Pomóżcie proszę, bo nie wiem co się ze mną dzieje. Zaczyna się praktycznie czwarty miesiąc po rozstaniu. Związek trwał ponad półtora roku. Było w nim wszystko co powinno być. Zaufanie, uczucie – silne, przywiązanie, miłość w każdym tego słowa znaczeniu. Oboje tego szukaliśmy, bo Oboje byliśmy po przejściach. Praktycznie rówieśnicy. Wyjazdy, wspólne mieszkanie, plany na przyszłość, myślenie o Dziecku, kupno wspólnego mieszkania, itd.. Związek można rzecz idealny. I wszystko szlag trafił. Jedna poważna rozmowa, jedno niefortunne słowo z mojej strony. Zakończyło się blokadą wszelakich środków komunikacji. Zostałem wymazany, jak by mnie nie było w Jej życiu. Szok i niedowierzanie. A jeszcze dzień wcześniej pieszczotliwie mówiliśmy do siebie, że się kochamy do końca i nie damy się byle czemu. Jestem z tych co potrafią przyznać się do winy. Tak mnie wychowano. Przeprosiny i tym podobne jednak nic nie dały. Jedyna wiadomość, jaką później od Niej otrzymałem, to taka, że jestem narcystyczny oraz toksyczny i że nie życzy sobie ze mną kontaktu a także to, że zakochała się nie we mnie a w mojej iluzji oraz to że się z kimś spotyka na poważnie i jest z nim szczęśliwa i że jeżeli spróbuję kiedykolwiek do Niej zadzwonić, to sobie z Nim pogadam. Wiadomość wręcz dla mnie absurdalna. Być może chciała mi w ten sposób dowalić. Nie wiem i nie dowiem się. Trafiła mnie ostro. Prosto w serce. Historia jakich pełno.
Niestety, od tamtego momentu nie mogę normalnie funkcjonować. Wydaje mi się, że żyję w jakimś matrixie. Nie ma dnia, abym o Niej nie myślał, bo wiem, że była pod każdym kątem wyjątkowa. Była Skarbem, którego tak długo szukałem. Dawała z siebie dosłownie wszystko a ja Jej na swój sposób to odwzajemniałem. Najgorsze jest to, że tęsknię, kocham i nie mogę się z tą cała sytuacją pogodzić. Oczywiście mam cholerne wyrzuty sumienia, że powiedziałem jedno słowo za dużo. Dołuje mnie brak konfrontacji w cztery oczy, aby przynajmniej wyjaśnić co zaszło. Ostatni raz przytulić i pocałować. Tego nie będzie. To wiem. I to mnie rozwala z dnia na dzień. Psychicznie, fizycznie, mentalnie. Każdy dzień wygląda tak samo. Budzę się, to pierwsza myśl o Niej, śniadanie, praca, powrót do domu, spanie, myślenie o Niej. Nawet pojawiają się czasami w snach. Kilogramy lecą w dół, bo ledwo co przełykam jedzenie. Czuję, że tęsknota i miłość, którą Ją darzę zwalają mnie każdego dnia z nóg. Nic nie ma dla mnie sensu. Nic. Nawet Święta, które tuż za pasem…boję się, abym w ten sposób nie zniszczył sobie życia. Pierwszy raz się o nie obawiam. Wiem, że to była Ona, na która tak długo czekałem….wiem, bo to nadal czuję a tego nie da się oszukać. Ja nie potrafię przynajmniej. Nie myślę w ogóle o kolejnych związkach. Mam awersje, jak ktoś mi doradza, abym znowu zaczął randkować. Nie, nie, nie…Przybija mnie Jej brak. Brak tego, że nie mogę ponownie podzielić się z Nią moim sercem. Emocje wręcz rozwalają mi głowę od środka. W pracy jestem osowiały i apatyczny do innych. Jakiś koszmar.
Zastanawiam się, czy to normalne? Czy z wiekiem jest coraz gorzej, czy może w końcu trafiłem na tę Jedyną i dlatego tak rwie w sercu a tak czuję (to się wie w głębi duszy)? Wcześniej nie miałem nigdy z tym problemów. Był ból, rozczarowanie i te wszystkie z tym związane rzeczy ale powoli to przemijało. Powoli z tym się oswajałem. I jakoś szło się dalej. Po tym związku nie potrafię. Nadal kocham, jak szalony. Nadal cholernie tęsknie. Nadal o Niej myślę, bo do niczego nie mógłbym się przyczepić. Do niczego. Czy mieliście podobne doświadczenia? Jak sobie z tym poradziliście? Czy można kochać już do końca, nawet wiedząc, że do tej Osoby się nie wróci? Czy już nigdy o Niej nie zapomnę? Czuję, że już nigdy nie spotkam Kogoś takiego, jak Ona. Że nigdy nie zaufam. Bo Ją bardzo kocham. Była Gwiazdką z Nieba. Była tym Puzlem, który pasował….bardzo pasował…Boli cholernie. Proszę pomóżcie…