Pożyczyłam po namowach pani z wypożyczalni i nie żałuję - jeden z filmów, które na pewno na długo zapamiętam, choć podchodziłam do niego jak pies do jeża - kosmici, sf...eeee tam, myślałam sobie. A tu miła niespodzianka.
Po pierwsze - niesamowity aktor w roli głównej, Sharlto Copley, grana przez niego postać to taki szary, poczciwy człowieczek, niespecjalnie bystry, jak Everyman w średniowiecznym moralitecie zostaje wyrwany ze swojego bezpiecznego świata. Jak mówi sam aktor, Wikus przeżywa wszystkie chyba dostępne człowiekowi emocje, dla mnie ta postać jest przede wszystkim niesłychanie wzruszająca.
Scenariusz - bardzo oryginalny, oczywiście, jest dużo akcji, strzelanek, itp, ale sam pomysł stworzenia osiedla kosmitów z wszystkimi problemami, jakie to zasobą pociąga jest naprawdę bardzo ciekawy, widać tu wiele odniesień do realiów RPA, ale też bardziej ogólnie, jak ludzie podchodzą do inności, jak trudno jest zaakceptować 'innych'. Bardzo ciekawym watkiem jest niejako zmuszenie Wikusa do stania się jednym z tych, których tak protekcjonalnie i nieludzko traktował.
Duże wrażenie zrobiły na mnie efekty specjalne (kosmici - niesamowite duże inteligetne krewetki
)) i scenografia - akcja toczy się w większości w slumsach Johannesburga, plan stworzono na autentycznym wysypisku śmieci, widać ogromną dbałość o szczegóły i to, że tam, gdzie było to możliwe, kręcono w plenerze, a nie produkowano tego komputerowo, oczywiście z wyjątkiem 'krewetek' i scen ze statkiem kosmicznym.
No i wreszcie niezwykły sposób filmowania, połączenie filmu dokumentalnego i tradycyjnego filmowania, chylę czoło przed młodym reżyserem i czekam z niecierpliwością na jego następny film. District 9 zrobił na mnie takie wrażenie, że obejrzałam nawet dodatki, co bardzo rzadko mi się zdarza. Bardzo polecam - dobre kino, dające do myślenia, ale nie nachalnie moralizujące, a przy tym dobra rozrywka.