Postanowiłam (po wielu próbach) napisać moją historię życia.
Historia ta nadawałaby się na książkę, choć sądzę, że nie jedna kobieta mogłaby to samo powiedzieć o swoim życiu.
Zaczyna się tak. Dawno dawno temu żyła sobie mała dziewczynka, które jak wiele innych dziewczynek marzyła poślubić księcia z bajki bądź jak kto woli - rycerza na białym rumaku - który byłby jej wierny aż po grób.
Pewnego dnia spotkała jego. Zaciekawił ją. Był inny. Ona biała on czarny. Nie narzucał się. Był miły i kulturalny. Wyglądał na kogoś spokojnego. Spędzili cały wieczór.
Następnego dnia również się spotkali. I tu diametralnie sytuacja zaczęła się zmieniać. On nadal był miły, ale na siłę zaciągnął ją do pokoju kolegi. Była oszołomiona, ale poddała się. Bardziej z ciekawości - jak pierwsza puszczalska. W trakcie miłosnych uniesieć - pękło zabezpieczenie. Przerażona uciekła.
On jednak zadzwonił. Spotykali się dalej. Beztroskie, szczeniackie zauroczenie. Było fajnie. Chodziła na studia i pracowała. To on jej mówił aby nie uciekała z zajęć po to tylko by z nim się spotkać.
Pewnego wieczoru - umówili się w klubie. Tam za nim jak pies - warowała ostra jak żyleta blondyna. Polowała. On nie spławiał jej. Uśmiechał się do niej, żartował. Nie wytrzymała. Szarpnęła blondynę, gdy on nie widział. Wyszli z klubu.
Czasem wieczorami jak do niego dzwoniła nie odbierał. Potem twierdził, że się uczy. Ona zaczęła się wkurzać. Płakała, pisała do niego listy. Zaczęła mu szperać w torbie. Już po dwóch miesiącach zaczęły być nieporozumienia. M.in. z powodu tych telefonów i szperania w torbie. Jednak dalej byli razem.
Po dwóch latach on się jej oświadczył. W dzień przed sylwestrem. Sylwester był cudowny. Żyli dalej razem. Niestety on stracił akademik, studia i nie miał pracy. Ona przygarnęła go do domu swoich rodziców. On zaczął szukać pracy. Było wszystko ładnie i pięknie, choć czasem on wracał bardzo późno i zapominał kluczy przez co budził rodziców - i były kłótnie.
W jej życie wdała się rutyna i poczucie beznadziei. Zarabiała bardzo dobrze. Studia kończyła (licencjat), mieszkała u rodziców. Rzuciła pracę, w której szefowa wszystkich mobbingowała. Długo to przeżywała, ale poczuła wyraźną ulgę. Zatrudniła się jako hostessa, modelka. Wieczorami pracowała. On dalej szukał pracy.
Pewnego wieczoru poznała drugiego. Ten drugi był wesoły, radosny, z charyzmą, czarował jak mało kto. Nie dała mu się - za pierwszym razem. Ale spotkali się kolejnego dnia. On za nią latał. Pocałowali się. Wszystko zmierzało ku jednemu - ona jednak zorientowała się. A przecież nie o to jej w życiu chodziło. Nie o jednorazową rozkosz.
Wydało się. On się dowiedział. Płakał, chciał popełnić samobójstwo, świata poza nią nie widział. Mówił że nie rozumie jak ona mogła mu to zrobić.
Ona chłodno powiedziała, że się pogubiła. Że wie że ten drugi związek nie ma sensu, ale w obecnym czuje się zaniedbywana. Wszystko na jej głowie.
Zmienił się. Zaczął o nią dbać. Ona nadal pisywała do drugiego maile. I to też się wydało. On był wściekły - jak mogła go znowu oszukiwać. Okazało się że jest w ciąży. W ciąży z nim, bo z drugim do niczego nie doszło. Zdecydowała, że zostaje z nim, że urodzi to dziecko.
Przed końcem ciąży wynieśli się z domu rodziców do mieszkania które ona wzięła na siebie na kredyt, jeszcze jak pracowała na etacie. Urodziło się dziecko. On już pracował. W zasadzie wracał wczesnym rankiem (4-5) i wychodził ok 11 rano znowu do pracy. Jeden dzień co dwa dni miał wolny - odsypiał.
Zaczęły się awantury. Ona gruba (+20 kilo, już nie modelka), siedząca z dzieckiem w domu, samotna, i zapracowana na komputerze (żeby tylko móc coś uskładać) on wiecznie zapracowany - też niewiele zarabiający. Jednak jeszcze czasem to szczęście gościło.
Rok później wzięli ślub. Dwa tygodnie po ślubie ona dowiedziała się że on ma długi (cztery zera) i że w dodatku wieczorami wypisuje do jakiejś dziewczynki (6 lat młodszej) jak ją kocha, że niedługo z nią wyjedzie na tydzień (jej mówił że tam gdzie jedzie do pracy by się tylko z nim nudziła). Szok. Trauma. Uczucie jakby ktoś bliskiwbił Ci sztylet w serce. Karetka. Ona ucieka z dzieckiem do rodziców. Upija się, zasypia.
Wraca do domu. Rozmawiają. On niechętnie. W końcu kwituje krótko że to był błąd i tyle. Ona kontaktuje się z tamtą, wszystko wyjaśniają. Tamta nic nie wiedziała. Tamta się odcina. Oni zaczynają na nowo budować świat. Każde zbliżenie to dla niej ból. Czuje się odarta z godności, jak jakaś szmata.
