Witam,
Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek opiszę swoją sytuację na forum, jednak od dłuższego czasu przestałam dawać sobie z tym radę.
Zacznę od tego, że z moim partnerem jesteśmy w związku od ponad dwóch lat - ja jeszcze nigdy, nie wytrwałam w żadnym tak długo, natomiast dla mojego partnera jestem jego pierwszą kobietą w życiu.
Mój partner studiował, a potem pracował w moim mieście rodzinnym. Zanim go poznałam, przez cały okres studiów, a potem swojej pracy zawodowej przyjeżdżał do swoich rodziców co tydzień, na cały weekend. Zero swojego życia, imprez studenckich, czegokolwiek. Podczas pobytu w swoim domu, zamiast odpocząć po męczącym tygodniu, zapier***** i pomagał im do wieczora (mój partner mieszkał na wsi, jego rodzina posiadała gospodarstwo). Potem poznał mnie...
I tu wstrzymuje oddech - ponieważ na tygodniu widzieliśmy się na kilka godzin, tylko i wyłącznie weekend mogliśmy spędzić dłużej. Jego rodzinie się to nie spodobało, zaczęły się wyzwiska pod moim kierunkiem, obelgi. Mój partner sobie z tym nie radził. Był zbyt miękki, by w jakikolwiek sposób się im przeciwstawić, bądź o zgrozo stanąć w mojej obronie. Płakałam nieraz. Sytuacja była dla mnie nie do wytrzymania. Pewnego dnia, siedziałam obok niego w samochodzie, zadzwoniła jego mama, i spytała, czy gdzie jest?, na odpowiedź, iż na parkingu w samochodzie, spytała, czy jestem gdzieś obok? Mój chłopak odpowiedział, że tak, na co ona, zaczęła krzyczeć do słuchawki, że go opętałam, że go wykorzystuje, że przeze mnie będzie miał same problemy, i, że jeszcze przyzna jej racje...
Nie jednokrotnie dzwonił do domu w środku tygodnia, i zgłaszał, iż w ten weekend go nie będzie (odkąd mnie poznał, do domu jeździł raz na miesiąc, co w moim odczuciu mając 26 lat jest jak najbardziej na miejscu), były krzyki, lawina pytań, a w sobotę o 7 rano telefony, gdzie on jest, miał być, czy znowu jest ze mną, rzucanie słuchawką itd itd. Generalnie nic do nich nie docierało...
Po kilku miesiącach, widząc brak zmiany u mojego chłopaka postanowiłam zakończyć związek z kimś, kto nie potrafi być dla mnie moim bohaterem, a tylko iść najkrótszą z możliwych dróg w podążaniu i zatracaniu się w byciu maminsynkiem.
Po miesiącu próśb, wróciliśmy do siebie. Było lepiej, już im tak nie dawał mną pomiatać jak do tej pory, jednak ciągle miałam i mam wrażenie, iż ze swoimi rodzicami obchodzi się jak z przysłowiowym jajeczkiem.
Obecnie obydwoje mieszkamy za granicą, ja pracuje w domu, oraz się nim zajmuję, natomiast mój partner pracuje w firmie niemieckiej.
Jego matka nie daje nam żyć. Nieraz potrafiła zadzwonić na mój telefon (puszcza nam strzałki, a my oddzwaniamy) 11 razy! Jest nam zwracana uwaga za i na wszystko, kiedyś jak mój chłopak odebrał telefon, podczas gdy akurat wychodziliśmy na zakupy spożywcze, jego ojciec skwitował nasz wypad - no jak to tak późno na zakupy? Do sklepu się jeździ o 8 rano, a nie o takiej porze. Cóż... była 16.00, i poza tym to nasza sprawa.
Mój chłopak jest przed 30-sitką, a jego matka dzwoni do niego z zapytaniem czy chodzi do kościoła, i bym ja go pilnowała. Jedyne pytania jakie kiedykolwiek zadała w moim kierunku to było, czy mam już normalna pracę, i czy nauczyłam się języka? Zawsze są jednak - co jadłeś (jakbyśmy jedli oddzielnie), co robiłeś, jakie masz plany na weekend itd itd. Mnie w jej życiu nie ma, ja nie istnieje. Oczywiście, jeśli czegoś lub kogoś nie akceptujemy, łatwiej jest oczywiście udawać, że tego kogoś nie ma, jednak nie da się tak na dłuższą metę...
Mój partner myśli o mnie na poważnie, ja jestem tym przerażona. Pomimo, iż byłam już w kilku związkach, mamy moich facetów mnie uwielbiały, byłam często zapraszana na obiady, chwaliły mnie, że pod moim wpływem ich syn się zmienia na lepsze itd itd. Obecna sytuacja jest dla mnie tyle co chora, co raczej niepojęta.
Jest okres wakacyjny, właśnie będziemy realizować kolejne marzenia o zwiedzaniu zagranicznych miejsc, jednak dla jego matki jest to niepojęte, jak mogę się nie cieszyć z celebrowania upalnych dni na balkonie i altance? Przecież ona robi tak co roku i jest szczęśliwa. Zwłaszcza, że jeszcze nie spłacił długu u ojca (szantaże finansowe to u nich norma, mimo, iż regularnie go spłacamy).
Teraz jedna z jego sióstr jest w ciąży, ja nie chcę mieć dzieci, (żeby nie było szanuje wszystkie kobiety, które się na to zdecydowały), jednak dla mnie siedzenie w zamkniętym domu, bez mojej rodziny, czy przyjaciół, i całodniowa opieka na dzieckiem nie jest dla mnie... To byłoby dla mnie zbyt przytłaczające. Wiem, że mój Ukochany by mi pomógł, jednak wykąpanie dziecka i ułożenie go do snu wieczorem to dla mnie trochę za mało... Tak, z tym też jest problem, bo przecież jego siostry i mamusia najlepiej wiedzą, że on by chciał, ale to przeze mnie będziemy tylko we dwójkę.
Awantury, że nie przyjechał na święta i na co ja wydaje JEGO pieniądze, to już w ogóle... doprowadziły do tego, iż ojciec od początku grudnia w ogóle się z nim nie kontaktował. Co chwila są pytania, na co tyle wydajemy, że nie mamy oszczędności, siam-tego i sram-tego. A dzięki jego pracy, w końcu możemy sobie na cokolwiek pozwolić.
Jest mi przykro w spód. Wspierałam go we wszystkim, jednak cokolwiek by nie powiedział - są teksty w stylu, nie my tak nie mówiliśmy, nie tak nie było, chyba coś Ci się przesłyszało itd. Żadnego wzięcia odpowiedzialności za to jak nas krzywdzą...
Długo to wszystko znosiłam, ale teraz naprawdę czuje, iż nie jestem w stanie dłużej z nim być... Kocham go najbardziej na świecie, i uwielbiam w nim mnóstwo rzeczy, ale jego rodzina mnie wykańcza. Nie mam do tego siły...
Proszę o pomoc. Będę wdzięczna, za wszystkie odpowiedzi.