Drogie koleżanki, proszę o pomoc i radę. Jestem od roku w związku. Kocham mojego mężczyznę, ale coraz częsciej jestem smutna i płaczę. Nie czuję się kochana, mimo, że on mówi mi, że mnie kocha. 2 tygodnie temu przebywał na urlopie i znalazł dla mnie kilka godzin na spotkanie, poza tym był ciągle zajęty. Spotykamy się zawsze 2 razy w tygodniu, bo na więcej nie ma czasu. Spotkania są cudnowne, ale to i tak nie sprawia, ze jestem szczęśliwa, dlatego często się go czepiam, wyrzucam , że nie ma dla mnie czasu. Moje zachowanie powoduje u niego zdenerwowanie. Czy to moja wina? czy przesadzam? czy któraś z Was ma podobnie?
Podobne tematy
Moim zdaniem jeśli komuś na czymś zalezy to zawsze znajdzie na to czas.
2 tygodnie temu przebywał na urlopie i znalazł dla mnie kilka godzin na spotkanie, poza tym był ciągle zajęty.
Jeśli przez dwa tygodnie znalazł dla Ciebie tylko kilka godzin czasu to słabo to niestety wygląda.
Może po porostu chciał odpocząć albo załatwiał jakieś swoje sprawy...albo przez Twoje humorku nie chciało mu się spotkać. Prawda jest taka że kobiety odpychają takim zachowaniem facetów, którzy je na prawdę kochają
A mieszkacie w tym samym mieście? Porozmawiaj z nim po prostu na spokojnie o swoich uczuciach. Ze potrzebujesz bliskosci, czestszych spotkan.
Moim zdaniem każdy zakochany facet poświęca kobiecie maksimum czasu. Dopiero, gdy motyle odlecą to zaczyna chcieć czasu dla siebie . Każdy ma swoje potrzeby i one są różne . Także tempo rozwoju związku jest różne . Może się minęliście z tym facetem? A czy on zabiega o te spotkania? Co by było gdybyś odwołała któreś spotkanie?
6 2017-08-02 09:11:48 Ostatnio edytowany przez Averyl (2017-08-02 09:13:09)
Drogie koleżanki, proszę o pomoc i radę. Jestem od roku w związku. Kocham mojego mężczyznę, ale coraz częsciej jestem smutna i płaczę. Nie czuję się kochana, mimo, że on mówi mi, że mnie kocha. 2 tygodnie temu przebywał na urlopie i znalazł dla mnie kilka godzin na spotkanie, poza tym był ciągle zajęty. Spotykamy się zawsze 2 razy w tygodniu, bo na więcej nie ma czasu. Spotkania są cudnowne, ale to i tak nie sprawia, ze jestem szczęśliwa, dlatego często się go czepiam, wyrzucam , że nie ma dla mnie czasu. Moje zachowanie powoduje u niego zdenerwowanie. Czy to moja wina? czy przesadzam? czy któraś z Was ma podobnie?
Znajdź sobie hobby, coś czym wypełnisz czas i głowę.
W kwestii faceta nie wiem, czy cię kocha, czy nie - deklaruje, że tak, to ty powinnaś wiedzieć ile warta jest jego deklaracja. Może to typ, który nie jest zbyt wylewny w uczuciach, albo rzeczywiście ma dużo innych obowiązków. Zmienił się? czy takiego wybrałaś sobie, ale miałaś nadzieję, że potem...
W kwestii ciebie - porażka, błędne koło: ty myślisz o nim, oczekujesz fajerwerków, dochodzi do spotkania jest miło, a potem - ty masz niedosyt, zaczynasz go dręczyć - było dobrze, ale ci nie pasuję, no więc facet się denerwuje, jeszcze trochę, a będzie unikał jeszcze bardziej spotkań, bo po co ma narażać się na twoje fochy po miłym spotkaniu??? Jeszcze trochę a zacznie zdawać sobie, że związał się z jęczyduszą, której nic nie jest w stanie dogodzić.
Zajmij się sobą, jeśli on nie jest zainteresowany związkiem, to rozpadnie się relacja (lepiej) wcześniej bądź później. Jeśli jest - to tobie będzie łatwiej, a i jemu przyjemnie spotykać się z kimś pogodnym.
(...) Nie czuję się kochana, mimo, że on mówi mi, że mnie kocha. (...)
Co miałby on robić/zrobić, byś 'czuła się kochaną'?
(...) Spotkania są cudnowne, ale to i tak nie sprawia, ze jestem szczęśliwa, (...)
To on i spotkania z nim mają uczynić Cię szczęśliwą? To wielkie nieporozumienie i przyczyna frustracji.
