% facetów ma wierne żony, ja niestety nie.
I teraz nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Mam dwie wersje w głowie.
1. Honor jest najważniejszy, powinienem od niej odejść za te liczne zdrady. Bo to nie jest jedna zdrada, którą może i większość by wybaczyła, to wiele zdrad i jestem pewny, że będą następne. Boli mnie to.
2. Wieczorem mam piękną nagą kobietę w łóżku, mam pyszne obiady, wyjazdy wpsólne, godziny rozmów, zazdrość innych facetów itp.. Jak odejde to patrząc, że szukałem 20 lat kobiety i byłem prawiczkiem do 35 roku życia i aktualnie mając 41 lat to w tym tempie następną kobiete znajde pewnie za kolejne 20 lat czyli w wieku 61 lat, no i do tego czasu oczywiście celibat.
Powiem tak, normalny facet pewnie odszedłby od notorycznie puszczalskiej żony. Ale jak widać ja nie jestem normalny, jestem incelem. Z jednej strony nie chce rezygnowac z tak pięknej kobiety i seksu, z drugiej nie podobają mi się jej zdrady. Ale też wiem, że następnej, i to takiej nie będzie już na 99,999%. Nie wiem co robić, unieść się honorem i odejść, czy jedynak zostać i się cieszyć i korzystać z życia z nią.