Witam!
Już kiedyś pisałam na innym wątku o mojej "rodzince".
Tutaj chciałabym poruszyć kwestię braku ojca a problemów z pewnością siebie u kobiety, która takiego braku doświadczyła.
Temat jest dla mnie już "oklepany" i myślałam, że uporałam się już z nim. NIemniej jednak pewne wydarzenie z przedwczoraj coś mi wyraźnie unaoczniło.
Ja ojca nie miałam nigdy. Zostawił moją matkę, siostrę i mnie, kiedy skończyłam 5 msiesięcy. Widziłam go przy okazji "spraw alimentacyjnych" 3 razy w życiu. Wówczas chciałam go bliżej poznać, jednak zauważyłam, że on tylko mnie strofuje, np. "rób to inaczej, nie powinnaś tak myśleć, etc". Nie padło z jego strony nigdy słowo "przepraszam" za to, że nie miałam go nigdy przy sobie. Mało z tym, on nie próbował się ze mną kontaktować i w ogóle nie interesował się moim losem. Nawet ostatnio o nim myślałam i skontaktowałam się z jego rodzinką aby zapytać czy ja w ogóle cokolwiek dla niego znaczyłam. "Niestety nie, nie łudź się" - taka padła odpowiedź.
W dzieiństwie zupełnie nie odczuwałam braku ojca. To, że go nie było wydawało mi się wtedy czymś naturalnym.
Jednak z perspektywy czasu dostrzegam, jak bardzo ucierpiała na tym moja "kobieca duma", że się tak wyrażę.
Zawsze miałam kłopoty sercowe. Non stop, już od najmłodszych lat zakochiwałam się w jakimś chłopaku i "latałam za nim" bo uważałam, że faceta trzeba oczarować, zdobyć, trzeba stanąć na głowie i udowodnić, że "zasługuję" na miłość.
Zresztą nie tylko o facetów zabiegałam. Nawet o najbliższą przyjaciółkę walczyłam "jak lew", dając się często wykorzystywać i kiedy zrobiła coś niemiłego, natychmiast jej przebaczając.
Spotkałam niedawno moją pierwszą miłość "sprzed lat". Powiedział mi wtedy "no, ty zawsze za mną latałaś". Ścięło mnie z nóg.
Dopiero wtedy dotarło do mnie jak bardzo się nie szanowałam.
Podobnie postępowałam z następnymi moimi facetami. Efekt był zawsze taki sam: nie szanowali mnie, traktowali nie poważnie, uznawali, że "i tak z nimi będę".
POmimo, że uważana jestem za kobietę inteligentną, urodziwą i mądrą, to wewnątrz coś się we mnie kuli. Boje się spojrzeń facetów. W ogóle nie doświadczyłam w swoim życiu, żeby faceci mnie podziwiali. Natomiast zawsze w ich obecności czułam się nieswoje "pod obstrzałem".
Dwa dni temu byłam z wizytą u kuzyna, który ma 2,5 letnią córeczkę.
Chyba dopiero te odwiedziny z całą jasnością uświadomiły mi jak bardzo cierpię, jak bardzo czuję się nic nie warta jako kobieta.
Obserwowałam z zachwytem i niedowierzaniem jak on traktuje swoją córkę i jak ona się prezentuje.
A więc mała traktowana jest jak książniczka. Jest zresztą śliczną, uroczą dziewczynką. Bije od niej niesamowita pewność siebie, duma.
Wszyscy domownicy ją szanują i wspierają. Doszłam do wniosku, że w tej małej dziewczynce jest 100 razy więcej kobiecej dumy niż we mnie.
To bardzo mnie zabolało. Zruzumiałam, że jednak w środku nadal cierpię i czekam na akceptację i zachwyt "tatusia".
Za późno.