Dwa lata później wylatują na rok zagranicę. Jednak po jakimś czasie wracają. Tu ona znajduje świetną pracę, on szuka swoich aspiracji. W 70% dzięki jej pracy dostają kredyt na mieszkanie, na które on się uparł. Pomimo tego, że w przeciągu paru miesięcy wcześniej ona znajdowała w samochodzie: kolczyki, kosmetyki i puste złotko po durexach. On twierdził, że to kolegów, których woził, że to z tobry komuś wypadło itp.
Przeprowadzają się. Trzy miesiące później ona znajduje smsa w jego komórce. Widzi, że on zachowuje sie jakoś inaczej. Zaczyna sie wojna. Darcie rzeczy, kłótnie, płacz, groźby. Ona wylatuje, on w tym czasie ma kontakt z tą trzecią (inna niż parę lat wcześniej). Twierdzi, że to tylko takie niewinne smsy. Że mu odbiło, się pogubił po śmierci rodzica. Ona już nie wierzy. Dzwoni rozmawia z tamtą. Tamta się wypiera. I bądź tu mądry?!
On obiecuje że już zerwał kontakty. Miesiąc później ona dostaje w ręce billing. Okazuje się że z tamtą od wielu miesięcy smsował po 6 razy dziennie. Krew zalewa mózg. Ona czuje się jak po śmierci kogoś bliskiego. Długa depresja, zalewa ją falą nienawiści. Grozi że odejdzie. W końcu rodzice jej rozmawiają znim. Zmienia się: zaczyna sprzątać, zwraca na nią i na dziecko uwagę. Tymczasowo jednak...
Od tygodnia znowu chodzi zamyślony. Rozmowy i smsy w telefonie ma czyściutkie. Wieczorami co kilka dni wychodzi na tzw. próby (taki zawód), nie odbiera teleonu, ale zaczął pisać smsy. Generalnie niby wszystko jest ok, ale ona znów czuje się oszukiwana. Nie wie czy on jednak nie ma podwójnego życia. I pewnie nigdy się nie dowie.
A miało być tak pięknie... Rycerz na białym rumaku, wierny aż po grób.
Co do niej: ona od tego czasu (październik 2009) jak dowiedziała się o smsach typu "kocham cię" do innej - coś w niej pękło. Żałosne sceny zazdrości, po nienawiść i obojętność włącznie. Ona jest zmęczona - musi go zadowolić. On jest zmęczony - palcem nie kiwnie. On zawsze gwiazdorzy, ostatnio zraca jej uwagę przy ludziach - jak coś nie tak jego zdaniem powie. Ona sie buntuje. Przez to wszystko ona nie wie już co robić ma... nie potrafi się na niczym skupić.
Kochani - wesprzyjcie. Co robić? Siostra powiedziała, jak zdradzi (nawet smsem typu "kocham cię") trzeci raz - nie odwracać się i pójść swoją drogą.
Ja się teraz zastanawiam czy ja go wogóle jeszcze kocham. Fakt taki, że on prauje, ja czasem pozyskuję dla niego klientów (moja sprzedaż to jakieś 30%, a jego 70%). Ja bez niego nie mam innej pracy w tej chwili. Mamy małe dziecko, piękne mieszkanie (choć nie dokończone) na kredyt. I co dalej...
Powinnam skupić się na magistrze. Znajoma, która się rozwodzi powiedziała: znajdź pracę, odłuż kasę na sekretne konto, zadbaj o siebie i olewaj gnoma. Ale tak się nie da. Bo on jak go olewam chodzi zasępiony, jak ja jestem wesoła też chodzi zasępiony. Dołuje mnie. Aż mi się nie chce do domu wracać. A dziecko to widzi. (Dodam też że uprawiam sport, zaczęłam nawet zdobywać trofea. Schudłam, staram się zawsze być zadbana. Na nowe ciuchy mnie nie stać, ale urozmaicam kombinacjami.)
Zastanawiam się czy przypadkiem nie znalazł sobie takiej (mnie) co to może nią manipulować, grać na jej uczuciach (wie że jestem wrażliwa), mieć wygodnie - rodzinę w domu, wieczorami życie nocne. Ostatnimi czasy było tak: ja dom, studia, dziecko, pomoc jemu w jego pracy, a on tylko swoja praca, wiecznie zmęczony (oglądamy film - on śpi, w dzień jak wraca z joba - śpi, wieczorem jak wychodzi - kąpiel i odpicowanie), brak zrozumienia, że ja naprawdę jestem zmęczona.
Wczoraj jak mi oznajmił, że wychodzi na próbę - zażądałam aby mi pokazał telefon. Pokazał - wszystko wykasowane. Powiedziałam daj telefon do sali prób. On na to że tam nie ma stacjonarnego, a poza tym nie będziesz ze mnie robić nie wiadomo kogo złego. Nawet na mnie nie patrzył.
Czuję się kompletnie oszukana, zbrukana, odarta z godności, nic nie warta (czasem mówi, że kiedyś byłam silna i fajniejsza niż teraz), i samotna. Jak jestem ze znajomymi - cieszę się, jak z nim, to aż mi niedobrze. Jak wyjeżdża - czuje ulgę. Mam całe mieszkanie dla siebie, czysto, mam czas dla siebie, dziecka, robię co chcę, czuję się dobrze, uśmiecham i nie widzę jego fochów. Tylko że nie mam pracy, a nawet gdyby, to musiałabym zarabiać minimum 4000 zł netto aby to wszystko utrzymać...
Boże pomóż! Wariuję
Czy ten koszmar będzie trwał wiecznie? ...
Co robić? Jak Wy widzicie tą całą moją historię? Mam dwadzieściakilka lat - czekać aż dziecko podrośnie, żyć swoim życiem i mieszkać z nim, czy szukać pracy, olać mieszkanie i wnieść o rozwód? A moze inne wyjście widzicie? A moze ze mną coś nie tak?