Większość rad - czy z poradników, czy przede wszystkim z osobistych doświadczeń zaleca uciąć kontakt z toksycznym partnerem. Dobrze to widać w równoległym wątku o narcyzach, gdzie inteligentne babeczki wpadły w pułapkę, gdy przebudzenie się pojawiło dopiero, gdy taki narcyz np. znalazł sobie inną.
Ostatnio przeczytałam tekst o toksycznych związkach, a pod nim był komentarz kobiety, która żyje od wielu lat z toksykiem. Wiele lat wcześniej miała terapię, skutek - uświadomiła sobie z kim jest, ale nie zdecydowała się odejść, zainwestowała w siebie. Po latach rolę się nieco odwróciły, nie daje się wkręcać, manipulować, twardo obstaje przy swoim, teraz to jej facet, czuje się jakby był z jakimś narcyzem, który stawia przede wszystkim na siebie (chociaż ja to rozumiem, ludzie, którzy całe życie się poświęcali dla innych, gdy w końcu dorastają do tego, by zaopiekować się sobą, zamiast wsparcia na ogół dostają etykietkę egoisty, czy coś w tym stylu, rozumiem również to, że w toksycznej relacji, trzeba trzymać się pewnych zasad, jeśli raz się odpuści toksykowi, to potem już równia pochyła).
Zastanawiam się, czy jest możliwe jakiekolwiek inne rozwiązanie toksycznego związku, poza zakończeniem, poza ucieczką.
Czy kobieta może na tyle przepracować w sobie zmiany, że zaczyna funkcjonować, jakby niezależnie od toksyka, jest w stanie świadomie wychwytywać manipulacje i nie ulegać im?
Czy taka droga jest właściwa, ta kobieta opisana powyżej - sama zauważała u siebie pewne cechy, które mogłyby być już interpretowane jako toksyczne.
Czy zawsze kobieta jest w stanie uciec od toksyka? Kobiety, które są zależne finansowo, często wpadają z deszczu pod rynnę, uciekają z domu, do np. rodziny, gdzie mimo współczucia, są ciężarem dla innych, czy do jakiegoś przytuliska dla samotnych matek.
Spotkałyście się z innym rozwiązaniem toksycznego związku?