Cześć. Jest to mój pierwszy post na tym forum. Po prostu pewnie jak nie jedna musiałam znaleźć miejsce, żeby to z siebie wyrzucić i przy okazji poznać opinie z boku.
Jestem z facetem od 5 lat. Oboje jesteśmy krótko po 30.
Przed nim byłam w krótkich związkach i długo nie mogłam znaleźć idealnego faceta. Wybrzydzałam. Aż w końcu trafiłam na niego. Był idealny, dopasowaliśmy się pod względem charakterów świetnie. Byliśmy jedna z takich par, na które jak się patrzy to się myśli "ooo jak fajnie że oni są razem". Jednak od początku coś mi nie grało pod względem seksu. Co prawda, na samym początku robiliśmy to raz w tygodniu (jak jeszcze ze sobą nie mieszkaliśmy to sypiał u mnie tylko w weekendy, a po zamieszkaniu w tygodniu niby zawsze zmęczony po pracy). Choć i ten raz w tygodniu wydawał mi się często jakby wymuszony przeze mnie. Musiałam go zachęcać.
Choć nie było źle... Na początkach naszego wspólnego życia inicjował zbliżenia. Zaakceptowałam to że potrzebuje mniej niż ja, więc grzecznie czekałam na jego krok, choć jeśli długo go nie robił brałam sprawy w swoje rece. Jednak z czasem zaczęłam się spotykać z coraz częstsza odmową. I tak w niekrotkim czasie doszliśmy do seksu raz w miesiącu, raz na dwa miesiące, czasem dłużej... Teraz już zawsze z mojej inicjatywy, jak już na prawdę nie dawałam rady. Rozmowy oczywiście były, jednak z takim skutkiem, że niby mówił że mnie rozumie że potrzebuje częściej, że to naprawi, że nie wie dlaczego tak jest, jednak nigdy słowa nie przekładały się na czyny.
Aktualnie od jakiś 3 lat można powiedzieć że intymności między nami nie ma. Seks był przez ten czas dosłownie kilka razy. Tendencja jest spadkowa- ostatni raz może pół roku temu i to też po pół rocznej przerwie. Już nawet mnie nie przytula przed spaniem, nie całuje rano, jak się budzę to go nawet nie widzę. Wcześniej po obudzeniu leżał obok mnie, głaskał, teraz otwiera oczy i wychodzi z łóżka. Całowania nie ma wcale. Nigdy nie było. Nie lubi tego.
Doszło do tego, że postanowiłam wyprowadzić się z sypialni. Nie potrafię spać obok faceta, którego nie pociągam w żadnym stopniu. Skoro i tak nie ma między nami czułości, intymności, żadnych gestów czy słów, zaczęłam go traktować jak brata i zwyczajnie czuje że to by była patologia spać z nim w jednym łóżku, bo kto widział trzydziestoletnie rodzeństwo śpiące razem. Życie mamy poza tym poukładane. Dogadujemy się, dzielimy obowiązki, jest lekko, nikomu przyjemnie. Ale bez ognia. Bez nawet iskry. Ja mam ogromny temperament. Nie wyobrażam sobie że miałabym resztę życia spędzić bez seksu.
Co najgorsze, zdarzyło mi się raz go zdradzić. Zrobiłam to z pełną świadomością swojego czynu i bardzo tego chciałam. Po prostu naturalnie potrzebowałam być zaspokojona. Nie dodałam, że orgazmy są rzadkością w moim związku. Seks raz na pół roku przy czym ostatni raz doszłam może te 3 lata temu. Zwykle tłumaczył że on nie może poczekać, że już musiał i nic nie poradzi na to że ja nie doszłam. Nie miał potrzeby postarać się jakoś mnie zaspokoić. Nigdy.
Zdrady nie żałuję, nawet nie czuje że to zdrada skoro z nim tego nie robię.
Nie wiem tylko co zrobić w tej sytuacji. Nie wyobrażam sobie życia bez seksu, ale też bez niego. Bardzo go lubię, lubię jego rodzinę, wszyscy się ze sobą zżyliśmy mocno. Nie widzę wyjścia z tej sytuacji
