Ten temat mógłby być rozpisany na kilku wątkach. Mam problem z mamą, chłopakiem i tym co bym chciała robić po zakończeniu etapu studiów? Odwieczny chyba problem każdej dziewczyny w moim wieku kiedy powinna być już dorosła, a wciąż jest zależna od rodziców. Kiedy w teorii powinna uśmiechać się i być pełna optymizmu, chęci do działania, ale wizja czarnego tunelu, plamy bezsilności ją przeraża ? Będzie dużo
?Ale po kolei.
Jeśli chodzi o chłopaka, znałam go od dawna. Zawsze mi się podobał od pierwszego wejrzenia, ale ze względu na odległość (2000km) posługiwaliśmy się tylko za pomocą komunikatora skype. Zawsze była tylko przyjaźń, choć gdzieś głęboko w nas wiedzieliśmy że gdybyśmy tylko mieli taką możliwość bylibyśmy razem. W zeszłym roku mój (ex) chłopak zostawił mnie. Po 2óch miesiącach od tamtego wydarzenia przez przypadek spotkałam się skype?owo z moim (jeszcze wtedy) kolegą. Na początku było miło, zwykła gadka, trochę zwierzeń, pocieszeń że teraz może być tylko lepiej? Ale im więcej ze sobą gadaliśmy, tym bardziej zaczynaliśmy flirtować. Z czasem, powoli, powoli, wyznaliśmy sobie że coś do siebie czujemy. Choć z mojej strony była to na początku fascynacja, on powiedział mi wiele pięknych słów. Że gdyby nie odległość nie miałby wątpliwości żebym stała się kobietą jego życia. Ale że póki co, ze względu na naukę, kiepską pracę, jesteśmy przyblokowani. Mimo wszystko chciał być ze mną i stało się. W listopadzie, zeszłego roku przyjechał do mnie, po dwóch miesiącach ja do niego. Zakochałam się jak nigdy w nikim. W jego fizyczności, wnętrzu? Przez krótki okres czasu czułam się szczęśliwa jak nigdy. On ma wiele cech które zawsze chciałam aby mój mężczyzna miał. Jesteśmy w wielu kwestiach podobni do siebie, czujemy się swobodnie będąc razem, wielką nieskończoną radość. Dzieli nas jedno, problem współczesnych facetów: on nie planuje w swojej przyszłości ślubu. Stały związek tak, ale na kocią łapę, wiecie? Wtedy otworzyłam szerzej oczy. Można teraz dyskutować czy ma rację, czy jej nie ma. Poznał moje odmienne zdanie w każdym razie, przeprosił że mógł mnie zranić tym stwierdzeniem, ale zawsze chciał być szczery wobec mnie. Boi się, że robiąc mi jakiekolwiek zapewnienia dotyczące ?nas?, które w przyszłości się nie spełnią, zrani mnie. A na to nie może sobie pozwolić. Chce żebym była szczęśliwa. Nawet jeśli znajdę kogoś bliżej, zaakceptuje to. Nie może mnie trzymać na siłę. Mam czuć się wolna w swoich postanowieniach. On będzie przy mnie trwał dopóki ja powiem z jakiejś przyczyny ?stop?. Piękne prawda? W praktyce zrozumiałam że do wielu rzeczy nie dorósł, że pomimo wielu dziewczyn, nigdy nie był kochany tak jak zasługiwał. I że jego piękne słowa pozostają słowami. No bo jeśli pragnie mojego szczęścia, nie chce mnie stracić, ale nie uczyni mnie szczęśliwą bo jemu pewne sprawy się nie widzą? No to jak?! Mam żal że nie ma konkretów, ale nie mogę nic wymagać bo jesteśmy na samym początku poznawania się. I nie mówię o ślubie. Ale o jakimś planie działania? Co zrobić, aby być bliżej siebie. Żeby się POZNAĆ. Któregoś dnia powiedział że nie może znaleźć luki w kalendarzu aby mnie odwiedzić. Ja tak samo. Owszem, można powiedzieć ?dla chcącego nic trudnego? ale życie bywa trudne. Zobaczymy się w wakacje (wtedy w końcu pobędziemy dłużej). Z wielu przyczyn, pomimo wielkiego zakochania nie widzę happy endu. Czekam cierpliwie na wakacje które mam nadzieję coś wyjawią. Nie naciskam na nic. Będę sobą, cieszyła się chwilą, obserwowała jego kolejne ruchy. Nie chcę wywierać presji na nikim. To ja chcę być najważniejsza, zdobywana?
Jeśli chodzi o mamę: od początku tego nie popierała. To dobra kobieta, kocham ją nad życie, ale swoimi słowami potrafi celnie ranić. Nie uznaje go jako ?chłopaka?, dla niej ten związek jest bez sensu, bez przyszłości. Nie bacząc na fakt że się zakochałam powtarza ?nie martw się, spotkasz kogoś w kim się zakochasz na zabój?? Ale nic, mama jest mama. Życie jest moje, końcowe decyzje będą należały do mnie, wiem...
Tylko że czuję się koniec końców jakoś tak sama? Z mamą się kłócę (chociaż jestem osobą pokojową z natury). Nie wyobrażam sobie życia pod jednym dachem z nią (chociaż miejsca jest baaardzo dużo). Teraz pisze licencjat. Nie chcę kontynuować tego co robię. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie czułam się tak zdołowana z powodu nauki (powiedzmy że na tamte czasy wybrałam mniejsze zło). Miałabym ochotę zamieszkać sama, nie czując nad sobą oczu rodziców którzy wiedzą kiedy wstaję, kiedy idę spać, co robię w ciągu dnia. A on? Owszem, wspiera mnie słowem, chociaż zabrzmi to może śmiesznie ?dba o mnie?, o to abyśmy ze sobą codziennie rozmawiali, każe mi się nie poddawać i wytrzymać do lata.
Ale wiecie jak to jest na odległość. Nie przytuli, nie ukocha
. Teoretycznie mogłabym zacząć studia bliżej jego (magisterkę). Ale to się łatwo mówi. Po pierwsze nie mam sprecyzowanego tego, co chciałabym dalej studiować (kolejna moja czarna plama). Po drugie, musiałabym z wielu rzeczy zrezygnować, znaleźć pracę, utrzymać się. Robić to wszystko dla niezdecydowanego faceta? Bo nie wiem czy studia w jego mieście leżą/leżały zawsze w sferze moich marzeń. Przepraszam za takie rachowanie?Chociaż serce za nim tęskni, przemawia rozsądek? Marzę aby do tych wszystkich cech pozytywnych które ma, otoczył mnie zdecydowanym ramieniem. Boję się ryzykować. Zawsze w przeszłości robiłam facetom za ?mamę?, byłam na każde skinięcie. DOSYĆ! Chcę żeby on się zdecydował. Żebyśmy może coś RAZEM zadecydowali.
Przepraszam za tak długi wpis. W zasadzie mam odpowiedź na to co powinnam zrobić? CZEKAĆ. Tylko czas jest po mojej stronie i on wszystko wyjaśni? Ale chciałabym aby może któraś z was podzieliła się swoimi doświadczeniami. Lub co byście zrobiły w zaistniałej sytuacji. Będzie mi miło za każde słowo wsparcia, lub jakąś waszą historię. Bo czuję że stoję na środku skrzyżowania i nie wiem co dalej.
Chciałam się mimo wszystko podzielić swoją historią? Dziękuję jeśli dotrwałyście?