Słuchajcie, muszę się wypisać. Czuję się jak bohaterka komedii... BĘDZIE DŁUGO.
Jestem samotną mamą, do tej pory raczej nikogo nie szukałam, tylko sobie żyłam... po prostu. Mam fajnych przyjaciół, sporo znajomych i kilka kredytów, więc cóż, sporo myślę o pracy
Koleżanka namówiła mnie na imprezę dla singli. Dlaczego nie? Wyszłam wieczorem pierwszy raz od kilku lat. I od razu poznałam faceta, z którym przetańczyłam całą noc, a gdy już wychodziłam, wymieniliśmy się numerami telefonów. Wiedziałam, że będzie tak z 10 lat starszy ode mnie, potem się okazało, że 15... trudno. Przecież ślubu nie zamierzamy ze sobą brać.
Czy mi się spodobał? Nie wiem. Dobrze mi się z nim tańczyło, był sympatyczny, trochę za dużo mówił o sobie... ale kto jest bez wad, niech pierwszy rzuci kamieniem. Z wyglądu był przeciętny.
Nie pasował mi jego wiek, więc przed każdą randką mówiłam sobie, że to już ta ostatnia i więcej nie będzie ale za siódmym razem uznałam, że nie będę samej siebie oszukiwać. Coś mnie w nim zauroczyło i to z wzajemnością. Mimo to co chwilę się zastanawiałam - dlaczego 45latek nadal jest sam, nigdy nie był w poważniejszym związku, nie mówiąc już o małżeństwie...
Mieszkamy na osiedlach obok siebie, dodatkowo budynek w którym pracuję mieści się na przeciwko jego bloku....
Lampki ostrzegawcze, które zignorowałam:
1. Na 2 czy 3 randce zaciął mi się zamek w kurtce i był bardzo blisko mnie, żeby mi pomóc - na tyle blisko, że poczułam delikatny zapach papierosów... pytałam go potem kilkukrotnie czy na pewno nie pali, zarzekał się jak nic
2. Kiedyś z pracy zapomniałam telefonu i wybrałam się tam wieczorem, gdy już było ciemno. Na piętrze bloku gdzie mieszka WSZĘDZIE świeciły się światła, więc pół żartem pół serio napisałam do niego smsa, które to jego okna. Oddzwonił po godzinie, że przecież on jest w pracy, a światła nie wyłączył bo to dla bezpieczeństwa, jak późno wraca z pracy bla bla bla, ale uznałam że z niego trochę taka zapominalska ciapa jest, pewnie naprawdę zapomniał zgasić światło.
Wtedy mi jeszcze nie zależało, więc nie zastanawiałam się nad tym. Ale Wy już pewnie się domyślacie, co?
2 tygodnie temu córcia poszła na noc do babci. Rzadko się to zdarza, bo ona taka “mamowa” jest - więc święto dla mnie. Napisałam do niego, że mam wolny weekend, może się umówimy, pójdziemy na spacer, cokolwiek. Poszliśmy do kawiarni, ja potem chciałam wrócić do domu na noc, nie szlajać się po mieście czy gdziekolwiek indziej.
Było już późno, siedzimy w jego samochodzie, całkiem fajnie jest, trochę się przytulamy. Myślę sobie – bez sensu tak w aucie, jak oboje mamy fajne ciepłe i... puste mieszkania. Jeśli chodzi o moje mieszkanie – jestem w trakcie remontu i to takiego konkretnego, z elektryką, kuciem, wylewkami itd - żyjemy z córką w jednym niewyremontowanym pokoju bo tylko tak się da. Pewnie do wakacji to potrwa, bo dopiero zaczęłam. Także rozumiecie, raczej nikogo do siebie nie zapraszam, bo zero komfortu, brudno i sama staram się jak najrzadziej przebywać w mieszkaniu. Mówię więc - chodźmy do Ciebie, zrobisz mi jakąś herbatę, posiedzę jeszcze ze 2 godzinki, a później pójdę do siebie. On wcześniej proponował, zebyśmy poszli do mnie, że on się brudu i bałaganu nie boi... a teraz wyjeżdża mi z tekstem, że TO DLA NIEGO ZA WCZEŚNIE. To znaczy – w aucie przytulanki są ok, ale w mieszkaniu już nie? Mówi mi, że kiedyś miał taką dziewczynę, która go okradła, a tak poza tym to on boi się mojego byłego męża, że może się w jakiś sposób dowiedzieć, gdzie mieszka... serio? Zrobiło mi się tak przykro, że miałam łzy w oczach i powiedziałam tylko, żeby zawiózł mnie do domu – tam się popłakałam, nie chciałam przy nim.
Potem mnie przeprosił, że nie to miał na myśli, że on woli spotykać się na neutralnym gruncie... to nie przeszkodziło, żeby następny dzień cały spędził u mnie... tak bardzo zmiękłam. Chyba uznałam, że może jak ja go zaproszę pierwsza, to on zobaczy że nie ma się czego bać, że jestem normalna itd
Potem pojechaliśmy na wspólny wyjazd ze znajomymi, było całkiem fajnie, powiedziałam mu, że nie chcę się śpieszyć z bliskością więc skończyło się na tym, że trochę się przytulaliśmy, całowaliśmy, zasnęliśmy razem ale totalnie nic więcej. Cieszyłam się, że to szanuje. Uznałam, że chyba warto dać mu szansę.
