Witam,
To ja napisze o sobie. Dwa lata temu na pewnym portalu poznałam chłopaka. Szczerze mówiąc nie zwracałam na niego zbyt uwagi. Ale on przysłał mi życzenia na urodziny (2dni potem były jego) wiec jakoś tak zaczęliśmy gadać na pw. Potem przeniosło sie to na gg. Rozmowy zaczęliśmy w styczniu a juz w marcu byliśmy parą. Urzekł mnie tym ze się mną zajmował, interesował. Ja zawsze miałam niską samoocenę- nawet bardzo- więc ktoś kto zaraz po zakończonej romzowei gg pisze na komórkę mi po prostu pochlebiało. Zaczęłam sie do niego przywiązywać. Nasza pierwsza rozmowa przez telefon była słodka- on miał taki zdenerwowany głos. Miesiące mijały a ja byłam w niebie- codzienni słodkie smsy, godziny adorowania na gg. Bajka. W czerwcu sie spotkaliśmy. Było cudownie, czułam się jakbym go znała od zawsze. (on mieszka we Wrocławiu, ja w Poznaniu). Potem juz za tydzień przyjechał, i się pierwszy raz pocałowaliśmy. Potem spotkania kiedy tylko mogliśmy. On nawet przyjeżdżał do miasta mojej babci w wakacje żebym tylko sie z nim spotkała. I cierpiał. Wiedziałam ze mnie bardzo kocha, umiał mi całymi dniami pisać że tęskni i życie bezemnie jest nic nie warte. Było mi na początku miło, Ale to potem stawało sie nie do zniesienia- tygodniami codziennie to samo. Ja próbowałam go pocieszać ale to nic nie skutkowało. Wreszcie przyszedł rok szkolny, byłam teoretycznie bliżej i było ok. On naprawe o mnie dbał, kupował mi sam z siebie prezenty. Minął rok i nadal bajka. Jego mama mnie polubiła (moja go nie poznała, bo mam dość specyficzna rodzinę) i była całym sercem za nami. Czasem pisała mi takie smsy ze łza się w oku kręciła. Jednak mój książę miał swoje wady- myślał głównie o swoich marzeniach- umiał miesiącami mnie jednym dręczyć. Nigdy nie pytał się, o czym ja marzę. A mi po prostu było dobrze. Już na samym początku uzgodniliśmy że ja po szkole przeniosę sie na studia do Wrocka. I on żył ta nadzieją. Ja też. Mijały miesiące- lepsze, gorsze. Ale od tego roku on sie zmienił. Przestał mówić o nas. Zrobił sie zimny, często ignorował mnie na gg, przez smsy. Kiedy rozmawialiśmy przez telefon to zawsze ja głównie mówiłam. On zaczął być zimny, wiecznie zły lub smutny. Kłóciliśmy się coraz częściej. Miesiąc temu pokłóciliśmy się przed samym spotkaniem- ja miałam do niego jechać- ale on mi napisał że nic już nie czuje, ze nie mam przyjeżdżać. To był dla mnie szok. Zadzwoniłam do niego zaraz i sie popłakałam. Czułam jak mi serce pęka. A on był tak zimny.. powiedział że nic kompletnie teraz nie czuje i że nie mam przyjeżdżać. Wreszcie ubłagałam go i przeprosiłam. Ale spotkanie było odwołane. Płakałam jak bóbr. Potem gadaliśmy przez smsy- on przepraszał, obiecywał że przyjedzie w następną niedziele choćby nie wie co, Uwierzyłam mu. Choć już wcześniej nie raz obiecywał i przekładał spotkanie z różnych powodów. Ale.. poczułam wtedy że go kocham, kiedy zaczął mi sie wymykać z rąk. Moje szczęście nie trwało długo, 2 tyg. temu znów zaczął rozmowę że to nie ma sensu, że on nic nie czuje. Wściekłam się. Napisałam mu parę ostrych słów. A on odpowiedział "uhu". Poczułam sie jak szmata. Bucząłam w łazience szkolnej jak bóbr. Ledwo dojechałam do domu- od razu rzuciłam sie na gg. Długo gadałam- prosiłam, błagałam. On powiedział ze potrzebuje czasu. Dałam mu go. Choć czułam że to koniec. Byłam jak naćpana. Szybko poszłam spać. Rano obudziłam sie i bez nadziei spojrzałam na telefon. A tam 2 połączenia od niego i sms że wraca... Matko jaka szczęśliwa byłam.. Kiedy spytałam co go skłoniło do tego odp. dość lakonicznie- "poczułem że mi uciekasz". Nie wracaliśmy do tematu. Zaraz umówiliśmy się na spotkanie, znów słodkie smsy. Ale czułam ze coś jest nie tak. Głównie to ja sie starałam, nie robiłam mu wyrzutów. Ale jak sie okazało, dla niego to był koniec. W czwartek napisał mi smsa w nocy, że on pisze z przymusu, że nic nas nie łączy. Leżałam w tym łóżku i nic- ani jedna łza- napisałam mu spokojnie że chce