(...) dlatego często się go czepiam, wyrzucam (...)
Agresja jest konsekwencją frustracji.
(...) Moje zachowanie powoduje u niego zdenerwowanie. (...)
Nie dziwie się jemu.
(...) Czy to moja wina? czy przesadzam? czy któraś z Was ma podobnie?
Z tego co napisałaś wynika, że nie uważasz siebie samej za odpowiedzialną za swe życie, swe szczęście. To inni (w tym wypadku chłopak) są zobowiązani do tego, byś była zadowolona/szczęśliwa. To prosta droga do bycia zależnym psychicznie i do tworzenia kiepskiego, bo toksycznego, związku. Tymczasem prawdopodobnie nie ma przytomnych ludzi zdecydowanych na przyjęcie na swe barki ciężaru odpowiedzialności za szczęście innej, dorosłej i sprawnej, osoby.
Najtrudniejsze, ale i najpiękniejsze w miłości jest jej współistnienie z wolnością. Dać komuś miłość, partnerowi, dziecku czy przyjaciołom, nie odbierając jednocześnie jego powietrza, jego obszaru wolności. Niczego nie narzucać, nawet samego siebie, to najtrudniejsze zadanie.
Wielu ludzi myśli, że kochać kogoś to być jak stacja benzynowa: jak brakuje paliwa, przyjeżdżam i uzupełniam braki. Humanistyczni psychologowie nazywają to miłością braku, gdzie drugi człowiek ma nam dać to, czego nie mamy.
Wielu ludzi myśli, że kochać kogoś to być jak stacja benzynowa: jak brakuje paliwa, przyjeżdżam i uzupełniam braki. Humanistyczni psychologowie nazywają to miłością braku, gdzie drugi człowiek ma nam dać to, czego nie mamy.
Celnie, zgrabnie i mądrze napisane.
Bo bardzo mądrym człowiekiem był. ![]()
Gdy bezpośrednio taka sytuacja dotyczy człowieka, to tego się nie czuje, nie widzi, ale jak się stoi z boku, jak się czyta cudzą historię, to trochę przerażające jest, że ludzie tak przedmiotowo i interesownie traktują się w intymnej relacji.
Wiadomo, że fajnie byłoby gdyby motyle to szalały w brzuchu do późnej starości, a jednocześnie najlepiej byłoby jak w przykładzie, przyjeżdżasz tankujesz, płacisz i nic cię nie obchodzi reszta.
Co dobrego jest w tych tzw. motylach w brzuchu? Przecież to zaburzenie rzeczywistości, człowiek wtedy ślepy, głuchy i pozbawiony rozsądku.
Nie lepiej zamiast ludzi używać, stać się człowiekiem niezależnym psychicznie? To, jak często w moich postach, pytania retoryczne.
Ja nie mam nic przeciwko "motylom w brzuchu" pod warunkiem, że człowiek zdaje sobie sprawę, że to tylko etap (krótki), że trzeba budować głębszą relację, a nie oczekiwać, że ten książę z bajki, nawet jeśli jest fajnie, to będzie starał się jeszcze bardziej, nie będzie się przez resztę życia niczym innym zajmowała, tylko obiektem swoich uczuć, ... ![]()
Tak zaburzenie rzeczywistości - chyba to adekwatna nazwa.
motyle w brzuchu generują fantastyczne emocje i warto dbać, aby były jak najdłużej i co by nie pozdychaly wszystkie. Inaczej ludzie popadają w rutynę i marazm.
motyle w brzuchu generują fantastyczne emocje i warto dbać, aby były jak najdłużej i co by nie pozdychaly wszystkie. Inaczej ludzie popadają w rutynę i marazm.
Adiaphora a jaki masz sposób na dbanie by te motyle były jak najdłużej?
magnolia1990 napisał/a:(...) Nie czuję się kochana, mimo, że on mówi mi, że mnie kocha. (...)
Co miałby on robić/zrobić, byś 'czuła się kochaną'?
(...) Spotkania są cudnowne, ale to i tak nie sprawia, ze jestem szczęśliwa, (...)
To on i spotkania z nim mają uczynić Cię szczęśliwą? To wielkie nieporozumienie i przyczyna frustracji.
(...) dlatego często się go czepiam, wyrzucam (...)
Agresja jest konsekwencją frustracji.
(...) Moje zachowanie powoduje u niego zdenerwowanie. (...)
Nie dziwie się jemu.
(...) Czy to moja wina? czy przesadzam? czy któraś z Was ma podobnie?