W poniedziałek w przedszkolu córki był dzień babci i dziadka, przedstawienie i córka uznała, że znowu chce do babci na noc - zgodziłam się.
Co ważne - tego dnia zgubiłam telefon. Po prostu wypadł mi rano jak odwoziłam córkę do przedszkola. Więc cały dzień nie miałam kontaktu z A. Wieczorem uznałam, że może odszukam go na FB, napiszę do niego, że nie mam telefonu, ale że znów mam wolny wieczór... Napisałam do niego o 18, ale on miał wszystko zablokowane także nie widział mojej wiadomości i nie dało się mu wysłać zaproszenia do znajomych. Trochę się zdenerwowałam, bo jak to, mam wolny wieczór, a z nim nie mogę się skontaktować... nawet nie wiem gdzie mieszka. Ostatecznie napisałam do naszego wspólnego kolegi, czy ma do niego nr telefonu, miał. Zadzwoniłam (z telefonu mojej mamy, który zostawiła mi do czasu gdy nie załatwię sobie nowego). Zaprosiłam go do siebie na noc. Przyszedł... po dwóch godzinach. Mieszkamy od siebie 15 minut spacerkiem. Co można robić przez 2 godziny? Ja nawet rano przed pracą gdy muszę ubrać siebie, córkę, zrobić śniadanie, ogarnąć mieszkanie i zawieżć ją do przedszkola potrzebuję mniej czasu.
Co on robił przez te 2 godziny? Pewnie już się nie dowiem.
Noc była nawet fajna, dużo rozmawialiśmy. I słuchajcie, coś co mnie TOTALNIE ROZWALIŁO: zrobiło się gorąco, więc postanowiłam zdjąć z niego majtki. Co zobaczyłam - STULEJKĘ. Byłam w takim szoku, że od razu zaczęłam pytać, dlaczego nigdy nic z tym nie zrobił. Powiedział, że w niczym mu to nie przeszkadza (ja od tego czasu przekopałam pół internetu i już wiem, że to i przeszkadza i boli i jest m. in. Siedliskiem różnych bakterii).
Cóż, poszłam spać. Uznałam, że nie mam do tego nerwów.
Następnego dnia rano mieliśmy wolne, pojechałam z nim do mechanika jego auto odwieźć, potem znowu mówię - jedźmy teraz do ciebie, kupmy jakieś bułki, zróbmy śniadanie, do mnie nie możemy iść, bo już kolega od remontu przyszedł i pracuje.
Dla niego to znowu za wcześnie. Na to ja (w wielkim skrócie): to wczorajszej nocy zmacałeś mnie całą, spaliśmy w jednym łóżku, a dla ciebie nadal za wcześnie? Na co za wcześnie? Żeby zrobić mi herbatę i kanapki?
Zaczął się wykręcać. Że ma bałagan (a ja podczas remontu to mam idealny porządek co nie?), że to musi wyjść z jego strony, a nie tak nagle, że on to musi zaplanować, musi wyjść z jego inicjatywy bla bla bla... i w ogóle co bym powiedziała na to, że coś u niego w mieszkaniu jest... Ja już myślę: pleśń, grzyb, brudna lodówka, cholera wie co... a on mówi: MAM MAŁEGO PIESKA.
Co?! Mały piesek jest powodem tego, że nie może mnie zaprosić do siebie? Przecież ja lubię zwierzęta, sama mam koty. Mały piesek nie jest jego, tylko jego znajomych, jakiejś pary, która pracuje i wymieniają się opieką nad tym psem...
Uznałam, że to wszystko jest tak bez sensu, że ja już mam dość, że ma wysiąść z mojego samochodu, iść do siebie i dać mi spokój. Za dużo dramatów jak na dwumiesięczną znajomość - już z jednym wariatem żyłam, niepotrzebny mi następny. Naprawdę doceniam spokój jaki mam teraz z córką i obecne życie...
Ale musiałam to z siebie wyrzucić.
Facet 45 lat. Nieogarnięte sprawy w spodniach. Mieszkanie, które pewnie nawet jego nie jest. On sam nie pali papierosów, ale zapewne ktoś, kto z nim mieszka - tak. Dlatego to czułam. Wtedy w mieszkaniu wcale nie zostawił zapalonego światła, tylko ktoś tam przebywał.
Śmiać mi się z siebie chce jak się dałam podejść. Z tego wszystkiego to jedynie cieszę się, że jestem ostrożna w łóżkowych sprawach, bo cóż, pewnie bardzo bym żałowala gdyby doszło do czegoś więcej... o ile z takim schorzeniem w ogóle dałoby się...
Koleżance zależy żeby go zdemaskować... mi chyba nie. Szkoda życia na to. Mam ciekawsze rzeczy do roboty. Ale niesmak pozostanie...