Cześć wszystkim. To mój pierwszy wpis na forum, ale mam nadzieję, że dzięki waszej pomocy uda mi się wyjść z mojej sytuacji. Już od kilku dni próbuję napisać swoją historię, ale za każdym razem przerywał mi wybuch płaczu. Czuje się jakbym żyła w złotej klatce. I nie potrafię już tak dłużej.
Adama poznałam w gimnazjum. Taka szczeniacka, dziecięca miłość. Trzymanie się za rączkę, kino, McDonald, spacery po centrum handlowym. Ale też pierwszy pocałunek i pierwsze, delikatne pieszczoty. Potem było liceum i każde z nas poszło do innego. Były listy, były rozmowy na gg, ale z czasem to osłabło i w końcu kontakt nam się urwał. Po wielu latach (dziś mamy po 35) wpadliśmy na siebie przypadkiem na ulicy. Jedna kawa, druga....i uczucie jakie do niego żywiłam wróciło, zakochałam się po uszy. Po prostu wpadłam jak śliwka w kompot. Wysoki, przystojny a jego głosu mogłabym słuchać godzinami. Nie ważne o czym opowiadał, liczyło się to, że do mnie mówił. A ja słucham szczęśliwa. Wydawał się idealny: stabilny, elokwentny, kulturalny, dobrze wykształcony. Ale w tej beczce miodu znalazła się też łyżka dziegciu. Przyznał mi się, że byłam jego jedyną dziewczyną w życiu. Odruchowo powiedziałam, że on moim też. Potem się tłumaczyłam, że nie jestem dziewicą, ale to dlatego, że popełniłam błąd w liceum i dałam się namówić z głupoty, choć nic do chłopaka nic nie czułam i nigdy z nim nie byłam tak naprawdę. Oczywiście nie była to prawda. Okłamałam go. Może nie powinnam, ale zrobiłam to w dobrej wierze. Bo wiem, że to dla niego bardzo ważne, choć nie wiem czemu, bo nie jest religijny.
No i cały mój problem rozbija się o seks właśnie. Wiem, jestem płytka i taka błahostka nie powinna mieć znaczenia, bo Adam jest naprawdę fantastyczny. Na początku wystarczyło, że objął mnie ramieniem, a kolana same się pode mną uginały. Dziś jak pomyśle o seksie z nim to układam kolejny scenariusz kolejnej wymówki. Nie daje już rady. Miałam kilku partnerów i bywało raz lepiej, a raz gorzej, ale nigdy tak źle. Nigdy nie doświadczyłam od niego orgazmu. Ani jednego razu. Nawet nie było blisko. Na początku uznałam, że musimy się po prostu lepiej poznać i że z czasem się dopasujemy. Ale pomimo upływu czasu nic się nie zmieniało. Próbowałam subtelnych wskazówek, rozmów, a bywały też i kłótnie. I nic. Według niego ja wymyślam. Uważa, że nasłuchałam się historyjek moich puszczalskich koleżanek, które nic nie wiedzą o prawdziwym życiu w poważnym związku. Jak mam nie raniąc go powiedzieć, że to nie są historyjki koleżanek, tylko moje doświadczenie?
Adam naprawdę się stara. Chodzimy do restauracji, na wystawy, często dostaję kwiaty. Ale jak przychodzi do seksu to jest on schematyczny i nudny. Jęczy, stęka, a 10 minut później następuje sapnięcie i finał. Jego oczytanie i kultura już mi nie imponują, bo zaczynam dostrzegać, że jest po prostu wycofany i nudny. Zamiast żyć, woli czytać o życiu. Kwiaty kupuje nie z jakiejś potrzeby serca, ale dlatego, że tak trzeba. Czuje się jakbym była z człowiekiem, który całe życie udaje kogoś, kim nie jest. Sprawia wrażenie sztucznego, trochę nadętego. Uważa, że skoro on jest takim wspaniałym mężczyzną, to samo to powinno mi wystarczyć do szczęścia i nie powinnam marudzić na seks. I skoro jemu jest dobrze, to mi też powinno. Czuje się jakbym była dodatkiem do jego życia. Jakimś etapem w realizowanym przez niego planie na siebie i swoje szczęście: dobra praca, dobra żona, a potem dobre dzieci. I ciągle mi powtarza, ze będę idealną żoną, a kiedyś na pewno idealną matką. Tylko mój problem z nim jest teraz taki, że obecnie nie czuje się nawet kobietą. A ja tak nie potrafię żyć. I nie chcę.
Jak mam się z nim rozstać nie raniąc go i jednocześnie nie wychodząc na niewyżytą seksualnie prostaczkę?