Z tego co napisałaś wynika, że nie uważasz siebie samej za odpowiedzialną za swe życie, swe szczęście. To inni (w tym wypadku chłopak) są zobowiązani do tego, byś była zadowolona/szczęśliwa. To prosta droga do bycia zależnym psychicznie i do tworzenia kiepskiego, bo toksycznego, związku. Tymczasem prawdopodobnie nie ma przytomnych ludzi zdecydowanych na przyjęcie na swe barki ciężaru odpowiedzialności za szczęście innej, dorosłej i sprawnej, osoby.
Roma Ligocka napisał/a:Najtrudniejsze, ale i najpiękniejsze w miłości jest jej współistnienie z wolnością. Dać komuś miłość, partnerowi, dziecku czy przyjaciołom, nie odbierając jednocześnie jego powietrza, jego obszaru wolności. Niczego nie narzucać, nawet samego siebie, to najtrudniejsze zadanie.
Andrzej Wiśniewski napisał/a:Wielu ludzi myśli, że kochać kogoś to być jak stacja benzynowa: jak brakuje paliwa, przyjeżdżam i uzupełniam braki. Humanistyczni psychologowie nazywają to miłością braku, gdzie drugi człowiek ma nam dać to, czego nie mamy.
To jest wszystko prawda, co piszesz Wielokropku. Natomiast uważam, że nie ma co dziewczyny wbijać w poczucie winy, że ma takie potrzeby, jakie ma. Myślę, że chodziło jest o to, że związek obecnie ujmuje jej poczucia szczęścia przez to, że nie zaspokoja potrzeby bliskości, a nie o to, że związek miałby ją ogólnie uszczęśliwić.
Autorka powinna zdecydować, czy chce to ciągnąć w obecnej formie, bo nie byłoby okej, gdyby faceta w kółko zmuszała do spotkań a on by coraz bardziej jej nie lubił.
Wątek jest sprzed miesiąca, a autorka nie napisała ani słowa więcej. ![]()
Napisałam swoją opinię na podstawie tego, co sama napisała i po to, by ona i jej podobne osoby (a takich, niestety, jest sporo na forum) zawróciły z drogi wiodącej, mym zdaniem, na manowce.
Jak długo człowiek szuka akceptacji, miłości, samooceny czy szacunku na zewnątrz, u innych - tak długo jest od nich uzależniony.
adiaphora napisał/a:motyle w brzuchu generują fantastyczne emocje i warto dbać, aby były jak najdłużej i co by nie pozdychaly wszystkie. Inaczej ludzie popadają w rutynę i marazm.
Adiaphora a jaki masz sposób na dbanie by te motyle były jak najdłużej?
dbac o związek, o to, aby namiętność nie wygasła, romansować ze sobą, chodzić na randki i po ślubie, gdy ma się dzieci. Pozwalac sobie na różne szaleństwa i perwersje, mieć jakieś pasje. Często po ślubie, w dłuższym związku ludzie przestają patrzeć na siebie, jak na kochanków. Codzienność nie musi oznaczać monotonii a posiadanie dzieci nie oznacza, ze jak jestes matka to przestajesz być kobieta a on mezczyzna. Trzeba ze sobą rozmawiać o uczuciach i emocjach tak, jak wczesniej i okazywać czułość w codziennych drobnych gestach. Dbać o siebie, w sensie być atrakcyjnym seksualnie. Gdy zadbana kobieta z czasem zamienia się w rozlazlą ciotkę, która zamecza go gderaniem o nieopuszczonej klapie od sedesu a on przypomina typa w rozdeptanych kapciach i pomietym podkoszulku który wiecznie nie ma czasu dla niej bo pracuje i musi odpocząć przy piwie i meczu to trudno mieć nawet pol motylka w brzuchu na taki widok. Ludzie z czasem w związku kapacnieją bo przestają zabiegać o siebie, uważając, ze juz nie muszą, bo po co, skoro maja siebie na wyłączność, na codzien, na zawsze (takim się wydaje) ze skoro on/ona kocha to zawsze bedzie bez wzgledu na wszystko, wiec można na tej miłości jechać nie wysilajac się ani trochę. I nie zauważają, jak oddalają się od siebie coraz bardziej, żyjąc razem, ale osobno, ich rozmowy głównie kręcą się wokół tej codzienności, która trzeba ogarnąć (rachunki, zakupy, sprzątanie, opieka nad dziećmi itp) No to gdzie tu miejsce na jakiekolwiek emocje i uniesienia? Planowanie calkowicie wypiera spontanicznosc a krytyka i oczekiwania rozmowe. Nigdy nie będzie tak, jak na poczatku, to oczywiste, ale można ocalić dużo z tej fazy, jeśli obojgu zależy.
