Mam paru kolegów którzy naprawde zarabiają niezłe pieniądze i pochodzą z dość majętnych rodzin, często w towarzystwie potrafią zarzucić tekstem dotyczącym wydatku dla mnie dość zawrotnej kwoty przez nich (dotyczącej np. kupna czegoś, bycia w jakimś miejscu,wyjazdu).
Chodzi mi o to,że będąc teraz na studiach zauważyłam,iż kompletnie wyszło z zwyczaju (a może nigdy taki zwyczaj nie istniał wsrod studentów (?)) np zaproponowanie -gdy jesteśmy na wyjściu np na piwo czy przekąskę - zapłacenia za koleżanke przez tych właśnie "bogaczy", ba, często oni mają w zwyczaju używać teksty w stylu "kurcze, nie wybrałem z bankomatu pieniędzy, pożyczysz mi..." by później w tajemniczy sposób zapomnieć o oddaniu tego 5 czy 10 zł...
Nie chciałabym być źle zrozumiana i być może posądzona o materializm - po prostu pamiętam czasy liceum gdy szłam z kolegami na imprezę nigdy nie musiałam się martwić o dojazd/odjazd z klubu (zawsze jeden z nich brał na siebie role kierowcy,nie pił alkoholu,, by jak to określił - koleżanki całe i szczęsliwe dotarły), często byli to koledzy z przeciętnych rodzin bez zawrotnych sum na kontach, często oni nie chcieli również brać nawet pieniędzy za benzynę (na co stanowczo się sprzeciwiałam, bo nie lubię wykorzystywać nikogo w ten sposób), lub którzy po prostu na wieczór dzwonili-proponowali wyjście na sok/piwo/pizze i bardzo często nie chcieli słyszeć o jakichkolwiek zwrotach pieniędzy za to ( z czego nie byłam zadowolona, chyba że grozili mi że nie odezwą się do mnie do końca życia jesli im oddam te 10 czy 15 zł, wtedy odpuszczałam;))
Nie chodzi o to że ktoś ma mi za każdym razem kupować pół baru czy obiady z dwóch dań, chodzi mi po prostu o taki zwyczajny miły gest mężczyzny w stronę koleżanki w stylu "lubię ją, dziś wydam te 5 czy 6 zł i kupię jej kawe/sok/piwo/drożdzowke". I tyczy się on zwłaszcza tych burżuazyjnych typów z "tyloma zerami na koncie", którym tak cięzko wydać 2 czy 5 zł nawet na siebie.
Co o tym myślicie ?