Jestem ciekawa waszej opinii. W przypadku kiedy osoba, którą kochacie, i z którą byliście w długoletnim związku, chce się z Wami rozstać, to chowacie dumę do kieszeni i walczycie o swoje szczęście czy unosicie się honorem i "o nic nie prosicie", nie kontaktujecie się? Mam na myśli długoletnie poważne związki, gdzie było wspólne mieszkanie, plany na przyszłość itp. Za "chowaniem dumy do kieszeni" rozumiem próbę porozumienia się, wyjaśnienia sobie co się stało, pokazanie, że nam zależy, że kochamy itp. (nie lamentowanie, czy setki telefonów codziennie albo serenady pod oknem).
Jeśli uczucie jest duże, to czy da się w ogóle opanować emocje i "unieść się honorem" i "o nic nie prosić"? Czy w tak dużych emocjach to się da w ogóle przekalkulować w jakiś sposób? Nie chodzi mi o to, co jest lepsze a co gorsze, bo każdy zachowuje się zgodnie ze sobą, też w zależności od związku, od konkretnej sytuacji. Uważam jednak, że gorsze jest udawanie czegoś, czy to niedostępnej/niedostępnego, czy fałszywa obojętność, tylko po to, żeby rozbudzić w kimś zainteresowanie.
Czy szczere pokazanie uczucia i tego, że ta osoba, która odchodzi jest ważna jest Waszym zdaniem cenne?
Co Wam mówi wasze doświadczenie? Jak to było z Wami?
Od czego to zależy Waszym zdaniem, że jedni "unoszą się honorem" a drudzy "walczą o swoje szczęście"?
Ciekawa jestem jak się na to zapatrujecie ![]()