Malineczka00 napisał/a:adiaphora napisał/a:motyle w brzuchu generują fantastyczne emocje i warto dbać, aby były jak najdłużej i co by nie pozdychaly wszystkie. Inaczej ludzie popadają w rutynę i marazm.
Adiaphora a jaki masz sposób na dbanie by te motyle były jak najdłużej?
dbac o związek, o to, aby namiętność nie wygasła, romansować ze sobą, chodzić na randki i po ślubie, gdy ma się dzieci. Pozwalac sobie na różne szaleństwa i perwersje, mieć jakieś pasje. Często po ślubie, w dłuższym związku ludzie przestają patrzeć na siebie, jak na kochanków. Codzienność nie musi oznaczać monotonii a posiadanie dzieci nie oznacza, ze jak jestes matka to przestajesz być kobieta a on mezczyzna. Trzeba ze sobą rozmawiać o uczuciach i emocjach tak, jak wczesniej i okazywać czułość w codziennych drobnych gestach. Dbać o siebie, w sensie być atrakcyjnym seksualnie. Gdy zadbana kobieta z czasem zamienia się w rozlazlą ciotkę, która zamecza go gderaniem o nieopuszczonej klapie od sedesu a on przypomina typa w rozdeptanych kapciach i pomietym podkoszulku który wiecznie nie ma czasu dla niej bo pracuje i musi odpocząć przy piwie i meczu to trudno mieć nawet pol motylka w brzuchu na taki widok. Ludzie z czasem w związku kapacnieją bo przestają zabiegać o siebie, uważając, ze juz nie muszą, bo po co, skoro maja siebie na wyłączność, na codzien, na zawsze (takim się wydaje) ze skoro on/ona kocha to zawsze bedzie bez wzgledu na wszystko, wiec można na tej miłości jechać nie wysilajac się ani trochę. I nie zauważają, jak oddalają się od siebie coraz bardziej, żyjąc razem, ale osobno, ich rozmowy głównie kręcą się wokół tej codzienności, która trzeba ogarnąć (rachunki, zakupy, sprzątanie, opieka nad dziećmi itp) No to gdzie tu miejsce na jakiekolwiek emocje i uniesienia? Planowanie calkowicie wypiera spontanicznosc a krytyka i oczekiwania rozmowe. Nigdy nie będzie tak, jak na poczatku, to oczywiste, ale można ocalić dużo z tej fazy, jeśli obojgu zależy.
... no ale większość związków to związki "nierówne", gdzie jedno jest "bardziej"
.
Np. mój M. czas jakiś temu pokłóciliśmy się i zapytałam się go wprost "czy chce jechać na wakacje". Łoł, żebyś widziała jak wił się, by powiedzieć, tak, ale by wyszło, na to, że to mi zależy, żeby on pojechał. Wiele lat zajęło mi, by przestał konstruować zdania "bo ty to myślisz, że...", do tej pory zamiast powiedzieć, o swoich odczuciach, przemyśleniach, woli jakieś karkołomne konstrukcje, z którym mogę się dowiedzieć co ja myślę, czuję ![]()
Zobacz przykład autorki wątku - jest dobrze, ale jej nie wystarcza, nie rozmawia o tym z facetem, tylko robi focha, on czuje się urażony... tylko czekać, aż to wszystko się rozpadnie.
Partnerzy (pozostający w długotrwałych związkach) zachowują się stabilnie i przewidywalnie nie pod wpływem jakiegoś zewnętrznego bodźca, ale dlatego, że znaleźli w sobie motywację do budowania trwałej relacji. Każdy związek zaczyna się mniej więcej podobnie - na początku partnerzy są sobie nawzajem do czegoś potrzebni - podnoszą sobie wzajemnie samoocenę, nobilitują się, sprawiają, że czują się nawzajem atrakcyjni, wspaniali. Potem - już nie dla wszystkich - liczy się nie to, co partner daje, ale kim jest, jego indywidualność, to, że nie ma drugiego takiego człowieka na świecie.
Tez uważam, ze powinnaś z nim szczerze porozmawiać czy taki stan rzeczy jest faktycznie dla niego satysfakcjonujący. Różni są ludzie i być może on nie potrzebuje spędzać z Tobą tyle czasu ale jego uczucie jest silne. Moze ma duże ambicje i pracuje na swoją przyszłość i chce mieć w niej również Ciebie. Związek to nie siedzenie sobie na głowie na sile ale również samorealizacja i nikt niż Ty sama nie uszczęśliwisz samej siebie ![]()