się spotkać i ze należy mi sie to po tych 2 latach. Powiedział dobrze. Na dobranoc napisał mi smsa "Dobranoc słonko...". Rano pisał jakby nigdy nic. Ja byłam powściągliwa. On chyba nawet tego nie zauważył. Siedziałam na gg niewidoczna jak zawsze- on napisał- to odpisałam, zaczęliśmy rozmawiać, żartować. We mnie znów narodziła się nadzieja że możne sie opamięta. Potem spytał sie czy moge zadzwonić. Zadzwoniłam. Powiedział mi ze mnie kocha. Szok. To było zresztą jego ostatnie kocham do mnie... Następnego dnia znów było drętwo. Nie wytrzymałam i napisałam na gg. On znów był zimny- napisał mi bez ogródek ze nudno mu, że mnie nie kocha. Kolejny szok- przecież wczoraj mówił coś innego. Zaczęłam do niego pisac co czuje, było mi wtedy dobrze. Spytałam sie czy mogłabym czasem napisać do niego, co tam słychać- przez 2 lata bardzo sie do niego przywiązałam, zwłaszcza że to jedyna osoba z którą na codzień gadałam- on napisał że chciałby sie przyjaźnić.. Kolejne zaskoczenie. Zaczęliśmy nawet nie wiem kiedy gadać na luzie, żartować- paradoksalnie poczułam, ze go nie do końca tracę- on też do mnie ładnie pisał. Było miło. Zawsze był moim dobrym przyjacielem. Mogłam mu dużo powiedzieć i nigdy mnie w tej kwestii nie zawiódł. Panicznie bałam sie samotności. Napisałam mu to. Rozmawialiśmy wiele godzin. Spytał sie czy bedzie mógł mnie odwiedzić, czy pójdziemy na mini golfa jak kiedyś.. Poczułam sie bezpiecznie. Przez mysl mi przelatywała myśl ze może znów się we mnie zakocha jak kiedyś.. TO mi dodawało mocy. Potem pisaliśmy na komórkę. I tak zostało, nie piszemy tyle co za czasów związku, ale nadal dość dużo. Żartujemy, ja go poznaje na nowo. Jakoś zagubiłam sie przez te 2 lata- zapomniałam że to nie jest maszynka do kochania i słodkich smsów, nigdy nie mieliśmy wspólnych zainteresowań i to nas zabiło. Ja sie obecnie ucze go nie kochać- choć powiedziawszy szczerze, chyba od dawna przestałam darzyć go gorącym uczuciem. Teraz jest mi smutno bo nikt do mnie nie pisze, żyje ze świadomością ze długo żaden chłopak mnie nie pokocha. Nie ukrywałam przed nim że nadal cos do niego czuje. On mówi mi rzeczy dla siebie ważne- ze zaczał uczyć sie programu do tworzenia gier, pokazał mi ja nawet. Było mi przykro ze nie umiał mi tego powiedzieć jak byliśmy razem. Zawsze był zamknięty w sobie.
Ale dziś mam dzień zwątpienia- napisałam mu rano smsa że dzień dobry i do usłyszenia wieczorkiem, on spytał czemu wieczorkiem to mu napisałam że mam dość napięty grafik (kłamstwo, żeby moze choc poczuł mój brak..). Napisał że w takim razie on poczeka. Niedawno napisałam na gg, dosc długo nie odp. wreszcie napisał że je obiad, życzyłam mu smacznego. Nie odpowiedział mi przez ponad godzinę, choć był wtedy cały czas dostępny na gg. Zrobiło mi sie strasznie przykro. Poczułam się zdradzona. Tak jakby ta przyjaźń to był dla niego.. nie wiem.. Boje się za za miesiąc napisze mi że bez sensu jest się przyjaźnić i zostanę sama. A wtedy naprawdę tak się stanie. Będę po maturze, pewnie u baci, całe dnie w domu, nikt do mnie nie napisze, nikt nie będzie chciał sie spotkać.
Nie mam szczęścia do ludzi- jedyna przyjaciółka jaka miałam, w gimnazjum zamieniła mnie na inny model. Jestem nie ufna, mam niskie samopoczucie, jestem pesymistką i marudą. Przez 19 lat nie poznałam nikogo na tyme żeby nazwać go dardzo dobrą koleżanką, kolegą. Tylko on był przy mnie. A teraz mnie odstawił na bok. Nie wiem co robić. Nie wiem jak wygląda przyjaźń. Staram sie go nie osaczać smsami. Ale nie wiem jak mam z nim postępować
Zależy mi na przyjaźni z nim. Bardzo. Co mam zrobić, żeby on tez to poczuł? Tak naprawdę?
Wiem, ze to dla większości z was wydaje się marudzeniem małolaty (mam 19lat). Pewnie macie racje, tylko ze to była pierwsza miłość, a teraz jej nie ma. Czuję się jakbym pozostała sama.
Teraz na dodatek zastanawiam sie czy aby w dobrym dziale to umieściłam
Jeżeli nie to prosze o przeniesienie- bardzo zależy mi na waszych radach...